Jak udało mi się wypracować nawyk regularnej aktywności fizycznej?

Moja relacja z aktywnością fizyczną to typowa „love/hate relationship”. Albo inaczej – zawsze lubię, ale nie zawsze mi się chce. I to „nie zawsze” potrafi czasem trwać dwa miesiące. 

Jakiś czas temu w końcu udało mi się jednak nakierować się na bardziej zrównoważone tory. I o całej tej historii chciałabym Wam w dzisiejszym poście opowiedzieć.


Jego partnerem jest X-KOM, sklep, w którym kupuję sporo swojej elektroniki i dostępny u nich Lenovo Yoga – to ten zgrabny sprzęt, który widzicie na zdjęciach. Przeczytacie o nim więcej na końcu wpisu.

Zaczynamy!



Treningi były moją codziennością


Kiedy miałam siedem lat, zaczęłam trenować narciarstwo. Przez dziesięć lat nie tylko jeździłam na nartach z dużą częstotliwością, ale też biegałam, robiłam setki brzuszków, pompek i skoków przez skrzynię, chodziłam na basen, grałam w hokeja na rolkach, pływałam na nartach wodnych i tak dalej – ta lista właściwie nie ma końca.

Mój typowy dzień na obozie wyglądał tak: rano biegowa rozgrzewka, po śniadaniu narty wodne, potem wytrzymałościowy trening biegowy, po południu siłownia, a wieczorem, dla relaksu, siatkówka. Kiedy teraz o tym myślę, nie mam pojęcia jak dawałam radę. Na szczęście coś mi z tego okresu zostało i jak bardzo bym się nie obijała, to zawsze jestem w stanie włożyć buty i bez problemu przebiec 10 kilometrów.

To, co było później, to już zupełnie inna bajka. Całe swoje dorosłe życie ważę mniej więcej tyle samo – w okolicach 51 kg. Po zrezygnowaniu z treningów przytyłam kilka kilo, tym łatwiej, że zbiegło się to z jakąś hormonalną terapią zapisaną mi wtedy przez ginekologa.

Pamiętam jak dziś, jak stoję w gabinecie szkolnej higienistki na okresowej kontroli i mówię jej, że musiała zajść jakaś pomyłka, to niemożliwe żebym ważyła 57 kg. Może 47? Może coś się zepsuło?

Niestety, klasyczne wagi z odważnikami psują się raczej rzadko.


Czas wagowej obsesji



Jak tylko się otrząsnęłam, wpadłam na wspaniały pomysł założenia się z koleżankami, kto więcej schudnie przez miesiąc. Wrzuciłyśmy do puli po 30 czy 50 zł, a zwycięzca miał zgarnąć wszystko.

Z jakiegoś powodu rozstrzygnięcie nigdy nie doszło do skutku (chciałabym wierzyć, że po prostu dotarła do nas porażająca głupota tego zakładu, ale to chyba nie było to). Nie przeszkodziło mi to jednak wkręcić się w spiralę dziwnych diet, gdzie każda kolejna była gorsza od poprzedniej.

Najbardziej zapadła mi w pamięć ta, gdzie jadło się tylko wołowinę, tosty i szpinak, popijając kawą, gdzieś tak mniej więcej co trzeci dzień. Zabrałam się za nią zimą, kiedy chodziłam do szkoły, a potem uczyłam dzieci jeździć na nartach – możecie sobie wyobrazić, jak się czułam.



Na szczęście w międzyczasie udało mi się doedukować, coraz więcej mówiło się o rozsądnym, długofalowym podejściu do odżywiania i aktywności fizycznej. Porzuciłam durne diety, coraz lepiej gotowałam, umiałam przygotować coraz więcej w-miarę-zdrowych-potraw-do-zrobienia-w-pół-godziny. Cały czas jadłam trochę za dużo słodyczy, ale waga spokojnie wróciła na swoje miejsce. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, jestem zdziwiona, że udało mi się samej wrócić na sensowne tory.

Gorzej było z aktywnością fizyczną, gdzie działałam zrywami.


Pudełko sportowych porażek


Jeszcze w liceum zaczęłam trenować biegi długodystansowe, ale po pierwszych zawodach mi przeszło.

Na studiach zapisałam się na fitness, ale przyszła sesja i jakoś o tym zapomniałam.  

Kiedy mieszkałam w Londynie, zaczęłam treningi siłowe na uczelnianej siłowni i bardzo je polubiłam. Przy pierwszej możliwej okazji wmówiłam sobie jednak, że w sumie to się nie opłaca, bo i tak niedługo wyjeżdżam, i przestałam chodzić.

W Warszawie zapisałam się na jogę, ale z niej, całkiem dosłownie, uciekłam. Nauczycielka była dość surowa, i choć wiem że niektórzy lubią takie podejście, to ja miałam ochotę się popłakać, tym bardziej że byłam zupełnie początkująca i przydałoby mi się raczej słowo otuchy. Poza tym nie chciało mi się jeździć tramwajem do centrum, zwłaszcza po ciemku.

Średnio raz na trzy miesiące wracałam do biegania, po czym znów o nim na długie tygodnie zapominałam. Zapalałam się do ćwiczeń na YouTube, po czym rzucałam je z powodu krótkiego wyjazdu.



Mam w domu pudło sportowych porażek. Wielu rzeczy już się z niego pozbyłam, na przykład ochraniacza na kręgosłup do freeski, ale do dna jest ciągle daleko. Są w nim baletki, w których chodziłam na taniec irlandzki, dopóki nie dowiedziałam się, że trzeba być rozciągniętym, i buty do wspinaczki, i uprząż do biegania z psem.

Dobrze, że chociaż tą ostatnią porażkę mogę zrzucić na Chrupka, który stanowczo odmówił biegania na smyczy, zarówno pod komendą moją, jak i bardziej obytych w temacie. Zapiera się wszystkimi czterema łapami i nie ma siły, żeby ruszyć go z miejsca.

Te „sportowe porażki” to zgrabnie brzmiąca zbitka, ale tak naprawdę wcale nie uważam większości z nich za prawdziwe. Fajnie jest próbować nowych rzeczy, w końcu jak inaczej mielibyśmy dowiedzieć się, co lubimy robić?

Denerwował mnie jednak mój brak regularności w aktywności fizycznej. Jeśli podsumuję wszystko, co w ciągu ubiegłego roku zrobiłam, wyjdzie trzy z plusem. Czułam, że potrzebuję więcej, a jeszcze bardziej czułam, że potrzebuję stałej praktyki. Jesienią usiadłam więc i zastanowiłam się, co robiłam nie tak, że nigdy nie udało mi się jej utrzymać.


Wnioski, do jakich doszłam


Po pierwsze, gubiło mnie łatwe poddawanie się pod przykrywką perfekcjonizmu. I niecierpliwość. A może nawet nie tyle niecierpliwość, co kompetetywność (ciągle szukam zgrabnego odpowiednika tego słowa po polsku, więc jak przychodzi Wam do głowy coś krótkiego i celnego, dajcie znać).

Chodzi o to, że jak już się w coś angażuję, to na sto pro. Gram, żeby wygrać i nie biorę jeńców. Dlatego ogrywam wszystkich jak leci w gry planszowe, kalambury i inne takie. Nie chodzi o to, że jestem jakoś szczególnie utalentowana, ale w przeciwieństwie do reszty graczy, którzy chcą zwykle chcą po prostu miło spędzić czas, ja jestem maksymalnie skupiona i walczę jak lew. Bo podoba mi się tylko wtedy, gdy wygrywam.

Dlatego na siłowni z dnia na dzień chciałam podnosić więcej. Jeśli po bieganiu mój wynik w Endomodo nie był lepszy od poprzedniego, miałam wrażenie że całe wyjście było zupełnie bez sensu.

Jakoś nie przychodziło mi do głowy, że każda forma ruchu jest lepsza niż żadna. Że lepiej jest polubić drogę, niż fiksować się na celu. Że to, że przeczytałam gdzieś, że interwały są szczególnie efektywne, nie znaczy że mam przekreślić swoje długie biegi i porzucić je na zawsze – o tych interwałach w zamian jakoś dziwnym trafem zapominając.

Po drugie, cały czas ciągnęło się za mną podejście z czasów nastoletnich, że aktywność fizyczna to ponury obowiązek, który trzeba odbębnić, żeby nie wyglądać grubo i galaretkowato. I choć już dawno zaakceptowałam, że choćbym nie wiem co zrobiła, to nie będę miała łydki Maffashion, bo najzwyczajniej w świecie mam zupełnie inną budowę, to ciągle brałam pod uwagę głównie ten widoczny gołym okiem efekt ćwiczeń.

Nie mówię, że teraz jest mi obojętne, jak wyglądam, ale nie to jest głównym motorem mojego działania.

Punktem zwrotnym była choroba mojego brata, któremu kręgosłup odmówił posłuszeństwa w dość spektakularny sposób. I mimo, że Michał jest dużo bardziej wysportowany ode mnie, to na szczęście mój mózg przyjął to jako „trzeba ćwiczyć regularnie i wzmacniać mięśnie przy kręgosłupie”, a nie jako „skoro był fit, a i tak zachorował, to szkoda zachodu, lepiej posiedzieć na kanapie”.

Smutno mi, że musiało dojść do tak przykrej sytuacji, żeby coś przestawiło mi się w głowie, ale przynajmniej wyniknęło z niej coś dobrego. Wyraźnie czuję różnicę w swoim podejściu i nie tylko jest mi dużo łatwiej trzymać się ćwiczeniowego planu, ale i ćwiczenia sprawiają mi dużo większą przyjemność. Mam dobry humor nie tylko po nich (co zdarzało mi się zawsze, to po prostu chemia), ale i przed nimi – bo wiem, że idę zrobić dla siebie coś dobrego.

Udało mi się przetłumaczyć sobie, że na regularną aktywność fizyczną musi znaleźć się w moim życiu miejsce, tym czy innym sposobem. Nie ma wyjścia, to jak mycie zębów.

Kiedy ktoś opowiadał mi wcześniej, że ćwiczy dla swojego dobrego samopoczucia, uprzejmie kiwałam głową, a jednocześnie myśląc „dobra, dobra, uważaj bo Ci uwierzę!”. A to faktycznie tak działa! Do tego stopnia, że nie tylko trzymam się tego, co sobie postanowiłam, ale też od czasu do czasu spontanicznie decyduję się zrobić coś ekstra. Podczas wakacji nabrałam nawet ochoty na wybranie się na lekcję jogi, mojej odwiecznej nemesis.

Ćwiczyliśmy na dachu, o zachodzie słońca, i było fantastycznie! Kiedy przestałam nastawiać się na wyniki i stresować, że jestem najmniej rozciągniętą osobą na sali, zaczęłam rozumieć, dlaczego tyle osób chwali sobie jogę. Po wyjściu z lekcji czułam się spokojnie jak po medytacji i swobodnie jak po dobrym masażu. Na który, swoją drogą, też znalazłam na tym wyjeździe czas i było rewelacyjnie.

Nawet to okropne uczucie ciągnięcia pod kolanem da się przeżyć, jeśli człowiek pogodzi się z dyskomfortem, zamiast w panice od niego uciekać. Obserwowanie, jak zakres ruchu niespostrzeżenie się powiększa, jest uczciwą nagrodą.



Zamiast rzucać się więc głową naprzód w kolejny sport, kupować sprzęt i zniechęcać się po dwóch miesiącach, tym razem postanowiłam zatrzymać się, solidnie i szczegółowo przeanalizować swoje dotychczasowe zachowania i wypracować nawyki, który pozwolą mi wprowadzić przyzwoity poziom aktywności do swojego życia na stałe.  

Bo najczęściej zupełnie nie doceniamy tego, jak choćby bardzo drobne akcje potrafią się sumować do dużych rezultatów, jeśli konsekwentnie się ich trzymamy.

Moja mama od kilku lat jeździ z dwiema sąsiadkami na ćwiczenia do wsi obok naszej. Odbywają się w szkole, prowadzi je nauczycielka wf-u. Mama po prostu na nie chodzi, niezależnie od tego, jak bardzo zmęczona się czuje, jak okropna jest pogoda i czy dwie pozostałe panie odpuszczą czy nie. Nie analizuje, czy to na pewno optymalna forma ćwiczeń i czy nie lepiej byłoby spróbować crossfitu.

Zawsze podziwiałam jej konsekwencję, ale na same zajęcia patrzyłam z pobłażaniem, chociaż nigdy nie widziałam, jak właściwie wyglądają. Takie tam pajacyki i machanie rękami, myślałam sobie. Nie to, co mój karnet na siłownię (w większości niewykorzystany) i spotkania z osobistym trenerem (których odbyłam 2, słownie: dwa).

Przestałam, kiedy z kretesem przegrałam spontanicznie zorganizowany konkurs pod tytułem „kto dłużej wytrzyma w planku”. Wytężałam wszystkie siły, żeby nie przegrać, ale i tak odpadłam, trzęsąc się i ledwo zipiąc, podczas gdy moja mama, lat prawie 60, spokojnie sobie plankowała. Bez mrugnięcia okiem, za to z pobłażliwym uśmiechem.


Mój plan


Co już robię:

– Nie mam w domu innych napojów niż woda (i czasem sok z pomidorów), nigdy nie zamawiam soku czy coli w restauracjach, nie piję kawy, nie słodzę herbaty. To nawyk, który wyniosłam z domu i który jest moim flagowym dowodem na to, jak ogromna jest siła przyzwyczajenia. Podczas gdy moi znajomi walczą z chęcią sięgnięcia po puszkę coli czy piwa, mnie po prostu nigdy, przenigdy nie przychodzi to do głowy. Chciałabym tak mieć ze słodyczami!

– Ponad 90% posiłków przygotowuję sama w domu i staram się, żeby były zdrowe. Nawalam na talerz górę warzyw i przemycam je w koktajlach – blender kielichowy to mój najlepszy przyjaciel!

– Codziennie wychodzę na dwa spacery z psem, z czego jeden porządny, godzinny. Jak najczęściej staram się go zrobić poza miastem, gdzie mogę puścić Chrupka ze smyczy i żwawo maszerować, zamiast zatrzymywać się co trzy metry na psie siku.

– Staram się nie zalegać na długie godziny przed biurkiem. Robię sobie przerwy, w których podlewam kwiatki, wyładowuję naczynia ze zmywarki czy robię cokolwiek innego, co wymaga ruszenia się z fotela, a posty piszę na stojąco, przy niezwykle profesjonalnym „standing desk”, czyli mojej ikeowskiej komodzie na buty i czapki.

– Odnowiłam swój karnet na siłownię i dwa razy w tygodniu, w konkretne dni, chodzę na sztangi – czyli zajęcia, na których do muzyki podnosi się indywidualnie dobrane ciężary. Lubię je, bo machanie sztangą naprawdę sprawia mi przyjemność, a ćwiczenia są ułożone w konkretny system, więc wiem czego się spodziewać i mogę systematycznie zwiększać obciążenie. To moja podstawa i choćby się waliło i paliło, w te dwa dni melduję się na zajęciach. 

Do tego, żeby się rozciągnąć, chodzę na pilates. Sama jestem zdziwiona, ale tak go polubiłam, że melduję się na zajęciach trzy razy w tygodniu. No i raz albo dwa razy w tygodniu idę na jakieś typowo aerobowe zajęcia, żeby się trochę zmęczyć.

Jeśli z obliczeń wyszło Wam, że jestem na siłowni osiem dni w tygodniu, to spieszę z wyjaśnieniem, że jak już tam jestem, to zwykle idę na dwa zajęcia pod rząd. Wiadomo, czasem mi się nie chce wyjść z domu, zwłaszcza jak jest bardzo zimno, ale wybrałam siłownię, którą mam bardzo blisko, bo znam siebie i wiem że w innym wypadku łatwiej byłoby mi się wykręcić.

Poziom skomplikowania planu treningowego i odległość od siłowni są u mnie odwrotnie proporcjonalne do prawdopodobieństwa ruszenia się z kanapy.

Z premedytacją wybrałam więc zajęcia fitness, nie siłownię, chociaż ją też bardzo lubię. Pomyślałam, że to dobry sposób na zbudowanie nawyku. Zajęcia są o konkretnej godzinie, więc nie przekładam wyjścia z domu w nieskończoność. Instruktor mówi mi, co mam robić, więc nie zastanawiam się czy nie lepiej byłoby zrobić tamto czy siamto. No i nie obijam się, bo mi głupio – zwłaszcza jak stoję między dziewczyną chudszą ode mnie o połowę, która podnosi dwa razy więcej, a starszą panią, która potrafi zwinąć się w precel bez cienia fatygi.



Co planuję zrobić:

– Na wiosnę zamienić aeroby na siłowni na bieganie. Żadna inna forma ruchu nie poprawia mi tak humoru. No i to dwie pieczenie na jednym ogniu, bo mogę przy okazji odhaczyć spacer z psem – bez smyczy, bieganie na smyczy (zwłaszcza tej elastycznej, do biegania) jest poniżej chrupkowej godności. 

– Jak już będę czuła, że jestem na sto procent wdrożona w nowy, dużo aktywniejszy tryb i treningi ze sztangami przestają mi wystarczać, zabrać się za trening siłowy na siłowni.

– Trochę z innej beczki, ale jednak powiązane – chcę porządnie przebadać swoje alergie. Dwa lata temu w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach dowiedziałam się, że nie mogę jeść mojego ukochanego selera. Wolałabym uniknąć takich niespodzianek na przyszłość i po prostu lepiej poznać swój organizm. Jeśli znacie godnego polecenia alergologa w Warszawie, to będę bardzo wdzięczna za polecenie.


Metoda uważnego żółwia, nie narwanego zająca



Podsumowując, po wielu wzlotach i upadkach w końcu znalazłam ścieżkę, która dla mnie działa. I w końcu aktywność fizyczna zaczęła sprawiać mi przyjemność, zamiast stresować.

Zazwyczaj nie mogę się doczekać momentu, kiedy zasznuruję buty i nie będę musiała myśleć o niczym, poza tym żeby nie zrzucić sobie sztangi na twarz – żadnych maili, żadnych telefonów, żadnego „a może mogłam napisać X zamiast Y”. Jasne, czasem mi się nie chce, czasem nawalę, ale jeszcze nigdy dotąd nie miałam takiego spokojnego poczucia, że jest okej.

To, co się u mnie sprawdza, to budowanie małymi kroczkami stałych nawyków, drobne poprawki w razie potrzeby, zamiast zero-jedynkowego podejścia. Skupianie się na drodze, nie na celu. Działa to zdecydowanie lepiej niż obsesyjne ściganie się z samą sobą czy wpadanie w pułapkę doszlifowywania szczegółów w teorii, kiedy nawalają podstawy w praktyce.

I jeszcze jedno – marzę o lekcjach wf-u dla dorosłych! Może bez skakania przez kozła, ale takich, na których można by było pograć w siatkówkę, w piłkę nożną, w dwa ognie. To by było ekstra, nigdy nie zapominałabym obuwia zamiennego!

Ciekawa jestem, jak wygląda Wasza historia z aktywnością fizyczną i dbaniem o siebie. Co sprawdza się u Was najlepiej? Co Was popycha do działania, kiedy Wam się nie chce? Macie jakieś ulubione blogi, popisowe fit przepisy? Ja najchętniej zaglądam na kanał Agaty Ucińskiej, bardzo lubię też Blogilates.

Dajcie znać, bardzo bym chciała przeczytać o tym, jak jest u Was.


Dzisiejszy post powstał we współpracy ze sklepem X-KOM, w którym sama kupuję, więc chętnie zgodziłam się na współpracę. Dostępny u nich laptop do zadań specjalnych, Lenovo Yoga 710, powstał między innymi z myślą o osobach, które wykorzystują elektronikę do wspierania swojego aktywnego stylu życia. Może pełnić rolę i laptopa, i dotykowego tabletu, bez problemu daje się też postawić w każdej możliwej pozycji, co przydaje się przy gotowaniu czy ćwiczeniu z Youtubem.



Pamiętam, że kiedy szukałam lekkiego i mocnego komputera dla siebie, koniecznie z długo trzymającą baterią, wiele osób polecało mi na FB właśnie Lenovo Yoga. Oglądałam go nawet w sklepie, ale w końcu doszłam do wniosku, że po co mi taka hybryda, mimo że bardzo zgrabna, skoro tablet to takie nieprzydatne urządzenie. Wzięłam klasycznego laptopa. A rok później… dokupiłam tablet, bo tak mi go brakowało. Gdybym była w tamtym miejscu jeszcze raz, dużo poważniej rozważyłabym kandydaturę Lenovo – i może wydałabym dzięki temu dwa razy mniej pieniędzy.

Jeśli więc szukacie lekkiego, uniwersalnego sprzętu, którzy ciągle jest bardzo przyzwoitym komputerem, weźcie pod uwagę Lenovo Yoga. Mnie działało się na nim tak fajnie, że żałowałam, że nie mam okazji poużywać go dłużej.


 

 

155 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Namysłowska 3

    Podobnie jak Ty, próbowałam chyba wszystkiego poza nartami (a urodziłam się na Podhalu:). Ostatecznie wygrała joga, z którą przeprosiłam się po rocznej przerwie. Latem dołączam rower. I to jedyne aktywności, którym jestem regularnie wierna. Pozostałe okazywały się „przebłyskami”.
    A jeśli chodzi o mamę – moja też mnie zawstydza. Nie chodzi na jogę czy pilates ale ćwiczy na orbitreku. Codziennie maszeruje swoje kilometry. Podziwiam ją za tę regularność, której chyba nie odziedziczyłam :/

  2. Rossie

    Ale Ci zazdroszczę tego, że nawet bez regularnych treningów jesteś w stanie przebiec 10 km! Ja jako nastolatka w okresie buntu obraziłam się na wszelką aktywność fizyczną i długo mi tak zostało. Miałam zrywy zawsze związane z chęcią schudnięcia ale były bardzo krótkie. I w sumie dopiero po zakończeniu studiów wzięłam się za to porządnie. Znalazłam odpowiedni dla mnie plan na bieganie i wbiłam sobie do głowy, że nie muszę od razu biec 5 km ciągiem. Ba, to udało mi się dopiero całkiem niedawno, czyli po jakichś 3 latach :D A decydująca była chyba tak jak u Ciebie zmiana podejścia. Oderwałam się od tego, że sport jest tylko środkiem do osiągnięcia celu czyli schudnięcia. Wyznaczyłam sobie cele czysto sportowe i do nich dążyłam, i to takie które zależały tylko od mojej wytrwałości czyli np. w dwa miesiące przebiegnę łącznie 50 km, obojętnie czy tempo będzie żółwie czy nie :D I tym razem „zaskoczyło” i bieganie zostało ze mną, mimo że wyniki niewiele się poprawiły ;) Do tego w podobnym momencie rodzice namówili mnie na rowerowe rajdy na orientację w które też bardzo się wkręciłam – więc jeżdżę na rowerze żeby móc w nich startować.
    Zazdroszczę Ci że tylu rzeczy spróbowałaś! Ja nigdy nie dotarłam na taniec irlandzki, a o wspinaczce wciąż tylko marzę i powtarzam sobie, że powinnam najpierw wzmocnić ręce. A plank jest jednym z najbardziej podstępnych ćwiczeń!

    1. Style Digger

      Super super super! Rajdy na orientację brzmią ekstra, ja sobie obiecuję, że wybiorę się kiedyś na bieg/marsz na orientację, najlepiej z psem – muszę poszukać jakichś w tym sezonie:) Mój brat się wspina od wielu lat i zawsze mówi, że we wspinaczce przynajmniej równie ważne co ręce, są nogi, a ręce do wspinaczki najlepiej trenuje się… wspinając:)

      1. Rossie

        Muszę chyba kiedyś po prostu wybrać się na ściankę i sama przekonać czy dam radę :) A co do rajdów na orientację to polecam z całego serca, cudowna sprawa, jak taki lepszy spacer bo z celem i ciekawy i jeszcze można poznać nowe tereny :) do tego cudowni ludzie przynajmniej tam gdzie ja startuję czyli w maratonach rowerowych. Niby rywalizacja ale na trasie raczej wszyscy sobie pomagają, czasami formują się grupki, wspólnie szuka się punktów… Zupełnie inny klimat niż np. w biegach miejskich z tego co czytam :) Moi rodzice po latach startów teraz sami są też organizatorami, więc jakby co zapraszam 3 czerwca na Leśne Dukty ;)

    2. Gosia

      ja cierpie na wrodzona awersje do sportu (nie do aktywnosci, lubie duzo chodzic, jezdzic na rowerze, tylko po prostu nie traktuje tego jak sport). 1.5 roku temu poszlam na scianke wspinaczkowa i … przepadlam! biegam teraz na sciane dwa razy w tygodniu, planuje dolaczyc bieganie (by wzmocnic kondycje ogolna) i joge (rozciagliwosc), czytam poradniki wspinaczkowe i literature gorska, tylko po to by lepiej sie wspinac, zapisalam sie do klubu, ktory organizuje wyjazdy w skaly… trzeba tylko znalezc „swoj” sport i wszystko sie da :D

  3. Asia

    Asiu skąd ja to znam! Ćwiczenia w domu są wbrew pozorom dużo trudniejsze od tych zaplanowanych poza domem. Zachęciłaś mnie tą jogą (i uczuciem jak po masażu ;)) bo zbieram się na nią już ze dwa lata ;)
    Co do selera to zerknij w tabaleki alergii krzyżowych. Może coś pokrewnego z selerem też Cię uczula.
    Ściskam mocno :)

    1. Style Digger

      Tak tak, pyłki brzozy i bylicy. Joga jest super, ale musisz dobrze trafić – ja od czasu napisania tego tekstu byłam na zajęciach z koszmaru, ale to temat na inny tekst:)

      1. vesper

        Ja uwielbiam kanał na yt Yoga With Adriene – to super pozytywna dziewczyna, która uczy, ze joga ma być dla ćwiczącego przyjemnością – bez bolesnego doginania i zwijania w precel, bo nie jest ważna poza, tylko podejście do ćwiczeń i pozytywna energia :)

  4. Słomka

    Mój Mąż ma podobnie, jak Ty. W młodości trenował wyczynowo pływanie, kilka godzin treningu dziennie :O i teraz nawet jak przez pół roku nie ruszy palcem, to przebiegnie bez zadyszki kilka kilometrów. Z kolei ja ile bym nie trenowała, nie dam rady :).

    W ubiegłym roku byłam już na dobrej drodze do regularności w ćwiczeniach, 3 miesiące intensywnych treningów 3-4 razy w tygodniu. Byłam z siebie taka dumna! Aż w połowie grudnia dopadła mnie grypa, której konsekwencje noszę w sobie do teraz… I jestem tak zła, bo pierwszy raz, kiedy byłam na dobrej drodze, musiałam zachorować! Teraz jestem na tyle osłabiona, że nie mogę chodzić na fitness, a ćwiczenia w domu u mnie się nie sprawdzają. Zwykle kończę na jednych :D. I jak tu wybrnąć z tej sytuacji?

    Miłego dnia!

  5. Karo

    Zobacz, czy nie masz po drodze na zajęcia do Marty Miłosz ze Zdrofitu – ma najlepsze sztangi na świecie w naszym pięknym miejscu, grupy są dziewczyńskie i zgrane :) I uważaj na kolana – mi niestety strasznie się popsuły po chodzeniu na sztangi przez 2 lata z rzędu :(

  6. k

    hej, ja od roku chodzę dwa razy w tygodniu na jogę, plus dodatkowo od lipca 3 razy w tyg treningi siłowe. Wydaje mi się, że wyrobiłam w sobie nawyk i 5 razy w tygodniu ćwiczę i jest to dla mnie duża przyjemność. Latem dochodzi rower i rolki. Wcześniej też ćwiczyłam ale bardzo nieregularnie głównie mel b albo joga. Teraz czuję się ze sobą najlepiej, jednak wziąć słyszę po co mi to, przecież jestem chuda.

    1. k

      wciąż a nie wziąć :) poza tym, zgadzam się z Tobą, że kluczowe jest, żeby siłownia czy szkoła jogi były blisko. Mam 3 minutki na siłownię i pewnie gdybym miała dojeżdżać wyglądałoby to inaczej :D

  7. Olga

    Staram się unikać zadawania pytań nie w temacie … ale nie mogę się powstrzymać (ponieważ jestem w trakcie remontu i urządzania dla mnie nowego, ale tak naprawdę bardzo starego mieszkania).
    Czy zdradzisz mi co to za piekarnik z drewnianą rączką??

    Pozdrawiam
    Olga

      1. Ada

        Sprowokowana odwagą Olgi i ja zapytam nie w temacie: a jak sprawuje się biała płyta indukcyjna?
        Bardzo na taką choruję, ale w jakimś programie telewizyjnym widziałam, że była baaardzo brudna. Jest jakiś kłopot z utrzymaniem jej w czystości?
        z góry dziękuję

        A odnośnie aktywności, ja bardzo lubię porządnie się zmęczyć w klubie. Pump, crossfit i interwały – dopiero kiedy wychodzę na czterech, czuję dobrze wykonaną robotę;)

        1. Ola

          Mam białą płytę indukcyjna od listopada 2015 i super! Wbrew pozorom nie brudzi się bardziej niż czarna – po gotowaniu po prostu wycieram ja wilgotna szmatką i już! Nie trzeba nawet specjalnie szorowac czy używać chemii.

  8. Agnieszka

    Ja z kolei zarzuciłam aktywność fizyczną w okresie nastolęctwa z dwóch powodów. Pierwszy, zupełnie bzdurny, podsunął mi jeden ortopeda. Mam skrzywienie kręgosłupa, więc postraszył mnie i rodziców, że nie powinnam uprawiać sportów, w których się dużo skacze, czyli zasadniczo zrozumieliśmy, że wszystkie dwa ognie, bieganie, siatkówka (którą bardzo lubiłam), koszykówka itp. odpadają. Zostają natomiast ćwiczenia na macie (potwornie nudne dla trzynastolatki) i pływanie (najbliższy basen był kilkanaście kilometrów od mojej miejscowości, więc ani ja, ani rodzice nie znaleźliśmy motywacji, by tam regularnie jeździć). Byłam krnąbrnym dzieckiem, więc jak się uparłam, że nie będę ćwiczyć (choćby dla własnego dobra), to nie ćwiczyłam.
    Drugi powód to operacja stopy i powikłania po niej, które ostatecznie już zanikły, ale wyłączyły mnie z wfu w liceum.
    Na studiach poszłam na gimnastykę korekcyjną, która okazała się fajna. Zaczęłam więc się rozciągać sama, w domu.
    Rok później moja siostra oddała mi swoje „stare” ciuchy do biegania (bo po siłowni trochę się „rozrosła” ;)), co stanowiło impuls do pierwszej przebieżki.
    Jak jest cieplej na dworze, to dojeżdżam wszędzie rowerem, bo lubię to, że oszczędzam pieniądze i jestem niezależna.
    I gwiżdżę na dawne słowa ortopedy, że bieganie nie, aerobik nie. Mogę to robić, tylko muszę być rozciągnięta i wzmacniać mięśnie przytrzymujące kręgosłup, a jak dużo się ruszam, to boli mnie o wiele mniej niż jak miałam kilkanaście lat.
    Dziękuję za Twoją historię. Swoją drogą zauważyłam, że mnóstwo dziewczyn porzuciło aktywność fizyczną właśnie w okresie nastoletnim, co jest wręcz zatrważające…

    1. Aga

      cześć moja Imienniczko! Zdradzisz jakie ćwiczenia rozciągające/wzmacniające na kręgosłup stosujesz? :-)

      Mam skoliozę i zastanawiam się co bym mogła dla siebie zrobić w domu. <3

  9. Martyna

    Asiu, a nie przeszkadza Ci ta „kompetetywność”? Może chciałabyś napisać osobny post na ten temat? Ja widzę podobne symptomy u siebie i mimo wszystko mam wrażenie, że utrudniają mi one relacje z bliskimi (poza potrzebą wygrywania we wszystkie gry po kolei chciałabym także mieć ostatnie słowo w każdej kłótni…). Akademicko sprawdza się to super, ale w życiu osobistym mam wrażenie, że coś tracę, ale nie bardzo wiem jak to kontrolować. Masz jakieś rady?

  10. Oczynka

    Taniec irlandzki! Pamietam, że gdy zaczynałam czytać Twój blog (jakieś 10 lat temu), to zaglądałam również do uroczej szafiarki z Warszawy, która miała piękny uśmiech, rudego kota i tańczyła taniec irlandzki. Pod jej wpływem sama chciałam to tańczyć, ale po jednych zajęciach odpadłam na rozgrzewce i więcej się tam nie pokazałam.
    Teraz, po 10 latach dopiero zaczynam się ruszać. Na start wzięłam spacery, marszobiegi i lekkie rozciąganie przy jutubach. Oby tym razem to nie był słomiany zapał…

  11. Ampa

    Mnie się ciągle nie chce, wyjście na ćwiczenia raz w tygodniu to niezły wyczyn dla mnie. Nudzi mnie to zawsze mysle ze tracę czas ze milion ciekawszych rzeczy bym w tym czasie zrobić

  12. Zona z kredensem

    Ach… moja aktywność fizyczna to… porażka. Na koniec podstawówki złamałam nogę w kolanie (można powiedzieć, że kolano było w proszku) i kiedy wróciłam na wf, okazało się, że  właściwie większość ćwiczeń mnie przerasta (paraliżowalo mi nogę), nikt nie chciał mi robić indywidualnego nauczania, musialam pisac referaty na wf, zeby mieć jakieś oceny. Lekarz stwierdził, że kolano jest zagrożone i miałam zwolnienie z wfu… do końca mojej edukacji. I faktycznie, to cud, że chodzę sama, a nie o kulach (choc czasami są mi potrzebne). I na studiach dużo działałam: tu wolontariat, tu trzeba pomóc, tu jakaś akcja, do tego studia… i choć sportu nie uprawiałam, to jednak moja aktywność fizyczna była bardzo duża. A teraz… ech. Pracuję w domu, więc nawet do pracy nie muszę chodzić. Dużo spaceruję/maszeruję, ale czuję, że to za mało. Że jestem trochę… rozlazła. Ale ja tak nie lubię typowego sportu! Bieganie to mój największy koszmar! Naprawdę! A że źle nie wyglądam, to motywację mam żadną. Chociaż wiele razy już próbowałam. :p
    PS. Ale z napojami mam tak samo z domu. No i w żyłach płynie mi herbata :)

  13. Sen Katarzyny

    Swoje zrywy i słomiany zapał wyleczyłam dewizą „lepiej raz niż wcale”. Nie nastawiam się, że będę regularnie biegać czy codziennie dojeżdżać rowerem do pracy.

    Wypisałam sobie listę form ruchu, które lubię i toleruję. Lista jest dość krótka, bo nie lubię sportów grupowych, tych z piłką, tych, przy których można się zadyszeć, tych, w których pot leje się ze mnie strumieniami. Czyli głównie: spacery, rower, basen, joga, chodzenie po górach, biegówki, badminton, lekki jogging, pilates… I po prostu zadaję sobie jak najczęściej pytanie, na co mam ochotę. Różnorodność i względna nieregularność dają mi poczucie wolności, że nie jestem uwiązana jakimś postanowieniem na wieki, i pozwalają uniknąć nudy. Poza tym mówię do siebie o swoim ruchu w niezobowiązujący sposób: „Chodzę się przebiec”, a nie „Biegam”, „W weekend jadę w góry” a nie „Uprawiam marsze w terenie”. Nieświadomy trick, którym trochę oszukuje mózg :)

  14. Sim

    Ja się z aktywnością fizyczną średnio lubię, ale muszę, bo mam okropne tendencje do tycia. Wystarczy, że nie będę pilnować się z jedzeniem np. tydzień i już jestem trzy kilogramy do przodu. A wiadomo, takie 1-3 kg najciężej zrzucić, bo to się przyczepia i nie chce odpaść. Kiedyś przez chwilę biegałam, ale Kraków jest mało wdzięcznym miejscem dla tego sportu, szczególnie zimą. Wszelkich siłowni nie znoszę, bo to wygląda jak jeden wielki pokaz mody, a ja czuję się jak ostatnia melepeta. Zresztą, nie ukrywam, przeszkadza mi masowość i anonimowość takich miejsc.
    Jednak podczas ostatniej jesiennej podróży (które poniekąd są związane z moimi projektami i pracą) odnotowałam, że moja kondycja leży i kwiczy. Jak chciałam wejść na wulkan to w 1/4 musiałam zrezygnować, bo łydki paliły żywym ogniem, a ręce z kijkami odmawiały posłuszeństwa. Poddałam się, ale bardzo mnie to zirytowało. Dlatego po powrocie zapisałam się na jogę i już wiem, że to najlepsza decyzja w życiu, bo to jest „moja” aktywność fizyczna! Mamy grupę dla początkujących, więc idziemy spójnym programem, nikt z nikogo się nie śmieje, a trenerzy są absolutnie spokojni i pomocni. Chodzę tam z przyjemnością i co ciekawe, zniknęły bóle w naciągniętej kostce, cierpienia w trakcie okresu i problemy ze spaniem. Także nie rozdrabniam się i mam zamiar oddać się tej aktywności bez reszty :)

    1. Style Digger

      A propos pokazu mody – właśnie układam sobie w głowie post, bo miałam długą przerwę w siłowni/fitnessie i jak pierwszy raz pojawiłam się na zajęciach, nie mogłam się nadziwić, jak bardzo się zmienił ubiór dziewczyn. Ba, nawet sklep się otworzył, z kilkoma polskimi (chyba?) fitnessowymi markami – kolorowe legginsy, szorty z zadrukowanymi gumkami itp. Ciekawe to jest bardzo, pamiętam że jak chodziłam na fitness po razy pierwszy (czyli jakieś 8 lat temu), na porządku dziennym były stroje jak na wf. Aż strach pomyśleć, jak teraz na wfie trzeba wyglądać!;) Ja zwykle ćwiczę w moich najzwyklejszych legginsach i t-shirtach z Decathlonu/Tk Maxx/Tesco i zupełnie mi to nie robi różnicy, ale rozumiem że to może zniechęcać. Super, że znalazłaś jogę, trzymam kciuki i zazdroszczę – ja jakoś do jogi nie mam szczęścia, ale będę szukać!

      1. Sim

        Ja bardzo doceniam fakt, że nasi instruktorzy się nie modzą i chodzą w totalnie normalnych ciuchach, podobnie jak kursantki i kursanci. Tak swoją drogą to szukałam szkoły jogi, która nie akceptuje żadnych kart benefitowych – multisportów itd. Długo rozmawiałam ze znajomymi, czytałam w internecie – jeżeli chodzi właśnie o takie sporty, typu joga, wspinaczka to dużo osób się skarżyło, że przez te karty benefitowe bardzo leci jakość obiektu. Potem dochodzi do sytuacji, że grupy ogólnej nie sposób poprowadzić, bo połowa to osoby, które chodzą dwa razy w miesiącu, żeby się pokazać, a nie są w stanie zrobić poprawnie żadnej asany. I taka osoba, która płaci normalnie, tylko za jogę w danym miejscu, dużo traci :) Niestety, w Warszawie nie jestem w stanie polecić Ci żadnej szkoły, bo sama mieszkam w Krakowie, ale życzę powodzenia!
        Wiesz co Asiu, nie tyle przeszkadza, co denerwuje. Mam wrażenie, że jakoś generuje się w nas takie poczucie wstydu, że na siłownię to nie wypada iść bez firmowych butów, bidonu, legginsów, torby i całej masy akcesoriów. Gdzieś ucieka cała radość z samego ćwiczenia, bo siłownię z czasów wychowania fizycznego wspominam bardzo miło – luźna atmosfera, dużo śmiechu, wzajemnych mini wyzwań. Ostatnio, zanim poszłam na jogę, mocno straumatyzował mnie crossfit – naprawdę już rozumiem, dlaczego cały internet się z niego śmieje. O ile sama forma aktywności może sens ma, ale ludzie… Nie polecam :)

        1. Anna

          To ciekawe, co piszesz o szkołach jogi, bo pamiętam, że kilka lat temu wiele z nich (a może nawet większość) wyszła z systemu MultiSport, również z tych powodów, o których piszesz. Przynajmniej tak było w Warszawie. Nie wiem, jak teraz wygląda sytuacja, bo od dwóch lat nie mam już tej karty.

          1. Agata

            Sim, a to może polecisz jakąś szkołę jogi w Krakowie? Od jakiegoś czasu przymierzam się żeby gdzieś się zapisać, ale jestem tu nowa i nie mam nawet pojęcia od czego mogłabym zacząć. Szukam jakiegoś rozwijającego miejsca w którym nie ćwiczy się na wyścigi i pod presją (czyli chyba właśnie takiego jak opisujesz dwa komentarze wyżej)

            1. Sim

              Agata, jasne – chodzę do Mayury na Krupniczej :) dodatkowy plus to przepiękne wnętrze, bardzo klimatyczne, więc jeszcze przyjemniej się ćwiczy.
              W Krakowie, niestety, większość wciąż działa w Multisporcie, ja też zwracałam uwagę na trenerów i lokalizację, bo jednak centrum było najbardziej optymalne dla moich potrzeb.

        2. Ada

          Każdy powinien szukać rozwiązań dla siebie.
          Dla mnie crossfit to wybitnie trafiony trening, na jodze natomiast miałam wyłącznie poczucie straty czasu.
          Zdecydowanie nie polecam;)
          Na szczęście mamy tyle aktywności do wyboru ile gustów.
          A ludzie, cóż, są różni. Wszędzie.

      2. ilo

        Ja bylam mega zawodolona z Jogi na Foksal. Chodzilam na zajęcia do Pani Iwony i naprawde polecam. Przetestowałam paru innych nauczycieli ale nikt nie przypadł mi tak bardzo do gustu jak Pani Iwona, taka starsza babeczka kolo 60, sympatyczna, spokojna, bardzo indywidualne podejscie. Chodziłam na grupę poczatkująca i nigdy nie doświadczyłam irytacji z jej strony, ze cos mi nei wychodzi, czego nie mogę powiedzieć o innej pani z tej szkoly (nie pamiętam jak się nazywa). Masz o tyle komfortową sytuację, że pewnie mogłabys chodzic w godzinach pracy keidy jest duzo mniej osób (wieczorami jest bardzo tłoczno). Mają tez drugą szkole na Brackiej, wszytsko jest nowe, fajne, pachnące, ale przetestowałam tam tylko dziewczynę zapisaną w grafiku jako ‚Anka’ i tez bardzo polecam. Kiedys poszłysmy z kolezanką na grupę poranną i oprocz nas byly tylko dwie Azjatki wiec naprawde fajnie:) na zachęte powiem Ci ze szkoła na Brackiej jest bardzo ‚instagramable’ :D

        1. Konstancja

          Ooo kilka lat temu chodziłam na Jogę na Foksal regularnie, mieli wtedy też szkołę na Długiej przy metrze Ratusz Arsenał, zrezygnowali na rzecz Brackiej? Iwona była okej, ale bardzo lubiłam też chodzić na zajęcia do Joasi i Roberta. Polecam ich wypróbować! :)

      3. Kasia Róża

        Hej! Spróbuj w Yogamudra w pobliżu Placu Konstytucji. Chodzę tam od roku i jestem zachwycona kameralnością miejsca, ciepłem i profesjonalizmem prowadzących oraz indywidualnym podejściem :)

      4. Marta

        Ależ Asiu, to przecież tak jak z Twoimi piżamami – tak jak milej się spędza poranki w gustownej piżamie, tak przyjemniej się ćwiczy w ładnym stroju. :)

  15. olga

    Ojejku, jak bardzo się utożsamiam z tymi zrywami i byciem najlepszą! Ja po odkryciu, że nie znoszę siłowni i biegania, za to kocham rower i pole dance plus okazjonalnie salsę doszłam do optymalnego dla mnie planu, czyli 2-3 razy w tyg jeżdżę rowerem po 20-25 km, do tego dwa razy w tygodniu mam pole dance i raz salsę i jestem szczęśliwa:) Jedyne, z czego ciągle nie jestem zadowolona, to moja sylwetka, zwłaszcza oponka na brzuchu, której nie mogę się pozbyć, więc chyba trzeba będzie dołożyć jakieś interwały… Do tego zawsze zazdroszczę tym lasiom na siłowni, które są wytwornie szczupłe z małym biustem – ja mimo rozmiaru 34 mam dość duży biust i szerokie biodra, ech ;)

  16. Ada

    Wybiłam się z rytmu treningów (u mnie to akurat była zumba i jakiś body pump) wraz z przeprowadzką do innego miasta. Urządzenie mieszkania, więcej czasu na dotarcie do/z pracy, chore ceny karnetów (90zł za open vs ceny warszawskie ;)) i tak się poskładało, że prawie 2 lata wracałam do regularnej aktywności. Co prawda weekendy dalej spędzałam na rowerze, nartach czy żaglach, ale to było za mało – czułam się zasiedziana. Walczyłam z treningami z youtube’a, ale jednak wolę z instruktorem na sali. Ostatecznie postanowiłam spróbować jogi i przepadłam! Wybrałam szkołę 2 minuty od biura, chodzę rano przed pracą (na szczęście mam dość elastyczne godziny pracy), a rano na ogół mam więcej motywacji niż popołudniu (zwłaszcza jak jest już ciemno i zimno to najchętniej znalazłabym się w dresie w domu, a nie walczyła na macie). Choć jest to dla mnie też spora lekcja pokory, bo rozciągnięta jestem fatalnie mimo nie najgorszej ogólnej sprawności ;) Ale jak to dobrze robi na kręgosłup, ojej!

    Ja jeszcze mam taką ogólną sugestię, że warto poszukać aktywności dla siebie ze względu na zdrowie i samopoczucie. Mam problemy zdrowotne i w szkole zawsze miałam częściowe zwolnienie z w-f, ale trochę też na przekór starałam się ćwiczyć najwięcej jak mogłam np. byłam świetna w rzutach piłką lekarską albo przewrotach ;) Do tego moi rodzice regularnie ćwiczą, weekendy spędzaliśmy aktywnie i jeśli zachęca się dziecko do aktywności to to w nim na ogół zostaje! Pewnie gdyby moi rodzice nie zabierali mnie na narty albo wycieczki rowerowe, bo nie mogę się męczyć to sama nie miałabym takiej motywacji by to zmienić, bo uważałabym, że nie mogę się męczyć :P A tak dojeżdżam rowerem do pracy, na studiach trenowałam judo, mam patent żeglarski oraz uwielbiam spływy kajakowe. I mam nadzieję, że zainteresowanie ruchem i aktywnością przekażę także moim dzieciom. Nie muszą być mistrzami karate albo zawodowymi tancerkami. Tutaj chodzi o przyjemność z takiego spędzania czasu!

  17. Aviaq

    Ja uwielbiam jogę 😊 Jeśli nie jestes do niej zbytnio „zachęcona” –> polecam kanał Małgorzaty Mostowskiej na YT, jest tam sporo fajnych sekwencji. Moze przekonają Cię też „wypociny” 😉 na moim blogu, choć jestem dopiero początkująca – aviaq.pl 👍😘
    Super tekst ❤️💞

  18. Ewelina

    Kurcze! WF dla dorosłych! Super sprawa! Chyba jako absolwentka WF i wiecznie szukająca swojego miejsca na rynku osoba, rozważę taką opcję. Dzięki za inspirację!

    1. Gosia

      Tak, ja też jestem za, od dawna o tym marzę! Bo dla dorosłych to same fitnessy i sztuki walki, a pograć w gry zespołowe, za którymi przepadam, niestety jest trudno.

  19. czarna_plomba

    Nienawidzę ćwiczyć! Aczkolwiek podobnie jak Ty, w młodości byłam bardzo aktywną osobą, nie raz reprezentowałam szkołę w różnego rodzaju sportach grupowych :)

    Ale postanowiłam sobie w tym roku, że podejdę do tego jak dziecko. Z reszta mam dwoje więc może będzie łatwiej :) Otóż potraktuje sport nie jak konieczną aktywność fizyczną, a zabawę po prostu. Dzieci są bardzo aktywne, a nie chodzą przecież na siłownie :) Zamierzam więc założyć łyżwy i w końcu nauczyć się jeździć, uwielbiam piesze wycieczki. Wykupie karnet w parku trampolin, latem może rolki? Od czasu do czasu pójdę na koleżanką na potańcówkę :) No i wycieczki rowerowe do lasu (ale dzieciaki muszę nauczyć jeździć najpierw :P). Tak czy siak, zamierzam się aktywnie bawić :)

  20. Karolina

    Jeżeli chodzi o aktywność fizyczna, to ja jestem dosyć specyficzna ;) Ale po kolei.
    Próbowałam w życiu różnych sportów, uczyłam się z instruktorem do pewnego momentu i zawieszałam się w jednym punkcie. Po latach doszłam w końcu do rozwiązania mojego problemu – nie lubię ryzyka, osiągania dużych prędkości, po prostu się tego boję. Kiedy w końcu to sobie uświadomiłam, to przestałam się łudzić, że nagle pokocham narty zjazdowe i sprzedałam sprzęt. Traktuję sport jako rekreację, więc w każdym przypadku, kiedy trenerzy próbowali popchnąć mnie w stronę intensywniejszych treningów (docelowo zawody) rezygnowałam. Nie poszłam na lekcje tańca, bo w klubach liczyły się tylko pary (nie miałam partnera) i to tylko te, co będą jeździć na zawody. Sport, z którym zostałam na dłużej to była szpada, ale niestety choroba trenera i przepisanie się do innego poskutkowało rezygnacją i tej dyscypliny.
    Za WFem nigdy jakoś nie przepadałam. Na tych lekcjach faworyzuje się dzieci aktywne, przebojowe i lubiące ryzyko – nie miałam większych szans. Zaliczałam wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, żeby nauczyć się skakać przez te cholerną skrzynię na 5 sposobów, na zajęciach dodatkowych presja była znacznie mniejsza (bo nie było tych „wybitnych” uczniów i nagle nauczyciel wykazywał zainteresowanie innymi). Nigdy nie chciałam wracać do tego okresu w moim życiu.
    Na studiach z „normalnego” życia wskoczyłam na tryb siedzący. Bardzo szybko poznałam co to ból pleców, więc automatycznie zainteresowałam się sportem. Wybrałam zajęcia fitness, trochę chodziłam do klubów, trochę na azs, regularność różna, ale jednak coś tam ćwiczyłam. Po kilku latach wykupiłam konsultację u trenera personalnego, który ułożył mi zdrową dietę (żadnego odchudzania) i podstawowe ćwiczenia do robienia w domu, bo chodzenie na zajęcia do klubu zaczęło być uciążliwe. Potem koleżanka zaczęła ćwiczyć z Chodakowską, zapoznałam się więc ze skalpelem. Nigdy nie zostałam wielką fanką Chody, ale dzięki niej polubiłam ćwiczenia w domu. Kupiłam matę, ubrania do ćwiczeń, buty. Wszystko okazyjnie, żeby nie płakać nad straconymi pieniędzmi, kiedy jednak mi się znudzi. Ostatecznie na YT wpadłam na Paulę Piotrzkowską (treningfitness.com) i Jenny Ford z ćwiczeniami na stepie. W tym zestawie zostałam do dziś :) Paula ma różne typy ćwiczeń, mogę zmieniać do woli i nigdy mi się nie nudzą. Staram się ćwiczyć 3 razy w tygodniu. Różnie mi to wychodzi, ale efekty i tak są widoczne. Z doświadczenia wiem, że lepiej ruszać się odrobinę niż nie robić tego wcale.
    Powodów do mojego zamiłowania do domowych treningów jest kilka:
    – wybieram sobie taka porę jaka aktualnie mi pasuje
    – oszczędzam czas na dojazd
    – oszczędzam pieniądze na karnet
    – mogę zmieniać intensywność treningu, w każdej chwili mogę przerwać i włączyć coś łagodniejszego, kiedy akurat nie jestem w formie
    – w każdej chwili mogę zrobić przerwę na wodę i kilka głębszych wdechów (zwłaszcza kiedy wracam do formy po przerwie) – na zajęciach w grupie od razu jest się przywoływanym do porządku
    – myję się w swojej łazience i od razu piorę ręcznie ciuchy po treningu :)
    Jestem z tej formy aktywności bardzo zadowolona. Przy dobrej pogodzie w wiosnę, lato i jesień bardzo lubię jeździć na rowerze i dodatkowo będę uczyć się jazdy na rolkach. I kocham spacery. Już nie mogę się doczekać kiedy jakość powietrza się poprawi i w końcu będzie można spacerować po parku godzinami.
    Pozdrawiam! Karolina
    ps. Jeżeli ktoś chce zacząć trening domowy a wcześniej nie ruszał się zbyt wiele i nigdy nie chodził na fitness, to chyba lepiej jednak na takie zajęcia się zapisać. Warto wiedzieć jak poprawnie wykonywać ćwiczenia. Ja trochę doświadczenia mam, więc nie boję się treningu z hantlami, ale nowicjuszka ze słabymi łapkami może sobie zrobić krzywdę. Generalnie polecam karnet open, można przetestować różne rodzaje ćwiczeń i wybrać to, co faktycznie nam odpowiada (np. ja nigdy nie wrócę do zumby, ale pokochałam step).

  21. Amatorka Cooltury

    Od kilku lat obserwuję biegające regularnie osoby z niemałym podziwem. Zazdroszczę im i jednocześnie wiem, że ja sama na taką aktywność jestem zdecydowanie za słaba. Tylko, że mimo wszystko mnie korci i zaprząta głowę to „hobby”..więc może mimo wszystko kiedyś spróbuję? Póki co zdarza mi się ćwiczyć fitness ;-)

    1. Magda

      Amatorko Cooltury, miałam tak samo z bieganiem tzn wydawało mi się że jestem za słaba, podczas pierwszego biegu po 700 m myślałam że mam zawał. Po każdym treningu czułam się jednak lepiej i teraz biegam co drugi dzień dyszkę a w lepsze dni więcej i jest super. Zachęcam Cię do spróbowania, moim zdaniem to najtańszy i najbardziej dostępny sport.

  22. Kamila

    Ja przede wszystkim podkreśliłabym to, co piszesz o stresie :) Wysyłek fizyczny jest super, ale jeśli podchodzimy do niego odpowiednio. Należy pamiętać, że jest to też stresor dla naszego organizmu i trzeba znaleźć coś co nam NAPRAWDĘ odpowiada, bo inaczej może przynieść wiele złego (np. zdarza się, że dziewczyny trenujące codziennie intensywnie nie mogą zajść w ciążę, bo trenując w ten sposób dają sygnał organizmowi, że walczą o życie, więc nie są gotowe na potmostwo). Najważniejsza jest ZABAWA, aktywność ma nam sprawiać nam przyjemność.

    A nie musimy koniecznie biegać i robić aerobów, by być zdrowym :) Oczywiście, jeśli ktoś lubi to super, ale nawet po komentarzach widać że nie wszyscy. Ja osobiście biegać nie lubię, nudzę się przy tym niemiłosiernie, ale np. jeżdzę cały rok na rowerze, więc minimum 40 minut dziennie się ruszam. I chodzę dużo po górach. Niby niewiele, ale czuję się znacznie lepiej niż w okresie, kiedy zmuszałam się do biegania, bo przecież TRZEBA.

    W ogóle jako ciekawostkę muszę napisać, że najzdrowsze są sporty, które odwołują się do naszych korzeni :) Człowiek przez 99% istnienia prowadził życie zbieracza-łowcy. Czyli całe dnie chodził za zwierzyną, polował i zbierał roślinki. Dlatego niezmiernie zdrowe są spacery i całodniowe wędrówki :) /i dla każdego, chyba nie ma tutaj skutków ubocznych/ Dwa, jesteśmy chyba jedynymi zwierzątkami posiadającymi tak zbudowany bark – kot czy pies nie jest w stanie obrócić ręką 360 stopni. To wynik tego, że polowaliśmy przez rzuty dzidą itp. I dlatego tak zdrowe są dla nas.. kręgle albo curling!! :)

  23. Ula

    Mnie do aktywności fizycznej namawiać nie trzeba, sport sprawia mi przyjemność, potrzeba mi tylko odpowiedniego miejsca, w którym mogłabym go wykonywać. W Zielonej Górze mam siłownie, którą bardzo lubię i kiedy jestem w domu na trochę dłużej, zapisuję się od razu i chodzę co najmniej 5 razy w tygodniu. W Graz siłownie były słabe i drogie, więc tylko na krótko skorzystałam z zajęć jogi, później już nie mogłam pozwolić sobie finansowo. Ćwiczyłam w domu. Teraz w podróży aktywność fizyczna jest jej stałym elementem, ale zobaczymy jak będzie dalej po powrocie. Zawsze chcę coś robić, tylko nie zawsze mam jak, a z bieganiem chyba mi przeszło, musiałabym wkręcić się na nowo.

  24. Natalia

    Takiego tekstu sie tutaj nie spodziewalam! Dzisiaj kiedy chce na nowo zaczac moja aktywnosc fizyczna, w dniu kiedy wyszukuje w googlach slow takich jak: motywacja; jak zaczac; znowu od nowa; cwiczenia; w pazdzierniku ubieglego roku zaczelam biegac i plywac, 3-5 dni w tygodniu, bylam dzielna w listopadzie, w grudniu deszcz i snieg i mroz skutecznie mnie powstymywaly od wyjscia z domu, do tego kolezanka z ktora biegalam rozmyslila sie. Styczen nie byl dobrym miesiacem dla mnie, luty juz prawie minal ;) ale… zaczynam ponownie, dni sa coraz dluzsze, slonce tez jest coraz czesciej widac. Lubie bloga qchenne inspiracje bo skutecznie pomaga mi zaplanowac moj jadlospis, jem zdrowiej i smaczniej:)

  25. Anna

    Ja miałam różne sportowe etapy w moim dorosłym życiu – nawet taniec brzucha;). Miałam też czas, że zarzynałam moją kartę MultiSport 4-5 razy w tygodniu (pewnie nie o takich użytkowników chodzi w tym systemie;). Wtedy chodziłam na zajęcia grupowe do klubu dla kobiet. Zumba była super, ale dużo zależało od prowadzącego (był taki, co zamiast rytmów latino puszczał „Ona tańczy dla mnie”…). Potem zmieniłam pracę i już nie miałam dostępu do MultiSportu i wtedy odkryłam tone it up i ćwiczenia w domu. Generalnie umiem się zmobilizować, żeby wstać wcześniej i poćwiczyć w domu przed pracą ok. 30-40 min, ale wiem też, że dużo łatwiej mi się zmobilizować, jak za okniem jest jasno. Bo od mniej więcej listopada, jak o 6.00 dzwonił budzik, a za oknem była czarna noc, to motywację miałam na poziomie -100. Ale jest coraz lepiej;). I szczerze polecam tone it up, dziewczyny są super pozytywne, ale przy tym jakoś tak autentyczne, mają fajnie rozpisane ćwiczenia i często ćwiczą na kalifornijskiej plaży.

      1. Anna

        I jeszcze dodam, że Tone It Up mają swoją stronę, ale też całą masę filmików zebranych na youtube (są podzielone tematycznie). Generalnie to jest tak, że kilka razy w roku (chyba raz na kwartał, może rzadziej) mają takie jakby wyzwania, tzn. plany treningowe, które trwają zazwyczaj 8 tygodni. Można wtedy wykupić dostęp do specjalnych filmików z tego wyzwania, ale one są tylko częścią ćwiczeń na konkretny dzień. Spokojnie można je zamieniać na jakieś filmiki, które są bezpłatnie dostępne na youtube. Te płatne są po prostu dłuższe. Ja z nimi ćwiczę już drugi rok i dopiero teraz pierwszy raz kupiłam dostęp do płatnych filmów. A przy okazji czarnego piątku była super zniżka na wszystkie 4 bikini series (to też je mam;). Czasami brakuje tam tylko tęczy i jednorożców (szczególnie na filmach z blondynką;), ale i tak je lubię. W zeszłym roku przez wiosnę i lato tymi ćwiczeniami zrobiłam sobie naprawdę fajną figurę. A potem był urlop we Włoszech i całe morze pizzy, makaronu i wina…

  26. Kasia

    Och chciałoby się mieć tyle czasu na tą aktywność fizyczną. Wiem, że to nie modne stwierdzenie ale dla mnie kilka godzin na siłowni to trochę za dużo – jednak są też inne rzeczy które trzeba rozwijać po pracy. Ostatecznie zdecydowałam się na otwarty karnet w pobliskiej siłowni. Kiedy piszę pobliskiej to mam na myśli taką do której mam jakieś oszałamiające dwie minuty na piechotę. To plus bo wizyta na siłowni skraca się o przebieranie (idę przebrana z workiem na buty, jak do szkoły) i prysznic (a własny prysznic ma tą przewagę że jest własny). Ponieważ karnet jest otwarty to trochę szaleję – jak jest czas idę na zajęcia, jak się spóźnię idę na siłownię. Nie mniej dwie wyprawy w tygodniu to dla mnie maksimum. I tak to dużo. Twoje rady są fajne i zgadzam się, że prowadzą do dużo zdrowszego trybu życia ale mam problem z tym, że jednak większość piszących te rady osób np. nie siedzi w pracy osiem godzin przez pięć dni. A to jest problem bo przecież chce się pobyć z bliskimi, skoczyć do kina czy – po prostu posiedzieć w domu. Chętnie przeczytałabym taki poradnik biorący pod uwagę takie zło jakim jest pełnoetatowa praca na mieście. Bo o ile doskonale wiem, że praca w domu zajmuje też mnóstwo czasu i to nie przelewki to człowiek jest jednak bardziej panem swoich godzin i łatwiej wszystko ułożyć.

    1. Style Digger

      Też chodzę przebrana, to zawsze 5 minut do przodu:) I też mam parę minut na piechotę, do tego stopnia, że nawet nie chce mi się roweru wyciągać. A propos pracy – rozmawiałam ostatnio o tym z moim chłopakiem, który pracuje na etacie i ciężko jest go wyciągnąć na siłownię. Doszliśmy do wniosku, że dla mnie wyjście z domu na siłownię to miłe urozmaicenie, dla niego wymarzonym urozmaiceniem jest walnięcie się w końcu na własnej kanapie – przypuszczam, że miałabym podobnie, gdybym codziennie na większość dnia wychodziła do pracy, szczególnie z długim dojazdem.

      1. stayhappytoday.blogspot

        Moim problemem z aktywnością fizyczną jest właśnie brak czasu – tak, wiem, brzmi to jak żałosna wymówka, ale taka niestety jest rzeczywistość. Kiedy byłam na erasmusie chodziłam na siłownię praktycznie codziennie, czułam się super i bardzo to lubiłam – ale poza siłownia, dwiema godzinami zajęć na uczelni i wieczorną impreza nie miałam wtedy nic specjalnego do roboty. Powtórzyła to ostatnio w trakcie miesięcznego urlopu naukowego – we wrześniu siedziałam w domu więc super było się oderwać od książek i wyskoczyć na trochę na siłownię. Wstawalam rano i o 9 czy Max 10 byłam na fitnessie. Teraz, kiedy wróciłam do normalnego trybu pracy, zupełnie nie mogę wrócić do trybu ćwiczeń. Z domu wychodzę o 8 rano więc raczej poranne wyjscie na fitness odpada. Kończę pracę chwilę po 17. Mieszkam poza miastem, więc jadę na siłownię ktora jest ”po drodze”. Jestem na niej najwcześniej chwilę przed 18 więc zaczynam zajęcia o 18 albo 18.30. Prysznic też biorę w domu, ale i tak jestem w nim najwcześniej o 19.30. A jeszcze czasem trzeba coś ugotować, posprzątać, poczytać, pobyć z bliskimi no i spać. Nie mam innej siłowni do której dojazd byłby wygodniejszy. Biegać nie lubię, a przy ćwiczeniach w domu bardzo łatwo sobie odpuszczam. I jak tu żyć???? :)

    2. Rossie

      Przy małej ilości czasu chyba fajne są aktywności wymagające jak najmniej przygotowania, czyli np. ćwiczenia z YT w domu, bieganie… Mam pracę na etacie i przez parę miesięcy udawało mi się utrzymywać częstotliwość 5 treningów na tydzień właśnie tego typu. Czasami np. wracałam do domu, wstawiałam obiad do piekarnika i w czasie kiedy się robił robiłam zestaw ćwiczeń z YT :D Teraz nie mogę trenować ale np. wracam pieszo z pracy i liczę to jako takie pół treningu, w końcu to 45 minut szybkiego marszu.
      Faktem jest że rodziny nie mam i mój czas jest tylko mój, ale jednocześnie udawało mi się np. chodzić do kina średnio 1, 2 razy na tydzień.

  27. Dominika

    Pamiętam, że zawsze w szkole wf to był dla mnie prawdziwy koszmar. A gry zespołowe to już w ogóle dramat. Kojarzysz to smutne dziecko, które zawsze było wybierane na końcu? To JA! Trochę lepiej było na studiach, mogłam wybrać sobie na jakie zajęcia chcę chodzić i udało mi się dostać na pilates ;) Szkoda, że wf na uczelni był tylko na 1 roku. Teraz próbuję sama coś robić. Latem jest prościej, bo uwielbiam rower i rolki i staram się kilka razy w tygodniu pojeździć. Zimą ćwiczę w domu, co najmniej 0,5h w ciągu dnia. Zwykle z Paulą z kanału Trening Fitness, ma fajną serię z ćwiczeniami na kręgosłup ;)

  28. Anna Maria W.

    Coś o aktywności fizycznej, czytam, czytam, ale nie mogę się skupić, widzę tylko tę świetną kuchnię i kuchenkę… W końcu skanuję już tylko tekst, żeby uzyskać odpowiedź na pytanie, którego nie lubię i które zawsze mnie strasznie irytowało kiedy widziałam je w komentarzach na blogach/youtubie etc. : SKĄD ta kuchnia (szafki, blaty), skąd ta kuchenka?! Musiałam. Teraz chyba mogę dokończyć czytanie. Mam nadzieję, że uda się uzyskać odpowiedź (wiem, że kuchnia nie jest Twoja).

  29. Magdalena Bieniek

    Czy te ćwiczenia ze sztangami to nie jest przypadkiem Body Pump? Jeśli tak, to śpieszę donieść, że miałam z nimi do czynienia i dużo mi dawały, również w sensie psychicznym :)

  30. gabek

    Ja ostatnio znalazłam program Kayli Itsines i podoba mi się formuła i ćwiczenia. Można też znaleźć w necie książkę z przepisami. no i efekty publikowane na instagramie i fb Kayli – wow :D

  31. Karolina

    Bardzo polecam kanał na YT Yoga with Adriene, jest super. Zawsze joga wydawała mi się nudna i natchniona (zastyganie w jednej pozycji na godzinę?), ale odkąd znalazałam Adriene, ćwiczę codziennie :) Jest wyluzowana i normalna, a ćwiczenia, choć nie są trudne, to bardzo dużo dają.

    1. ge_yang

      Yoga with Adriene team:)
      Dzięki niej doszłam do podobnych wniosków, o jakich pisze Asia (liczy się proces, trzeba umieć działać w dyskomforcie i akceptować, w jakim jest się aktualnie miejscu, niemożność wykonania niektórych ćwiczeń nie wyklucza świetnej zabawy!) i od kilku miesięcy po raz pierwszy w życiu nieprzymuszona uprawiam regularną aktywność fizyczną. Polecam całym sercem.

  32. Kinga

    Przez długi czas miałam bardzo podobnie! Zarówno z tym, że jak coś robić to na 101% jak i z takim myśleniem, że aktywność to przykry obowiązek. Aż do czasu kiedy odkryłam interwały i trening siłowy i okazało się, że ja to lubię. :O
    Nadal mam takie momenty, że mi się nie chce iść na siłkę, ale wtedy po prostu nie zastanawiam się nad tym, tylko idę i takim oto sposobem, od kilku miesięcy ćwiczę 3x w tygodniu. A rezultaty są na tyle widoczne, że w sumie nadal mam bardzo wysoki poziom motywacji. :3 myślę, że grunt to znaleźć aktywność, którą się lubi i nie zmuszać się do czegoś „bo tak trzeba”.

  33. Ewa

    Ten artykuł jest według mnie o czymś więcej. Gdybym miała ująć swoje życie w dwóch słowach, byłaby to „pułapka perfekcjonizmu”. Moi znajomi patrzą na mnie pobłażliwie, kiedy o tym wspominam, bo ludzie utożsamiają perfekcjonizm z perfekcjonizmem zrealizowanym, nie mając pojęcia, jaki ból odczuwają przez całe życie osoby zmagające się z niepodejmowaniem jakichkolwiek działań tylko dlatego, że wiedzą, iż nie będą mogły osiągnąć w nich najwyższych not, czy też najwyższego stopnia wtajemniczenia. I niech śpią spokojnie ci, którzy nie zaprzestali robienia brzuszków , bo nie byli w stanie zrobić ich powyżej 50 z rzędu. Ci, którzy namalowali obraz i napisali książkę nie troszcząc się o to, czy obraz będzie na miarę Van Gogha, a książka dostanie Nike. Ci, którzy nigdy nie uciekli z egzaminu na studiach stwierdziwszy, że „jeszcze cośtam doczytam do poprawkowej”. Ja na przykład w ogóle nie sprzątam w mieszkaniu i pozostawiam je niekiedy w skrajnym chaosie wiedząc, że nie starczy mi czasu na „komplet”, czyli oprócz standardowego sprzątania: odsunięcie mebli i umycie pod nimi podłogi, umycie okien, wytarcie górnych krawędzi drzwi, żyrandoli… tak jakbym czekała na test białej rękawiczki :). Kiedyś rzuciłam pracę, bo przez 5 pierwszych miesięcy nie osiągnęłam wystarczających wyników do zdobycia premii i uznałam, że skoro przez ten czas się nie udało, to nigdy się nie uda. Już nawet nie wspomnę o przygodach z aktywnością fizyczną. Przekleństwo!
    (Nawiasem mówiąc masz bardzo ładne grafiki nad kanapą. Pozdrawiam.)

  34. Kaja

    A ja mam zrywy sezonowe :D Niestety jest tak, że jak przychodzi listopad i później okres zimowy, kiedy o godz 15 jest ciemno to mi się nic nie chce poza siedzeniem pod kocem i czytaniem książek. Jak po przyjściu z pracy miałam sobie pomyśleć, że na 19 mam iść na jakieś zajęcia, a na zewnątrz zimno i pada to odpuszczałam. Za to jak przychodzi wiosna, lato – to aktywność pełną parą: rower, basen, taniec, siłownia.
    Najgorsze, że motywacji nie mam żadnej. Jestem dość szczupła i 2kg w jedną czy drugą stronę mi nie robią różnicy. Do pracy chodzę na nogach. I jak mam pomyśleć, że wyjście na siłownię ma być dla mojego lepszego samopoczucia to wolę je sobie poprawić czytając książkę :)

  35. Elwira

    Dopóki nie przeczytałam Twojego postu, dopóty myślałam, że tylko ja mam taki problem z zabraniem się za aktywność fizyczną! Jakiś czas temu naprawdę dużo biegałam. Czułam się świetnie i potrzebowałam tego jak powietrza. Jednak gdy wyprowadziłam się do Szkocji i zmieniłam swój tryb życia, zabrakło w nim miejsca na moją pasję. Wtedy też zaczęłam ćwiczyć fitness w domu. I choćbym nie wiem jak się starała to nic nie zastąpi mi biegania. Dlatego właśnie wracam do niego, a moim wyznacznikiem jest majowy półmaraton w Edynburgu. Podziwiam jednak za systematyczność! I czasem, gdy naprawdę jestem zmęczona i nie mam ochoty biegać, tylko idę na spacer, pocieszam się, że lepsza taka aktywność, niż żadna ;)

  36. E.

    Droga Asiu,
    kolejny wpis, ktory bardzo milo sie czytalo. Jednak od zeszlego roku podobnie jak Twoj brat mam problemy z kregoslupem. Od obecnego roku zly stan =bol znacznie sie nasilil, odwiedzam roznych specjalistow – odmienne diagnozy, brak zainteresowania pacjentem. Bol towarzyszy mi kazdego dnia. Staram sie byc dobrej mysli, choc jest ciezko.

    Do lekcji WF-u x lat pozniej dodalabym jeszcze gre w palanta/kwadranta :) Moze bedzie okazja.

    Serdecznie pozdrawiam

  37. Inka

    Ćwiczę już ładnych parę lat. Moje ulubione zajęcia to właśnie pump, czyli sztangi. Uważam, ze najlepiej kształtują sylwetkę. Doszła joga. Ogólnie siłownia też, bo tam czuję się najlepiej. Myślę o bieganiu, ale chyba nie bardzo to lubię. W lecie ostro na rowerze, dochodzą rolki. Zimą lubię narty, łyżwy ( tylko lodowiska są za małe i za bardzo zatłoczone, nie można poszaleć, rozpędzić się). Męża wyprowadzam na spacery z kijkami. Z synami licytujemy się, kto jest bardziej rozciągnięty, wygimnastykowany. A, zapomniałam o pływaniu w przerwach wakacyjnych . Właściwie,to wszystkie rodzaje sporu lubię, tylko czasu jest za mało, by tyle ćwiczyć, ile by się chciało. Mam 52 lata.

  38. Milena

    Tak jak inne osoby już wyżej pisały miałam zrywy, jak już ćwiczę to na 100%, jakieś ciężkie, intensywne programy typu Insanity. Tydzień ćwiczyłam, tydzień umierałam na zakwasy i to by było na tyle jeśli chodzi o moją aktywność fizyczną. Bardzo przyjemnie czyta się twojego posta i wszystkie komentarze, uświadomiły mi że przecież nie muszę się maltretować, może spokojna joga czy rozciąganie zostanie ze mną na dłużej? Generalnie już mam dość tego ciągłego bycia fit, na Instagramie wszyscy są fit, jesteśmy bombardowani tym z każdej strony… a gdzie podział się zdrowy rozsądek? Takie nie wpadanie ze skrajności w skrajność.

  39. Karolina

    Bóg jeden wie ilu diet próbowałam i ile postanowień noworocznych dotyczących ćwiczeń robiłam.

    Rok temu mi się udało, rok temu zdecydowałam, że idę na fitness. Co by się nie działo, pójdę i nie będę sobie wkręcać, że każdy się na mnie gapi bo jestem najgrubsza na sali. Dużo mnie to kosztowało i długo musiałam sama ze sobą w myślach rozmawiać, szczególnie w szatni przed kolejnymi zajęciami.

    Zaczęłam od lajtowych piłek po których w euforii zapisałam się na kolejny dzień, ale nie dałam rady bo przez kolejnych 5 dni niemal się czołgałam z powodu zakwasów. Nie odpuściłam. Gdy zakwasy minęły poszłam znowu, a potem kolejny raz…

    …kiedy instruktorka mnie chwaliła, byłam z siebie dumna. Dawało mi to kopa i chciałam więcej. Bałam się, wybierałam zajęcia o umiarkowanym wysiłku w obawie przed porażką. Aż któregoś dnia pomyliłam godziny i trafiłam na HIIT, prawdziwie hardcore’owe zajęcia. Dałam radę, choć lało się ze mnie nieziemsko, po zajęciach instruktorka podeszła do mnie i powiedziała, że świetnie sobie poradziłam i to mnie zmotywowało oraz zainspirowało do próbowania i podejmowania nowych wyzwań.

    Chodzę nadal, czasem nawet 2x dziennie i zawsze zapisuję się na zajęcia, które po raz pierwszy pojawiają się w grafiku! Na dniach idę na zajęcia jump fit – na trampolinach, z jednej strony strach, z drugiej ekscytacja. Nie mogę się doczekać!

    I cieszę się bo dzięki temu, w ogóle minął problem z rwą kulszową, a waga zeszła poniżej wagi sprzed ciąży, a to znaczy, że w ciągu roku zgubiłam w sumie 26 kg!

  40. Ania

    Aktywność fizyczna szła mi całkiem nieźle do momentu, w którym zaszłam w ciążę. Oczywiście, od drugiego trymestru można wykonywać naprawdę wiele ćwiczeń, ale…w ogóle mnie one nie jarają ;) W bieganiu czy innych ćwiczeniach lubię dać z siebie 200%, zmęczyć się do upadłego i kontynuować ćwiczenia mimo bólu. W ciąży oczywiście tak się nie da i trochę mi tego brakuje ;)
    Ale za to wreszcie jem zdrowiej :) No i nie mogę się doczekać biegania z wózkiem :)
    Asiu, bardzo lubię czytać Twoje posty ze współpracami – Twój blog jest jednym z niewielu, na których w ogóle mnie taka forma reklamy nie razi ani nie przeszkadza w odbiorze wartościowej treści :)

  41. Dorota

    „Kompetetywność” może można zastąpić „duchem rywalizacji”:-) Niestety też to mam. Lubię wygrywać i już!
    Alergologa dobrego znam, ale dziecięcego… A Ty duża już;-)
    Pozdrawiam serdecznie i gratuluję tych wszystkich przedsięwzięć, zarówno tych udanych, jak i tych mniej. Trzeba w życiu próbować różnych rzeczy, żeby znaleźć to, co odpowiada najbardziej!

  42. Izabela

    Podobalo mi sie zdecydowanie bardziej tamto mieszkanko, przyznam sie tez, ze czekalam na nowe posty w nadzieji, ze zobacze tamte urocze kaciki, a tu… hm, cos nowego, pozdrawiam.

      1. Anna

        A podzieliłaby się informacją, gdzie można kupić takie biurko i krzesło jak na drugim zdjęciu, tym pod słowem zaczynamy? Muszę urządzić kącik do pracy na mikroskopijnej przestrzeni i coś takiego wygląda zachęcająco.

  43. Anita - Trener Wushu

    Świetnie, że udało Ci się wypracować swój treningowy rytuał :) Gratuluję!
    Ja ze sportem jestem związana od ponad 10 lat, ciężko mi powiedzieć, jak to było na początku i co mnie motywowało, ale chyba po prostu miłość do chińskich sztuk walki ;) Do momentu aż odkryłam tą dyscyplinę wszelkiego rodzaju aktywność fizyczna przyprawiała mnie o mdłości. Miałam astmę i kilka alergii, które były doskonałą wymówką, żeby nie ćwiczyć. Teraz z perspektywy 10 lat regularnych i ciężkich treningów, startów w zawodach, w końcu uczenia innych mogę śmiało powiedzieć, że znalezienie dyscypliny sportu, czy też rodzaju aktywności fizycznej, która sprawia nam tak wielką frajdę jest po prostu bezcenne.
    Dodatkowym plusem jest dla mnie to, że pomimo 30 lat na karku, w 4 miesiące po urodzeniu dziecka udało mi się bez większych wyrzeczeń wrócić do wagi sprzed ciąży.
    Napiszę jeszcze jedno, co być może dla części z Was będzie motywacją, pomimo, że jestem trenerem, trenuję od bardzo dawna, to nadal mam dni, kiedy po prostu nie chce mi się ruszyć z kanapy. Pomimo, że wiem, że po treningu będę czuła się dużo lepiej, to jednak czasem po prostu leń wygrywa ;) Trener też człowiek :) Grunt, to poprzez jedno „odpuszczenie treningu” nie nakręcać kolejnych.. Czasami taka przerwa jest dobra, ale trzeba się zmobilizować, żeby nie trwała 2 czy 3 tygodnie, albo miesiące.. Z drugiej strony lepiej ćwiczyć raz na 2 miesiące niż wcale, ale wtedy trudno oczekiwać spektakularnych efektów :)
    Pozdrawiam gorąco i życzę dalszych sukcesów w pracy nad swoimi sportowymi nawykami!

  44. Noelle

    Asiu, uwielbiam Cię czytać :) Moje przygody ze sportem są bardzo podobne do Twoich, z tym, że ja dopiero przymierzam się do powrotu do regularności ćwiczeń i wyrobienia nowych nawyków. I właśnie takiego motywatora, jak ten post, potrzebowałam! Za chwilę kupię karnet i wpiszę zajęcia do mojego kalendarza :)

  45. Agnieszka

    Cześć ;)

    Ja jakiś czas temu wróciłam do szermierki, którą krótko trenowałam 10 lat temu, jeszcze w gimnazjum. To jest sport bardzo intensywny, wychodzę padnięta i bardzo szczęśliwa ;) Poza tym to jedno z tych zajęć w którym zapominasz o całym świecie, wpadasz we flow i myślisz tylko o kolejnym ruchu. Co do pilatesu – też chodze raz w tygodniu i zaczeło mi to sprawiać pryzjemność dopiero po paru miesiącach kiedy zaczęłam cokolwiek łapać :D Pilates bardzo dobrze wzmacnia ciało – dzięki temu lepiej pracuje ono przy innych sportach. Bieganie jest fajne żeby wyrobić kondycje – ja robie krótkie 3-5 km w swojej okolicy i dzięki temu nie jest to „wielkie wyjście” które wymaga planowania czy przygotowań (jak np. wyjście na fitness). Poza tym też bardzo polecam rajdy/biegi na orientację itp. (chociaz nie jest to regularna aktywność). Ja w tym roku wziełam pierwszy raz udział w Tropicielu, było bardzo fajnie, na pewno powtórze. Dodam jeszcze że od kiedy regularnie trenuje sobie różne sporty czuje się dużo lepiej. Widze dużą poprawę kondycji – parę lat temu (kiedy chodziłam tylko raz w tygodniu na wuef na uczelni) pojechałam na biegówki a krótka, 10kilometrowa trasa wykończyla mnie na maksa (po drodze wyprzedziła mnie nawet niewidoma dziewczynka z opiekunem, to już rodzinna anegdota :D). Po paru latach pojechałam tam znowu, śmignełam trase szybciutko i dziwiłam się że to już :D

    Pozdrawiam!

    Aga

  46. Karolina

    Polecam zrobić na początek test na nietolerancję pokarmową, jeżeli faktycznie nie powinnaś jeść selera, to w nim wyjdzie:)
    Świetny tekst! Pozdrawiam :-)

    1. Style Digger

      To dwie zupełnie różne rzeczy – nietolerancja pokarmowa a alergia (u mnie krzyżowa z pyłkami). Nie chodzi o złe samopoczucie, tylko o ostrą reakcję alergiczną. Ale zapytam o nietolerancje lekarza na pewno:)

    2. Kamila

      z testami na nietolerancję bym bardzo uważała. podobno są mega niewiarygodne a kosztują kupę kasy. jeśli jest reakcja na selera to należy go odstawić. i tak dobrze, że wiadomo na co, wielu ludzi musi się męczyć z dietami eliminacyjnymi i nie może dojść do tego co im szkodzi. :)

      1. Kasia

        Zrobiłam sobie i synowi (z polecenia znajomej) i jestem baaaardzo zadowolona. Robiłam Food detective.
        Potwierdził pewne produkty, doszło kilka, których się nie spodziewałam.
        Jem wg wskazań i czuję się o wiele lepiej.

        test można zrobić w domukoszt w necie 320, w laboratorium więcej

  47. Gosia

    Odkąd pamiętam lekcje w-fu sprawiały mi dużo radości :) już od gimnazjum biegałam na dodatkowe zajęcia typu: step, aerobik, boxaerobik czy siatkówka. Ostatnie 4 lata to głównie zajęcia Zumby 2 razy w tygodniu, czasem basen. Teraz przerzuciłam się na TRX i tabatę, a dodatkowy ruch zapewniają mi moje 2 ukochane psiaki! :) Ruszajmy się jak najwięcej, bo sport to samo zdrowie! :)

  48. Polka klasy B

    Pierwszy raz jestem na Twoim blogu. Mam Twoją książkę Slow Fashion, którą dobrze się czytało. Niestety artykuł powyżej mnie w ogóle nie zmotywował do działania, rozumiem, że tekst nie miał tego na celu ale podświadomie szukam motywacji do ćwiczeń. Ale najbardziej mnie dobiły i nawet trochę zdenerwowały komentarze. Mam ochotę zapytać gdzie Wy mieszkacie? tzn. przeczytałam, ze Kraków, Warszawa czy inne duże miasto, jak czytam szermierka, wspinaczka, chińskie sztuki walki, sztangi to normalnie jest mi przykro, że nie mam takich możliwości, że styl życia podyktowany jest przez duże miasta, które żyją 24 godziny na dobę i mają wszystko dostępne. Po wejściu na Twojego bloga i przejrzeniu pozostałych postów pomyślałam sobie, że jestem Polką klasy B, Ja rozumiem, że chcieć to móc, ale zazdrość i złość jaka mnie ogarnęła po przeczytaniu nie pozwoli mi więcej wejść na bloga. Swoim komentarzem nie chce absolutnie Cię obrazić, uważam, że ciężko pracujesz i Twoja praca Ci wychodzi. Pewnie zostanę zaatakowana, że to nie jest miejsce do wylewania żali (zgadzam się tym) jednak może moim komentarzem uda mi się zwrócić uwagę na to że Polska to nie tylko duże miasta i światowe życie, że może nie jestem jedyną która czyta i się gotuje, że nie ma możliwości.
    Pozdrawiam Cię serdecznie

    1. D

      Możliwości są zawsze, czasem brak tylko chęci i/lub wyobraźni. Jeśli czujesz się ograniczona swoim miejscem zamieszkania do tego stopnia ze wywołuje to u ciebie zawiść i złość w stosunku do obcych ludzi w internecie, zawsze możesz je zmienić, w tych czasach naprawdę nie jest to takie trudne.

    2. Kamila

      wiesz, to nie jest tak, że wszystko jest dostępne. mieszkam w Warszawie od półtorej roku.. i jej nie znoszę. do tej pory się nie przyzwyczaiłam, jest tu brudno i głośno, nie da się pójść do sklepu żeby nie przeciskać się między samochodami zaparkowanymi wszędzie. tylko to jest cena jaką płacę za dobrą pracę i zarobki, które mi odpowaidają. mam możliwości o których mówisz, ale nie mam czystego powietrza, lasu koło domu i innych tego typu rzeczy, które są na wsi albo w mniejszych miastach i które są dla mnie ważne, bo kocham przyrodę, zwierzęta i wylegiwanie się we własnym ogródku.
      tylko wiem, że to w tym momencie jest mój wybór, bo na tym etapie życia po prostu chcę zarobić na mieszkanie i w międzyczasie podróżować. Ty też masz wybór. coś Cię skłania, by mieszkać tam, gdzie mieszkasz. jeśli te możliwości o których piszesz aż tak ważne, pociągjące, to zastanów się czy nie zaryzykować :)

    3. Ania // www.kosmeologika.pl

      Polko, pytanie brzmi: a gdzie mieszkasz Ty? Ja pochodzę z 40-tysięcznego miasteczka i klubów fitness jest kilka, zostaje też mnóstwo opcji ćwiczenia poza nimi – na świeżym powietrzu, w domu, dojeżdżając do większej miejscowości… Z mojego rodzinnego miasta do sporo większego ośrodka dojeżdżam mniej-więcej tyle czasu ile zajmują mi dojazdy na uczelnię w ramach Trójmiasta ;)

    4. Karolina

      Ja zajęcia z szermierki miałam przy mojej szkole podstawowej, a nie w ekskluzywnym klubie dla elit (z resztą u mnie takowego nie ma). Teściu prowadzi zajęcia ze sztuk walki tez w salach gimnastycznych przy szkołach. I owszem, mieszkam w 300tysięcznym mieście wojewódzkim, ale to też kwestia wyboru. Mogłabym się przeprowadzić do mojego domu na wsi liczącej 3,5tysiąca, ale umarłabym z nudów. Wszystko ma swoje plusy i minusy, ale jeżeli skończyłaś 18 lat to tak na prawdę jedyne co cię blokuje to ty sama. A jak nie skończyłaś, to wybierz miasto, które ci odpowiada, rozejrzyj się za pracą i studiami, które dadzą ci satysfakcję i wyjedź. Ale nie marudź :)

    5. Dorota

      Dlaczego uważasz, że nie masz możliwości w małej miejscowości??? Moja mama mieszka w małej miejscowości, jest ośrodek sportu, gdzie są fajne zajęcia, typu pilates, aerobik, joga etc… I zapewniam Cię, że to o wiele przyjemniejsze niż karnet do drogiego snobistycznego klubu w dużym mieście… Jeśli natomiast nie ma takiego klubu, to przecież możesz biegać… To można wszędzie. Szczególnie w małych miasteczkach czy wsiach. Jeśli nie to, to polecam youtube! Tam znajdziesz masę ćwiczeń… Sama korzystałam kiedyś! A mieszkam w dużym mieście. Nie mam czasu na to wszystko poza domem. Asia napisala, że jej chłopak po przyjściu z pracy ma ochotę walnąć się na łóżko i nic nie robić. Jak ja go rozumiem… Asia mną inną pracę, rozumiem chęć wyjścia gdzieś. Ale większość z nas mimo że mieszka w dużych miastach , nie korzysta z tych dobrodziejstw, szczególnie jak się długo pracuje i ma się rodzinę…

    6. Ewa

      Dziewczyny, autorce komentarza nie chodzi o to, że nie ma możliwości uprawiać sporu, tylko że ma ograniczony wybór. W małym mieście rzeczywiście trenowanie szermierki lub chińskich sztuk walki może być niewykonalne. Oczywiście, można dojeżdżać, ale pamiętajcie o czym jest ten tekst – o tym, że właśnie trudno jest się zmotywować, a przecież dojazdy są uciążliwe. I raczej nie sądzę, żeby ktoś zmieniał miejsce zamieszkania, bo nie może zacząć trenować rekreacyjnie jakiejś bardziej oryginalnej dyscypliny. Rozumiem jednak, że może to powodować irytację, a bieganie lub zwykłe ćwiczenia na siłowni mogą nie brzmieć tak zachęcająco. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, że jeśli chcemy uprawiać sport tylko rekreacyjnie, to większa szansa jest na to, że właśnie te tradycyjne dyscypliny mogą nam przypasować, nie bez powodu to one są tak popularne. Bieganie, joga lub zumba to według mnie najpewniejsze wybory, ale wiadomo, każdemu pasuje coś innego, trzeba szukać.

  49. Karolina

    Piękne wnętrze!
    Trzymam kciuki za Twoje sportowe wyzwania! :) Ja od października też się zmotywowałam i chodziłam regularnie na zajęcia do klubu fitness. Niedługo wyjeżdżam na dłużej i w miejscu, w którym będę, raczej nie będzie takich luksusów świata zachodniego ;) Więc teraz szukam alternatywy, może uda mi się znaleźć czas na ćwiczenia z YT (więc dzięki za polecenie kanałów!).
    I też ostatnio myślałam o lekcjach wfu dla dorosłych! Powinny być obowiązkowe! I pomyśleć, że w podstawówce czasami człowiek migał się od takich aktywności ;)

  50. Pola - Odpoczywalnia

    Ja bardzo długo ćwiczyłam taniec klasyczny, a potem nie mogłam znaleźć swojego miejsca. Próbowałam flamenco, aikido, wspinaczki i jogi, ale nic nie zakwitło miłością podobną jak balet.
    Teraz głównie ćwiczę z Chodakowską. Przy pracy na etacie i dwójce małych dzieci inie mogę sobie pozwolić na popołudnia na siłowni czy zajęciach. No i mam nawyk ogrólnego ruszania się gdy mogę – chodzę na piechotę gdy mam możliwość, nie jeżdżę windami, gotując tańczę, kręcę biodrami, macham nogami itd:)
    Jeździmy sporo na rowerach, chodzimy po górach, i chodzimy po slackline:) lubię jak aktywność fizyczna jest trochę przy okazji zwykłej przyjemności

  51. K.

    Hej,

    kilka osob juz wspomnialo o badaniach na nietolerancje pokarmowa. BARDZO polecam przychodnie Vimed (vimed.pl), gdzie diagnozuja nietolerancje pokarmowa, i bardzo calosciowo podchodza do zdrowia czlowieka. Nie jest to tania przychodnia, ale naprawde warto sie przebadac. Dostosowywujac jedzenie do wynikow testu odzyskuje sie sporo energii i rownowagi w zyciu, nie mowiac o lepszej cerze/wlosach/wadze itp.

  52. Oktawia

    Czy mogłabyś napisać cokolwiek o chorym kręgosłupie Twojego brata? Od 3 miesięcy boli mnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym, jak ćwiczę (kardio), to jest jeszcze gorzej, że aż nie mogę sie schylić… Dopiero czekam na badania. Dziękuję z góry :)

  53. Ania

    Ze sportem zaprzyniaźniłam się w momencie, kiedy pewnego pięknego dnia nie mogłam wstać z łóżka. Okazało się, że dyskopatia. Wobec tego rehabilitacja i… pilates.

    Został miłością mojego życia. Nie wyobrażam sobie życia bez tych ćwiczeń! W tym momencie wygibasy odbywają się najczęściej w domu, raz w tygodniu chodzę na zajęcia z trenerką. Po godzinie takiego wyćwiku czuję się odprężona i piękniejsza. Bo zrobiłam coś dla siebie, mogłam się na chwilę odciąć od dręczących myśli. Rewelacja.

  54. Ania // www.kosmeologika.pl

    Rany, jak ja nie lubię grać w planszówki z takimi ludźmi jak Ty! Jestem dokładnie tym typem, który jak przegra to trudno, a jak wygra to super, ale liczy się głównie sama gra. Gra, z której nie czerpię zbyt wiele radości, jeśli ktoś w towarzystwie spina się jakby grał o złote kalesony :( Jestem na taką nerwową atmosferę bardzo wrażliwa, kompletnie psuje mi to frajdę. Wolę z tymi znajomymi zrobić wieczór filmowy albo wyjść na kawę ;)

    Za to idealnie rozumiem to co piszesz o napojach, bo ja sama wypiję może ze dwie małe cole w roku, kiedy są jedynym smacznym napojem do wyboru np. w fastfoodach. Ja po prostu lubię pić wodę i zieloną herbatę, a słodkie gazowańce w większości mi nie smakują.

    Ja bodaj paręnaście miesięcy temu opublikowałam podobny tekst, w którym opisałam moją długą drogę od nienawidzącej wfu leniwej buły do kogoś, dla kogo każda zumba to wyglądany z utęsknieniem trening, wpisany w codzienność na stałe i bez wymówek. Podsumowałabym go dwoma wnioskami:
    – po pierwsze trzeba znaleźć w sobie motywację, która faktycznie jest spójna z naszymi poglądami. Ja w nosie mam mój wygląd czy ducha sportowej rywalizacji, za to bardzo zależy mi by na starość być w dobrej formie, a nie zasiedziałym, zgnuśniałym kanapowcem z milionem dolegliwości.
    – Trzeba poszukać takiej aktywności, która faktycznie sprawia nam radość, dla każdego będzie to co innego. Wytrzymałam rok na regularnym uprawianiu crossfitu i żadna ilość widocznych efektów nie była w stanie zrekompensować mi napiętej atmosfery na zajęciach nastawionych na „tyranie”, „ciśnięcie” i tak dalej. Wyluzowana, kobieca, pozytywna zumba jest czymś stworzonym dla mnie i moim jedynym marzeniem jest żeby dorzucili w moim klubie jeszcze jakieś trzecie zajęcia z niej, bo czas od czwartku do wtorku strasznie mi się dłuży ;)

  55. Ania

    Uwielbiam czytać twojego bloga, a książka była dla mnie ogromnym odkryciem życiowym (moim, i wielu kobiet w moim otoczeniu), za co ci ogromnie dziękuję! Jako tancerka, chciałam się też odnieść do tańca irlandzkiego ;-) rozciągnięcie nóg jest oczywiście mile widziane, jak w każdym tańcu, ale absolutnie nie jest to warunek konieczny. Konieczne jest poczucie rytmu, a to na pewno masz! Daj tańcowi drugą szansę :-D
    Pozdrawiam!

  56. wszystkoobutach.pl

    Jejku, pomogłaś mi bardzo tym wpisem. Czuję motywację i muszę to wykorzystać! Zbyt często zdarza mi się ostatnio zasiedzieć w fotelu :-) Podobnie jak Ty, lubię proces zmian, lubię gdy już zacznę. Najtrudniej właśnie zacząć…

  57. A.

    Zawsze byłam sportowym antytalentem. Pochodzę z rodziny kanapowych ziemniaków. Na wuefie przez całe życie miałam okres;), generalnie nie ruszałam się NIGDY, dopóki nie dorosłam i nie zaczęłam martwić się o wagę. Zaczęłam chodzić na fitness, ale nigdy nie była to jakaś wielka moja pasja.
    Wszystko się zmieniło, odkąd zmieniłam myślenie. W moim życiu zaszło wiele złych rzeczy i nagle okazało się, że to, że mogę się ruszać i dbać o ciało, jest jedną z niewielu rzeczy, na które mam wpływ. Waga przestała się liczyć, bo od stresu wyglądałam jak szkieletor, zaczęło się liczyć zdrowie i siła. Mam wrażenie, że im silniejsze jest moje ciało, tym silniejsza i ja się staję.
    Ćwiczę w domu, głównie z Martą Henning z bloga http://www.codzienniefit.pl/- UWIELBIAM JĄ, jej zdrowe podejście, uśmiech, pozytywną energię. Mimo pracy na etacie po 12h dziennie znajduję w sobie siłę, żeby wstać wcześniej i poćwiczyć rano. Nie ciśnieniuję siebie, nie zmuszam do tego- chcę to robić, dzięki temu po prostu czuję się szczęśliwsza.
    Asiu, polecam Ci bloga i kanał Marty, i życzę, żeby już teraz ruch stał się po prostu częścią Twojego życia, bez spiny i poczucia porażki.

  58. Karolina

    Tak mi się jeszcze przypomniało dzisiaj na fitnessie, że gdy zaczęłam ćwiczyć i już się trochę wkręciłam to szukałam odpowiedniego stroju.

    Chciałam coś kolorowego, energetycznego, co by było dodatkową motywacją, a trafiłam jedynie na legginsy czarne, czarne i… czarne! Miałam straszny problem z upolowaniem czegoś fajnego w rozmiarze większym niż 42. Mam komplet z Dare2be, ale długo musiałam szukać.

    Ostatnio napisałam do pewnego sklepu internetowego z odzieżą sportową, że mi smutno, że najfajniejsze wzory dostępne są jedynie do rozmiaru 40, a oni mi odpisali na zasadzie: faktycznie, nie mamy niczego ładnego w większych rozmiarach. Trochę to smutne w sumie, ale może kiedyś się to zmieni.

  59. K.

    W liceum nie lubiłam wfu, rolę odegrała także nauczycielka, która nie tolerowała czegokolwiek, co odróżniało z tłumu. ;) Jednak tuż przed maturą mama wyciągnęła mnie na zajęcia z zumby. Okazały się naprawdę wspaniałe i męczące, ale przyjemniej spalało się kalorie tańcząc niż wyciskając ciężary. Coraz bardziej się wkręcałam, zapamiętywałam układy i chodziłam na zajęcia 3-4 razy w tygodniu. Kilka miesięcy później zrobiłam kurs instruktora i już sama prowadziłam zajęcia. To był najlepszy rok, jeśli chodzi o aktywność fizyczną. :D Może to przez zumbę, może przez inne ćwiczenia, a może mam po prostu taką urodę – zepsułam kolana. Na dwa lata wypadłam z obiegu, bo zwykłe chodzenie, zginanie czy prostowanie kolan powoduje ból.
    Dlatego też chcę podzielić się moim małym-dużym odkryciem. Ćwiczenie na orbitreku nie obciąża w ogóle stawów, więc kolana nie cierpią. Polecam każdemu, kto lubi się ruszać, daje mu to ogromną radość i satysfakcje, a zdrowie stara się to udaremnić. :D

  60. Konstancja

    Ja zawsze byłam typem totalnie asportowym, wszelkie wyczyny na trzepaku były nie dla mnie, a wf w szkole to była męczarnia. Ponieważ zawsze byłam stosunkowo szczupła, raczej się nie przejmowałam brakiem aktywności fizycznej, a pojawiający się gdzieniegdzie celluit traktowałam ze stoickim spokojem. ;) Rok temu jakoś z przyjaciółką spontanicznie postanowiłyśmy chodzić na siłownię i ku mojemu zdziwieniu faktycznie się tego postanowienia trzymamy, z czasem zaczęłyśmy też chodzić na pojedyncze zajęcia (właśnie jestem po wczorajszym drugim w życiu power pumpie i nie wiem czy kiedykolwiek moje ciało bolało mnie tak równomiernie :D), a nawet zdarza mi się zajść poćwiczyć samej (bo jeszcze niedawno niedyspozycja przyjaciółki była doskonałym pretekstem żeby na siłownię nie dojść). Do tego dołożyłam dietę opartą w dużej mierze na roślinach (zdarza mi się jeszcze jeść produkty pochodzenia odzwierzęcego, ale stosunkowo rzadko), mocno ograniczyłam słodycze i nagle okazało się, że nie jestem już skinny fat tylko całkiem fajna laska ze mnie, a energii mam tyle co nigdy. Mam nadzieję, że zapału jeszcze na trochę mi starczy, bo nigdy nie czułam się a) tak zadbana sama przez siebie b) tak ładna sama dla siebie. Pozdrowienia! :)

  61. olanova

    Skorzystam z okazji i zareklamuję tu moje ostatnie odkrycie- Anię Dziedzic z bloga fitmom.pl. Jest chyba pierwszą trenerką w Polsce, która próbuje wypełnić niszę i zadbać o kobiety w ciąży i mamy małych dzieci (chociaż regularnie wrzuca treningi z większym wyciskiem dla babeczek bez takich ograniczeń)
    Zawsze byłam bardzo aktywna i nie wyobrażałam sobie życia bez sportu. Kilkanaście lat trenowania jeździectwa, bieganie , kolarstwo, chodzenie po górach. Zmordowany kręgosłup ratowałam treningami z kettlebell. Aż tu nagle miłość do gór skłoniła mnie do przeprowadzki do malutkiego miasteczka, urodziłam dziecko, teraz jestem w drugiej ciąży…i katastrofa. Pogodzenie wychowywania małego dziecka z regularną aktywnością to już wyzwanie. Teraz ciąża wykluczyła mnie z wielu aktywności. Najbliższy klub fitness prowadzący zajęcia dla kobiet w ciąży jest 30 km ode mnie. Brak ruch spowodował ciągłe napięcie, rozdrażnienie, nie spodziewałam się , że aż tak mi to dokopie psychicznie.
    Aż odkryłam Anię- babeczka jest świetna, bardzo kompetentna, co ważne prowadzi treningi online- na każdym jest nowy zestaw ćwiczeń. Do treningów wciąga swojego męża, po planie pałętają się jej dwie córki- atmosfera jest bardzo dziewczyńsko- rodzinna, Ania fajnie motywuje, nie jest słodziutka jak Chodakowska. Zawsze przedstawia kilka stopni trudności dla danego ćwiczenia.

    Bardzo jej kibicuję, Ania zbiera kasę na nowy projekt, przeznaczony dla kobiet w połogu- tym nikt się jeszcze nie zajął. Jeżeli ktoś chciałby pomóc w crowdfundingu- można to zrobić tu: https://polakpotrafi.pl/projekt/aktywna-mama-w-pologu .

    Twojego bloga czytają głównie dziewczyny, a to bardzo babski temat, o którym powinno się mówić. Może mój wpis się komuś przyda.

  62. Justyna

    Ja w zeszłym roku odkryłam jogę. Na tyle się wkręciłam, że najchętniej chodziłabym codziennie :D Ćwiczenia sprawia mi niewymowną frajdę, mimo że nie jestem gibka i rozciąganie ciała idzie mi opornie, to chyba właśnie brak atmosfery rywalizacji sprawia, że tak chętnie ćwiczę.
    No ale niestety rozsądek i wyrzuty sumienia nie pozwalają zostawiać dzień w dzień męża jako opiekunki do dziecka (bądź co bądź to wyprawa na około 3 godziny, bo dojazdy do Śródmieścia trochę trwają).
    Ciepłą porą uwielbiam jeździć na rowerze i codziennie jeźdżę po 15-20km, a w weekendy potrafię dodatkowo 60-70km zrobić :)
    Myślałam, że zimą uda mi się rower zamienić na łyżwy, ale nie wkręciłam się. Pełne ludzi lodowisko mnie stresuje, bo boję się że ktoś na mnie wpadnie albo ja na kogoś :/

  63. Mat Jakub

    Myślę, że jak się kupi drogi karnet na siłownię to jest do DUŻY impuls by na nią chodzić reguarnie (przynajmniej dla mnie). Wiem, że nie trzeba się wykosztowywać i czasem warto skorzystać z najtańszej opcji ale czasem bodziec finansowy („muszę iść na siłownię przyjamniej 2 razy w tyg bo pieniądze pójdą w błoto…”) bardzo pomaga w zabraniu się za siebie.

    Pozdrawiam i zapraszam na mój kanał :))) Bardzo byłbym wdzięczny za komentarze (nie koniecznie pozytywne!) https://www.youtube.com/watch?v=oLNSEKRVj8Y

  64. Flavka

    Świetny tekst, naprawdę. Sama jakiś czas temu doszłam do wniosków że sport ma być przede wszystkim dla mnie przyjemnością a nie tylko męczarnią, aby mieć coraz lepszą figurę. Dobrze, że piszesz o tym żeby należy szukać swojego sportu i powoli pracować nad nawykiem. U siebie zauważyłam że odpuszczam jak za bardzo skupiam się na byciu mega fit, szczególnie kiedy patrzę na wszystkie te idealne panie. Ja ostatnio wkęciłam się w pole dance i gimnastykę i to jest to co i odpowiada. Nigdy w życiu bym siebie o to nie podejrzewała!

  65. Asia

    Nigdy nie lubiłam ćwiczyć, a z w-fu miałam zazwyczaj dwóje. Oczywiście zdarzały mi się zrywy związane z chęcią schudnięcia, ale zwykle trwały krótko i były mało przemyślane. Dopiero gdy zaczęłam pracę pomyślałam, że muszę coś zmienić, bo mam zadyszkę po wejściu po schodach i coraz częściej boli mnie kręgosłup. Zaczęłam biegać trzy razy w tygodniu, korzystając z popularnego programu treningowego „biegaj 40 minut bez przerwy”. Potem doszły ćwiczenia wykonywane w domu (z moim ukochanym https://www.fitnessblender.com), gdy np. pogoda nie pozwalała na bieganie. I tak stopniowo doszłam do etapu 4-5 treningów w tygodniu, do tego jeżdżę rowerem do pracy (niemal cały rok). Obecnie, po ok. 2,5 roku, mam kondycję jak nigdy, mam też figurę jak nigdy, nawet wyhodowałam sobie pośladki! :D A co najważniejsze, przestałam podchodzić do sportu jak do przykrego obowiązku. Przeciwnie, jeśli mam przerwę, to jest mi źle i brakuje mi ruchu – nigdy wcześniej tak nie miałam. Zaczynam też szukać nowych form ruchu – na szczęście koleżanki postanowiły wziąć się za siebie i postanowiłyśmy razem wypróbować różne zajęcia (sama za nic nie dotarłabym na siłownię). W tym tygodniu był trening na trampolinach – świetny na poprawę humoru :)

  66. alina

    Ja ograniczam moja aktywność fizyczna zimą głównie do treningów tańca. Na nic więcej nie mam po prostu czasu. Oczywiście staram się spacerować np.na uczelnie chodzę pieszo, bo jest blisko, ale zimą do spacerów zniechęca mnie smog w dużym mieście. Bardzo chciałabym trenować więcej niż dwa razy w tygodniu, żeby lepiej tańczyć, robię to na ile pozwala mi czas. Generalnie nie mam w sobie parcia na ćwiczenie na siłowni, bo jestem szczupla, więc nie motywuje mnie w żaden sposób ewentualny spadek wagi. Latem lubie pobiegać, pograć w siatkowe, jak jezdzilam opiekować się dziećmi do hiszpani to obowiązkowo robilam ćwiczenia w basenie. Ale poza trenowaniem ważne jest jak się ruszamy na co dzień. Moj chlopak stale na mnie krzyczy, ze się garbie, a na sali tanecznej jestem raczej wyprostowana, wiec zaczekam zwracać uwagę na moja postawę podczas sluchania wykladow, siedzenia przy biurku czy w pracy. Moja praca wymaga czasami sily, trzeba dźwigać rozne pudla, dużo się schylać, szybko przenosić rzeczy z miejsca na miejsce. To może być samo w sobie dobrym treningiem, ale przy zlej postawie można sobie rozwalić kregoslup i kolana.
    Dlatego reasumując, uważam, ze oprócz ćwiczeń na sali bardzo ważna jest postawa ciała poza nią. Trzeba szukać i edukować się w tym zakresie, aby wiedzieć jak się poruszać na codzień i wspierać swój organizm. To takie mamine gadanie, żeby nie nosić ciężkich toreb na jedno ramie, żeby nie spać za wysoko na łóżku, żeby prosto siedzieć podczas odrabiania lekcji, to właśnie te czynniki wpłyną w dużej mierze na stan organizmu na stare lata. Trzeba dbać o to, a efekty beda zadziwiające, od lepszego wyglądu, po większy komfort snu i mniejsze zmęczenie po zrobieniu zakupów spożywczych i ich transporcie do domu.
    Mam jeszcze cos do dodania, wszyscy zachwycają się yoga, ale ja nie mogę się przekonać ze względów ideologicznych, jestem katoliczką. Nie twierdzę, że uprawiających yogę Bóg wtrąci do piekła,ale byłam kiedyś na dniu otwartym w fitness clubie i pani prowadzącą zajęcia robiła to w taki dziwny sposób, czułam się jakby rzucała na mnie czary. Nie wiem czy się kiedyś przekonam, a chyba szkoda, bo wszyscy to zachwalają, a dla tancerzy yoga jest bardzo dobrym dodatkowym treningiem.

    1. Basia

      Też jestem katoliczką i miałam podobne obawy co do jogi. Niepotrzebnie. Rozmawiałam nawet z księżmi na ten temat. Zajęcia są profesjonalne. Nie ma żadnych gongów, śpiewania mantr, kadzidełek. Czuję się jak na fitnesie, ale bardzo skupiona i uważna na siebie. Jest świetna atmosfera. Rozgrzewka, właściwe asany, relaks. 2 godziny. I padam ze zmęczenia. Ćwiczę jogę w stylu Iyengara od 6 lat.

    2. Justyna

      chyba zależy od szkoły i od rodzaju zajęć. Hatha yoga bardziej skupia się na fizycznym aspekcie. A kundalini yoga, to przeciwległy koniec – magia i ezoteryka.

      Chodziłam do szkoły, gdzie śpiewaliśmy jakieś mantry itp. W ogóle tego nie czułam, dla mnie to było takie dziwne i na siłę.
      Teraz chodzę do szkoły, w której nikt mnie nie indoktrynuje :P Po prostu liczy się człowiek i praktyka, bez jakiejś magicznej otoczki. A element duchowy sama dodaję od siebie, bez jakichś zapożyczek z Tantry itp.

      Także polecam się rozeznać w szkołach jogi, na pewno znajdzie się taka szkoła/nauczyciel, który nie będzie wciskał ezoteryki na siłę :)

  67. Ewa

    Ja nigdy nie lubiłam rywalizacji, zwłaszcza w sporcie. Na wf-ie dobrze szło mi tylko z gimnastyką, a całą resztę wspominam okropnie. I to właśnie przez lekcje wf-u do dziś mam awersję do sportu. Dopiero teraz, po studiach, zaczęło zależeć mi na aktywności fizycznej. Polubiłam bieganie, ale zaczęłam biegać późną jesienią, a nie wyobrażam sobie biegać zimą – za zimno, za ślisko i za ciemno. I tu niestety jest problem, bo zimą brakuje tej aktywności i można się rozleniwić. Oprócz tego, lubię ćwiczyć w domu z Mel B – widać efekty, a ćwiczenia nie są jakoś super męczące. Rozważam zapisanie się na zumbę, ale właśnie przez ten szkolny wf mam duże opory przed ćwiczeniami w grupie. Swoją drogą, jestem ciekawa jak teraz wygląda to w szkołach. Sporo mówiło się w telewizji o tym, że dzieciaki nie chcą ćwiczyć (ani trochę się im nie dziwię), mam nadzieję, że lekcje te są teraz bardziej ludzkie.

    1. alina

      Ze szkolą rozstalam sie rok temu i niestety mlodziez nie chce ćwiczyć. Ja trafilam na dobrych wfistow i uwielbialam wf. Smutne to bylo, nauczyciel sie staral, sprzet byl, a mlodziez i rak często wolaka siedzieć i grzać lawe.

  68. sallyy

    Bardzo dobry tekst – cieszę się, że poruszyłaś ten temat i szczerze opisałaś jak to u Ciebie wygląda. Jeżeli nadal poszukujesz zajęć jogi dla siebie to polecam szkołę Shakti na Lwowskiej w Warszawie.
    http://www.shaktiszkolajogi.pl/
    Mają różne zajęcia prowadzone przez różnych nauczycieli – chyba najlepiej wypróbować różne opcje i wtedy zdecydować.
    Zaczęłam chodzić na jogę 2 lata temu z powodu nieznośnego bólu w odcinku lędźwiowym spowodowanym siedzącym trybem życia. Wcześniej oglądałam filmiki Nissiax83 i to ona zmotywowała mnie żeby spróbować. Już po pół roku regularnego uczęszczania na zajęcia (3 razy w tygodniu) odczułam ogromną ulgę. Na początek mogę polecić zajęcia w środę o 18:00 i w piątek o 17:00 – prowadzi je cudowna nauczycielka Asia, która swoją energią i profesjonalnym podejściem potrafi zachęcić każdego do jogowania: https://www.instagram.com/yoga_boso/
    Powodzenia i wytrwałości w dalszych ćwiczeniach!

  69. Marcelina

    Dużo w tym wpisie mnie – lubię ćwiczyć, ale mam problem z tym, żeby wyciągnąć matę i zacząć. Mam postanowienie, że po przeprowadzce (czyli za jakieś dwa tygodnie), kupię karnet (na miesiąc, a co!) na zajęcia jogi – myślę, że wąż w kieszeni pokona lenistwo i bez problemu wyjdę z domu na zajęcia ;) Kanał Agaty Ucińskiej znam i bardzo lubię, tak swoją drogą.

    Co do diet i innych takich – nigdy na żadnej nie byłam. Kiedyś usłyszałam, że nie chodzi o to, żeby być na diecie, tylko żeby trwale zmienić sposób żywienia. Jem mało przetworzonej żywności, nie piję gazowanych napojów (bo na szczęście ich nie lubię), za to piję dużo wody. Jem to, co lubię, ale w rozsądnych ilościach, nie opycham się jedzeniem. Jedyna moja słabość to żelki, mięknę na ich widok. Ale cóż, jestem tylko człowiekiem :)

    Powodzenia wszystkim fit-leniuszkom :*
    Marcelina
    http://www.simplylife.pl

  70. Barbara

    Dobrze, że poruszyłaś ten temat w dobie wszechobecnych fitnesów i mody na fit-life, która, jak każda moda, jest tylko modą. Aktywność fizyczna jest koniecznością, nie modą, tak jak mycie zębów, jak to sama napisałaś, ale można się wycwanić i zorgaznizować się tak, że nawet się nie zauważy, że się uprawia coś, co można nazwać „aktywnością fizyczną”. Spróbuję tu dodać kilka swoich przemyśleń, właściwie bardziej dla siebie samej, ale może ktoś coś z tego też wyciągnie:
    1. Po pierwsze i najważniejsze – trzeba znaleźć coś, co autentycznie sprawia nam przyjemność. Możlwości są setki i to nie tylko w dużych miastach, bo najbardziej podstawowe (i najlepsze!) formy ruchu są dostępne dla każdego z tego tylko tytułu, że się ma ciało. Chodzenie też może być sportem, o czym się często zapomina. Że nie wspomnę o bieganiu czy jeździe na rowerze, które można uprawiać praktycznie wszędzie. Wiadomo, każdy jest inny, dlatego najlepiej olać wszelkie mody i naprawdę się zastanowić, co nam sprawia frajdę, taką prawdziwą, zmysłową, dziecięcą radość. Bez tego ani rusz dalej, moim zdaniem.
    2. Poza tym, trzeba dopasować aktywność fizyczną do własnych możliwości, czyli zarówno do aktualnej kondycji (rzucanie się na „turbo spalanie” Chodakowskiej, gdy się jest od lat zwykłym coach potato nie ma szansy się powieść), ale też do stylu życia – czyli wybrać coś, co realnie będzie można wykonywać, żeby potem nie mieć wymówek, że za daleko, za często, że dzieci przeszkadzają albo nie ma kasy na sprzęt.
    3. No i równie ważne – potraktować tę wybraną, ulubioną, realnie wykonywalną aktywność fizyczną jako integralną część swojego życia, czyli właśnie jak mycie rąk po skorzystaniu z toalety czy chodzenie do pracy – coś koniecznego i czego nie może zabraknąć. Potem to wchodzi w nawyk i człowiek się nawet głupio czuje, jak tego zabraknie.
    4. Last, but not least – pamiętać o regularności. Regularność jest kluczowa, a często się o tym zapomina. I nie chodzi mi tu o regularność pt. raz w tygodniu chodzę na dwie godziny jogi, tylko codziennie ćwiczę 15 minut-pół godziny, nawet jeśli raz w tygodniu mam trening z instruktorem czy innymi ćwiczącymi. Już dawno udowodniono, że ćwiczenia średnio intensywne i średnio obciążające, ale właśnie regularne (CODZIENNE) mają najlepszy wpływ na ogólny stan zdrowia.
    I tym optymistycznym akcentem… ;)

  71. Anna

    Z aktywnością fizyczną u mnie było jak z porami roku, im nudniejsza i bardziej senna aura za oknem tym bardziej ja się z nią utożsamiałam i na odwrót, nadmiar witaminy D czyli słoneczna wiosna i piękne lato to i ja smuklejąca w oczach. Z czasem tę równowagę zachwiała praca ale teraz, kiedy zajmuję się głównie swoją 20 miesięczną córeczką, każda pora roku, każdy dzień to ogromny trening sprawności fizycznej :) polecam!

  72. Joanna

    OMG!!! „Lepiej polubić drogę, niż fiksować się na celu”. Chyba to sobie wydrukuję i rozwiesze po domu…Takie to proste i oczywiste, a takie trudne do odkrycia. A najlepsze jest to, że dotyczy to wielu dziedzin życia. Tak właśnie pomyślałam o nauce języków albo o wychowywaniu dzieci (jako, ze przeżywam jakiś kryzys macierzyństwa – chwilowy mam nadzieję;). Lepiej robić cokolwiek w danym kierunku niż nie robić nic. A metoda malych kroków jak zawsze okazuje sie najskuteczniejsza…
    Dziękuję za ten wpis :)

  73. Kwiatki

    Ja też mam taki problem, że jak kiedyś zacząłem ćwiczyć na siłowni to wszedłem na level pro i zawalałem wszystko co popadnie, żeby osiągnąć cel. Aaa potem przyszła praca i totalnie zapomniałem o ćwiczeniach – serce przypominało mi o moim totalnym braku ćwiczeń :/// …. Niestety, ale czasem jak się przesadzi za młodości to trzeba już do końca życia trenować choćby po 10 minut dziennie ;) A mówią że sport to zdrowie :D

  74. Jolka

    Moje pudło sportowych porażek, to już ogromny karton ;) Ale tym razem mam silną motywację. Zaczęłam biegać, póki co ćwiczę w domu, bo z moją „super” kondycją, jakoś wstyd mi wybrać się na siłownie. Jestem dobrej myśli, poza tym sport pozwala mi rozładować negatywne emocje i frustracje. Polecam wszystkim nerwusom pobiegać ;)

  75. fiołek

    Mhm… Jakbym miała porównać moją aktywność fizyczną do Twoich jak to nazwałaś „porażek” to musiałabym sama nie wiem zamknąć się w pudełku i już z niego nie wyjść. W-f w szkole był dla mnie porażką… niestety rodzice nie zaszczepili mi bakcyla sportu, nie umiem przebiec 1 km bez zadyszki, nie mam koordynacji ruchowej co powoduje u mnie frustracje na zajęciach fitness i zumba, czyli poszłam raz i nie dawałam rady zrezygnowałam. Mój tryb to siedzenie, nie umiem się w ogóle zmotywować do ruszenia swoich 4 liter… Cóż podziwiam Cię, że masz do tego jakąkolwiek motywacje. Brawo i tak dalej, na mnie może kiedyś przyjdzie pora :)

  76. Zew Przygody

    Hej, fajny, motywujący i pocieszający tekst;) W tym tygodniu idę po raz pierwszy na zumbę, mam nadzieję, że nie jedyny ale po tym poście, myślę, że wytrzymam dłużej;)
    Pozdrawiam!

  77. MalwinaL

    Asiu , jakie panele masz w salonie? mogę prosić o firmę i kolor?
    A te płytki w kuchni nad blatem – jaka firma i model?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *