9 tricków, które czynią ubieranie się prostszym

rękawiczki z runa Lunaby, wełniana czapka Wool so cool i wełna Phil Alaska

Niesamowite, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się moje podejście do celu, w jakim kupuję ubrania. Kiedyś chciałam wyglądać inaczej niż wszyscy, mieć ciekawy styl, wyróżniać się. Dzisiaj jest mi to kompletnie obojętne.

Zależy mi za to, by czuć się w swoich ubraniach jak najlepiej – żeby były wygodne, takie jak lubię i z przyjaznych mojej skórze materiałów, które dają mi poczucie mikroluksusu. I druga sprawa – chcę, żeby sprawiały mi jak najmniej kłopotu.

Idę tu na pewne kompromisy, bo lubię kaszmirowe swetry, które zmuszają do ręcznego prania i bawełniane koszule, które trzeba prasować, ale robię też wszystko, by swoją szafę jak najbardziej uprościć. Właśnie po to, by działała jak najsprawniej.

Mój wewnętrzny leń jest wtedy usatysfakcjonowany i mogę leżeć na kanapie i czytać książkę, zamiast przerzucać wieszaki w szafie albo szukać kolejnych ubrań do dokupienia, bo coś do czegoś nie pasuje.

Spisałam więc zasady, które stosuję, by zoptymalizować proces ubierania się. Jeśli wypracowaliście swoje, koniecznie dajcie znać, chętnie je przetestuję!


1. Kupuj ubrania w spójnej palecie kolorystycznej


Trudno stworzyć szafę, w której naprawdę każda rzecz pasuje do każdej, chyba że stawiamy na kilka podstawowych krojów.

Ale możemy nie utrudniać sobie dodatkowo sprawy, kupując ubrania w ograniczonej palecie kolorystycznej, tak żeby pod względem koloru wszystko ze sobą grało.

Ja mam w szafie rzeczy czarne (doły), szare, granatowe, białe, beżowe + pudrowy róż i czerwień.

Kolory z klasycznej palety (czyli te najczęściej spotykane w klasycznym ubiorze męskim – brązy, beże, biele, szarości, granaty, błękity, butelkowe zielenie, bordo), będą ze sobą bez problemu grały, na resztę trzeba uważać.


2. Przed zakupem zastanów się, czy możesz daną rzecz zestawić z ubraniami, które już masz, na przynajmniej trzy sposoby


Pisałam o tym już nie raz (ostatnio w uproszczonej instrukcji slow fashion), to najprostszy sposób na uniknięcie ubrań-samotnych wysp, które burzą spójność szafy.


3. Unikaj wzorów albo ogranicz je do jednej części garderoby


Miksowanie wzorów to wyższa szkoła jazdy i nie wszystkie ze sobą grają. Mnie zależy na tym, by stworzyć jak najbardziej funkcjonalną szafę, a nie otrzymać medal od Iris Apfel.

Łatwiej zestawia się ubrania, które są gładkie. Jeśli lubisz wzory, postaraj się je mieć tylko na określonych częściach garderoby – na przykład spodniach i spódnicach ALBO bluzkach i sukienkach ALBO marynarkach i kurtkach. Ja staram się trzymać bluzek i sukienek.


4. Wydawaj pieniądze głównie na ubrania bazowe


Czyli takie, które pasują do siebie nawzajem i są tłem dla ewentualnych większych stylistycznych szaleństw, jak torebka w cętki czy błyszcząca spódnica.

Kiedyś było mi bardzo trudno wydać pieniądze na porządny t-shirt czy zwykłe czarne spodnie, wolałam przepuścić je na cekinowe szpilki. Dzisiaj wiem, że porządna baza to podstawa dobrze funkcjonującej garderoby – staram się, żeby takie ubrania stanowiły minimum 80% mojej szafy.

Nie ma dwóch takich samych baz czy obowiązkowych klasyków. Swoją subiektywną bazę pokazywałam tutaj.


5. Kupuj tylko czarne buty na jesień i zimę i tylko czarne rajstopy


Nudne? Restrykcyjne? Niepopularne? Ale jak ułatwia życie!

Jeśli chcecie przestać się martwić, czy dane buty będą grały z daną sukienką, i co właściwie z rajstopami, to polecam trzymać się czerni. Ja tak robię i jestem zadowolona.


6. Zdecyduj się na jeden kolor dodatków, okuć, guzików, biżuterii


Są osoby, które lubią mieszać kolory metali. Ja nie lubię, więc staram się wszystkie dodatki i okucia mieć złote – eliminuje to problem dobierania do siebie kolorów.

Mogę przymknąć oko na mało widoczny, srebrny zamek po wewnętrznej stronie buta, ale przy guzikach, biżuterii, mocnych okuciach i innych widocznych gadżetach trzymam się złota.


7. Wieszaj ubrania pojedynczo, po jednym na wieszak


Dużo łatwiej jest się ubierać, kiedy widzi się dokładnie, co ma się w szafie.


8. Trzymaj w szafie tylko te ubrania, które aktualnie możesz założyć


Schowaj do pudła i odłóż na szafę czy pod łóżko ubrania na inny sezon czy rzeczy, które przestały na Ciebie pasować (na przykład bo jesteś w ciąży), ale wiesz że do nich wrócisz.

Łatwiej wtedy zrealizować punkt poprzedni, nienoszone ubrania nie zagracają szafy, no i wyjmowanie ich po sezonie jest fajniejsze niż zakupy!

Ktoś mi kiedyś napisał, że to oszustwo, bo sprawiam wrażenie, jakbym miała mniej ubrań, niż mam naprawdę. Sęk w tym, że moim celem jest wypracowanie takiej organizacji, która jak najlepiej mi służy, nie zastanawianie się, co pomyślą sobie o mnie inni ludzie. Polecam ten styl.


9. Miej uniwersalną torebkę albo wkład, który możesz łatwo przekładać


Marie Kondo radzi, żeby codziennie wyjmować wszystkie przedmioty z torebki i odkładać na wyznaczone miejsca. Mnie szkoda na to czasu, więc przez zazwyczaj chodzę z tą samą torebką, uniwersalnym czarnym shopperem w zimie, jasną dużą torbą lub koszykiem w lecie.

Jeśli lubisz zmieniać torebki, alternatywą jest wymienny wkład z przegródkami, który po prostu przekłada się z jednej torby do drugiej i nie sposób niczego zapomnieć.


 

Czy to wszystko przypadkiem nie sprawi, że każdego dnia będziemy wyglądać dość podobnie? Owszem, ale kto powiedział, że to coś gorszego, niż codzienne zaskakiwanie nowym strojem? Ja swój mundurek bardzo lubię i czerpię przekorną przyjemność z chodzenia w kółko w tym samym. Również dlatego, że naprawdę lubię swoje rzeczy i kiedy niszczy mi się moja ulubiona koszula, najchętniej kupiłabym taką samą.

Zresztą to wszystko kwestia zaburzonych proporcji – uważam, że wcale nie mam jakoś szczególnie mało ubrań, to po prostu tak wygląda na tle dzisiejszych standardów.

PS Żeby nie było, odkryłam ostatnio jeden minus slow fashion – nie ma w czym malować ścian! Ale rozwiązałam ten problem w dwie minuty, przeznaczając na spodnie robocze dość stare dresy i t-shirt mojego chłopaka, więc nie była to jakaś straszna tragedia. Gdybym nic nie znalazła, podeszłabym po prostu do najbliższego second handu.

 

 

129 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Aleksandra

    Wszystkie buty, jakie trzeba mieć w polskich warunkach pogodowych mam w kolorze czarnym, bez zbędnych ozdób. Mama mi mówi, że jestem nudna, ale jak to ułatwia życie! Cieszę się, że ktoś podziela mój punkt widzenia :)

    1. wczerni

      Uwaga o butach faktycznie dobra. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale też tak robię i to przez większość roku. Podobnie torebka – jedna na codzień, dwie na specjalne okazje i koniec. Dodałabym jeszcze tworzenie gotowych zestawów co eliminuje problem ubrań, które nie pasują do niczego innego w naszej szafie oraz w żaden sposób nie pasują do naszej sylwetki.

  2. Ola

    Ja mam inny minus slow fashion (na razie jedyny jaki odkryłam, pewnie dlatego, że nie malowałam ścian). Odkryłam go w zeszłym roku gdy szłam na przebieraną imprezę andrzejkową i nic nie mogłam wymyślić z rzeczy które zostały mi w szafie, za to po raz pierwszy przypomniały mi się te które wyrzuciłam. No, ale w końcu udało się. Udało się też w tegoroczne Halloween, i to z szafy bardziej slow niż rok temu. Dopiero na dzisiejszą imprezę (niby łatwy temat, podróż w czasie) poddalam się i kupiłam sukienkę w second handzie i nie wiem co z nią zrobić później. Może trzymać schowaną na następną tego typu okazje?

    1. Kasia

      Ja mam w szafie jedną klimatyczną tunikę (do stroju hippiski) i starą czarną suknię mojej mamy (Halloween), traktuję je jako moją bazę na imprezy przebierane :)

      1. Ola

        No to neonową tunikę w stylu lat 80 zachowam jako taką bazę :) Tylko jak nie mam problemu z założeniem tej samej sukienki na różne wyjścia to z przebraniem nie do końca mi to odpowiada. No nic, zobaczymy przy następnej okazji

    2. Ola

      Zgadzam się z Ola. Jest trochę problem z rzeczami na specjalne okazje. Ja tak np miałam z sukienką na wesele. Jako że staram się minimalizować cenę ubrania w przeliczeniu na jedno noszenie. Nie żal mi wydać sporo na coś, co noszę w kółko, ale na rzecz na jeden raz już tak. Z kolei przyzwyczajona do ubrań w miarę dobrej jakości nie chce kupować byle czego, wiec np tania sieciowkowa poliestrowa sukienka odpada. Może powinnam tak jak koleżanka zajrzeć do second handu, ale nie lubię i nie bardzo umiem tam kupować. Koniec końców na jedno wesele poszłam w plisowanej spódnicy i jedwabnej bluzce z własnej szafy. Czułam się dobrze, ale ciotki skrytykowały, że to „za zwykle”. Na drugie troche przymuszona kupiłam sukienkę, która już oddałam. 300zł na jeden raz to porażka!

      1. Ola

        Jesli ciotki widziane raz na rok na weselu są w stanie skłonić Cię do kupienia kiecki na siłę, to albo nie szanujesz siebie, albo swojego portfela.

      2. Iza

        A może kup sukienkę, w której możesz jeszcze gdzieś wyjść? Do teatru, na randkę czy do kościoła. Moją ulubioną „weselną” ubieram średnio raz w miesiącu, nawet do pracy, bo lubię się elegancko ubierać i nikogo to nie razi, a w szczególności mnie. Z drugiej strony pracuję w miejscu, gdzie ludzie ubierają się tak przeróżnie, że w tamtym roku komentarze wzbudził tylko Pan, który m.in nosił sombrero i krótkie spodenki z wydzierganymi wielkimi kieszeniami i „człowiek-pantera”. Ale tak to jest gdy się pracuje w teatrze :)

      3. Hania

        dla mnie sukienki i suknie balowo-wyjsciowe są typowym guilty pleasure – rozsądek podpowiada, że można mieć ich mniej i wydawać na nie mniej, ale ja po prostu uwielbiam je nosić! na szczęście w mojej pracy zdarza mi się kilka razy w roku okazja na takie, do tego imprezy rodzinne i śluby znajomych. Za to w życiu nie założyłabym żadnej z nich na codzień – nie wiem o jakich sukienkach mówią tu pozostałe osoby, ale z moich każda jedna wyglądałaby komicznie noszona bez większej okazji

  3. Ania | PrimoCappuccino

    Właśnie urodziłam i lada moment zejdę do piwnicy po ubrania sprzed (i kupione w czasie) ciąży, to bardzo przyjemna część dochodzenia do siebie po porodzie ;) Co do czarnych rajstop mam mieszane uczucia, to oczywiście podstawa, ale ja uwielbiam nosić ciemne rajstopy w drobne wzory, w myśl zasady, że nogi nie są od tego, by je chować przed światem. Więc stawiam na stonowaną całość, zatem przy rajstopach mogę szaleć :)
    Cała lista bardzo mi się podoba! Uwielbiam takie posty w Twoim wykonaniu.

    1. Natalia.M.

      Ja też się mega cieszyłam na ten moment gdy w końcu wróce do swoich starych ubrań. W praktyce spodnie przedciążowe zapiełam 11 dni po porodzie. Potem nie było gorzej, teraz ważę 10 kg mniej niż przed ciążą i żadne z ubrań sie nie ostało.. Zmieniła mi się nawet sylwetka, to co nosiłam wcześniej już nie pasuje na mój nowy tyłek, szersze biodra… no niestety ;) Także nie chcę straszyć, ale może być różnie ;)

      1. Turkuć podjadek

        Ja po ciąży bardzo szybko odzyskałam swoją dawną figurę – na szczęście… :) Mi okres ciąży uświadomił, że mniejsza ilość ubrań ułatwia życie. Niby miałam trzy ciuchy na krzyż, a wcale nie chodziłam w kółko w tym samym. I łatwiej było mi tworzyć zestawy. Teraz porządkuję swoją szafę i dążę do posiadania takiej ilości i takich ubrań, w których faktycznie chodzę i, w których czuję się sobą. :)

  4. Ada

    Chyba Ci się błąd wkradł: „Ktoś mi kiedyś napisał, że to oszustwo, bo sprawiam wrażenie, jakbym miała mniej ubrań, niż mam naprawdę. Sęk w tym, że moim celem nie jest wypracowanie takiej organizacji, która jak najlepiej mi służy, nie zastanawianie się, co pomyślą sobie o mnie inni ludzie. Polecam ten styl.” – dwa zaprzeczenia, zakładam, że jedno „nie” za dużo i brakuje „a”, tak by mi to te fragment grał :p

    Bardzo lubię mój mundurek. Czy wyglądam tak jak wszyscy? Możliwe. I co z tego? Musiałabym upaść na głowę, żeby się tym przejmować i poświęcać życie na poprawę tego stanu. Nie chcę chodzić goła, dlatego mam ubrania.
    Mam jedną uniwersalną torebkę całoroczną – brązową z Mint&Berry (taka nieco kuferkowata). Do tego jedna płócienna, dwie kopertówki (jedna elegancka, jedna letnia) oraz dwie nieco bardziej eleganckie, choć noszę coraz rzadziej, bo ta z M&B jest uniwersalna.
    Ujednolicenie butów zimowych to naprawdę spore uproszczenie :) Również polecam!

    To ile ktoś potrzebuje ubrań to kwestia zupełnie indywidualna. Ja potrzebuję mieć cały segment w szafie ubrań sportowych, bo tyle się ruszam. Moja szwagierka potrzebuje mieć X garsonek i Y koszul, bo ma taką pracę, a po godzinach potrzebuje kilku innych strojów, żeby realizować swoje hobby (np. taniec brzucha).

  5. Beata Rzepka

    Asiu, napisz kiedyś o ubraniach „po domu”, najlepiej z przykładami i linkami do kupienia. Żeby były ładne, z jakościowych materiałów, trwałe. Kupiłam sobie w H&M dwie pary takich samych spodni dresowych w celu „po domu”. Jedne (100% bawełna) po pierwszym praniu zbiegły się tak, że sięgały mi do pół łydki, a drugie (60% bawełna, 40% poliester) okropnie się mechacą, wstydziłabym się nawet wyskoczyć w nich po bułki.

      1. Karolina

        Ja sobie kupiłam w Reserved w zeszłym roku szare dresy chyba za 40 zł i chodzę w nich non stop – po domu, po górach, czasem do pracy i zabieram w każdą podróż i są jak nowe :)

      2. Alexandra

        Domowy kombinezon z bawełny z marksa z każdym praniem kurczy się coraz bardziej więc też zawód. Pamiętam,że mama mnie ochrzaniała za chodzenie w domu w „wyjściowych” jeansach, ale odkąd pracuje w domu doszłam do wniosku,że raczej nie powinnam żałować czegoś po domu, bo niby na co mam je oszczędzać :) Dla siebie w końcu też warto dobrze wyglądać :)

    1. Kasia

      Z tego co wiem, Asia nie uznaje ubran „po domu”, ale zachęca, abyśmy ubierały się też i po pracy ładnie i wygodnie. Żebyśmy nie odkładały dobrych, fajnych rzeczy „na wieczne nigdy” :)

      1. Asiaya

        Nie zawsze chodzi o oszczędność ubrań, czasami o wygodę. Ja mam też taką obsesję, że nie lubię siadać na własnej kanapie w spodniach, w których chodziłam cały dzień po mieście i siadałam nie wiadomo, gdzie :))
        Moje po-domowe spodnie z H&M też się zbiegły wzdłuż 😆😆

      2. Kamila

        ale nie chodzi o wieczne nigdy. osobiście wydaje mi się, że kwestia jest też taka, żeby nie chodzić całkiem brzydko po domu – sama tak kiedyś robiłam, chodziłam w poplamionych, powyciąganych i zmechaconych rzeczach bo tak byłam nauczona. żle się czułam. teraz przerzucam się na domowe, ale ładne – np. dresy, getry. coś estetycznego, w czym mogę otworzyć drzwi i nie wstydzić się nawet jakby ktoś znienacka wpadł, jednak rzeczy w miarę tanie i super wygodne, w których mogę gotować i piec, malować farbami i nie bać się poplamić.

        ostatnio się nie przebrałam po pracy i odbierając zakupy internetowe zepsułam domestosem (pęknięta butelka) ulubioną spódnicę :(

      3. Dorota

        Myślę, że to zależy od tego, co w domu robimy. Mam ładne dżinsy, mam ładne bluzki, mam ładne sukienki, ale mam też małe dziecko… Dlatego te wszystkie powyższe rzeczy noszę, gdy wychodzę, albo ktoś przychodzi do mnie. Podczas dnia tyle razy jestem na podłodze, że żadne dżinsy by nie wytrzymały nawet miesiąca… Sukienusie też bez szans. Do tego dochodzi ugotowanie obiadu przy dziecku, które otwiera szuflady, bawi się z ziołami w „syp syp”, i naprawdę nie zawsze zdążysz wytrzeć ręce w coś innego niz własne spodnie jeśli widzisz, że dziecię szaleje za mocno…Plus karmienie dziecka, które a) kichnie z buzią pełną sosu b) postanowi SAMO jeść, przez co moja biała terakota zamienia się w mięsno-warzywny kobierzec (czytaj:znów na podłodze ze szmatą), c) chce SAMO myć zęby, a pasta cieknie po rączkach…i wtedy jest ochota przytulić się do mamusi… Dziecko lubi się przytulić niezależnie od okoliczności, nie jest przeszkodą umorusana w marchwi buzia (dla tych, co dzieci nie mają dodam, że marchewkowa papka to pralniczy koszmar). I jak ja miałabym tu włożyć coś „normalnego”, w czym chodzę też do znajomych,rodziny czy sklepu… Zatem wybieram ubrania wygodne i z możliwością zniszczenia których się liczę. Co nie znaczy, ze wyglądam niechlujnie. Jak sie zabrudzę, to się przebieram. Wybieram legginsy, koszulki, bluzy, a nie powypychane dresy z plamą po ketchupie. Ubrania domowe mam ładne, ale na party bym sie w nich mimo wszystko nie udała.
        P.S. Za to rzęsy maluję codziennie:-P

    2. Ewa

      Fajną opcją na po domu są sukienki, właśnie kupiłam dwie (dzianina wiskozowa) w Marks&Spencer i żałuję, że są na wylocie (choć po prawdzie tkaniny im się bardzo ostatnio popsuły).

    3. Asia

      A moze niekoniecznie typowe dresy? Sama nosze zazwyczaj szare legginsy (z HM) do tego albo ulubiona szara, „dresowa” luzna sukienka COS (ktora kuilam w charity shop za cale £6). Druga opcja to rowniez legginsy z moja ciazowa sukienka ASOS o kroju luznego, dlugiego T-shirty. Lub tez legginsy z dluzsza, dzinsowa koszula. Nigdy nie stresuje sie, ze ktos nieoczekiwanie zadzwoni do drzwi ;)

      1. Beata Rzepka

        Jak najbardziej akceptuję też inne „podomowe” ubrania, nie tylko dresy :) Nawet wolę coś bardziej schludnego, a jeżeli dresowe spodnie, to też takie schludniejsze, dobrze wyglądające na sylwetce, a nie pierwsze z brzegu. Chociaż np. sukienki tylko latem, bo nie przepadam za rajstopami, więc tym bardziej po domu staram się ich unikać, no i ze względu na koty, które by je szybko na mnie zniszczyły :)

    4. Karolina

      Heh, moje hmowe się rozciągają i po tygodniu noszenia wyglądają jak trzy rozmiary większe :D A po praniu wracają do swojej formy. To jedyne dresopodobne spodnie, wole chodzić w legginsach i tunikach (latem w sukienkach albo bawełnianych krótkich spodenkach i bluzce na ramiączkach) albo luźniejszych swetrach. A znów w legginsach z domu nie wychodzę, no chyba że wyrzucić śmieci i kupić coś na szybko w sklepie pod blokiem.
      Moja zasada dotycząca ubioru w domu: tak, żeby nie było wstyd otworzyć drzwi jak przyjdzie kurier albo sąsiadka coś pożyczyć ;) Pozdrawiam! :)

    5. mo

      Ja lubię kupować ciuchy w Tchibo, są naprawdę dobrej jakości. Często pojawiają się tam własnie ubrania do chodzenia po domu, różnego rodzaju spodnie rekreacyjne itp.

    6. Marta

      Ja mam szare dresy z lidla i trzymają się dobrze :) co prawda zdarzyło mi się kupić w lidl spodnie lepsze i gorsze ale ogolnie polecam prędzej niz hm.

    7. też Joanna

      Jeśli lubisz dresy, polecam spodnie Nike – konkretny model, którego dokładnej nazwy niestety nie pamiętam, ale na Allegro mają zwykle dopisek „slim” i są zdaje się w stałej ofercie – w internetach można je kupić już za 119 zł, a w sklepach kosztują chyba 149 zł. Skład to prawie sama bawełna z kilkoma procentami elastanu, ładnie się układają (nie są tak obcisłe, jak legginsy, ale nic nigdzie nie „wisi”) i są NIEZNISZCZALNE (tak bardzo, że zasługują na to podkreślenie) – wyeksploatowałam je na wszelkie możliwe sposoby, chodzę w nich ciągle od półtora roku i prałam je już milion razy (pracuję z domu, więc noszę je naprawdę często), moja siostra od 3 lat i są w identycznym stanie. Jedyny, naprawdę jedyny minus to to, że po pewnym czasie trochę mechaci się ten sznurek w pasie, ale 2 przejechania zwykłą maszynką i znów jest jak nowy. Poza tym są naprawdę idealne – nawet ściągacze mają odpowiednią grubość, tzn. nie rozciągają się z czasem, ale są na tyle cienkie, że nie odstają i szybko wysychają po praniu (jak się ciągle coś nosi, docenia się takie głupoty). I jedyny znaczek Nike jest na górze, więc można go łatwo zakryć. Polecam je tak bardzo, że z ich powodu napisałam właśnie pierwszy w swoim życiu komentarz na jakimkolwiek blogu (każdy ma swoje priorytety – moimi najwyraźniej są dresy…) :)

      Jak już się tak rozpisałam, to przy okazji dziękuję Joanno za Twoją pracę i uświadomienie mi dzięki swojemu blogowi, że to, co praktykuję od lat nie jest chorobą fanatyka pozbywania się i posiadania jak najmniejszej liczby rzeczy (zwłaszcza ubrań), tylko nazywa się ładnie slow life ;) Pozdrawiam również Chrupka, który jest cudnym przepieskiem (kwintesencja pieska)!

  6. pilar

    Ja nie myślę o ubraniach i ich zestawianiu jako o kłopotach. Dla mnie to codzienna przyjemność tworzenia, kreatywnego wyrażania siebie ciągle na nowo, z uwzględnieniem chwilowych nastrojów i stałych cech :) Wiadomo, że mogę się realizować twórczo w innych obszarach życia, ale skoro mogę i w ubieraniu się, to nie zamierzam sobie tego odmawiać. Buty zimowe mam szare (botki), brązowe (oficerki) i fioletowe (śniegowce), polecam ;) Chciałabym jeszcze czarne sztyblety, ale nic mi się nie podoba.

      1. Julia

        Są są ;-) Te zasady są moim zdaniem uniwersalne, jak ktoś lubi ciuchy i kombinowanie z nimi to po prostu może sobie pozwolić na trochę większą ilość. Ja tak często robię- np podoba mi się wzorzysty t-shirt więc przymierzam w domu do ilu ‚dołów’ mi pasuje i ile zestawów mogę z nim stworzyć. Czasem jest to coś, co pasuje tylko do jeansów i prostej czarnej spódnicy ale tak mi się podoba i tak dobrze się w tym czuje że i tak zostawiam- ale jak już gdzieś pisałaś- to nie konkurs na jak najmniejszą ilość ubrań tylko sposób na dobrze funkcjonującą szafę.

  7. fk

    A ja kupiłam sobie na jesień buty w kolorze rudym! I okazało się, że najlepiej współgrają niemal ze wszystkim, co mam w szafie :) Problemem niestety jest noszenie spódnic/sukienek jak jest zimno, ale i tak na tyle nie lubię czarnych, kryjących rajstop, że sukienki zakładam do cienkich cielistych jak jadę autem lub jak jest ciepło.
    A do torebki kupiłam sobie organizer, to super sprawa!
    W szafie trzymam wszystkie ciuchy, bo niestety mam deficyt szaf i jestem trochę za leniwa na sortowanie, ale rzeczy mam ułożone kolorami i rodzajami, więc niespecjalnie mi to przeszkadza. Rzeczy typowo letnie po prostu przełożyłam na koniec rurki tam, gdzie najmniej zawadzają.
    Próbowałam za to w ubiegłym roku wprowadzić wzory. Marzą mi się, ale póki co każda taka próba kończyła się niepowodzeniem i zniechęcona odwieszałam ciuchy w sklepie. Na razie niemal wszystko mam w szafie jednokolorowe. Nie do końca trzymam się jednej gamy kolorystycznej, szczególnie w zimie, ale nie przeszkadza mi to. Za to jadąc na wakacje okazało się, że większość moich ubrań jest pastelowo-niebieska, beżowa albo biała. Kompletowanie garderoby na wyjazd jeszcze nigdy nie było dla mnie tak banalnie proste!

    P.S. Są plany jakichś powiadomień o odpowiedziach? Wydaje mi się, że kiedyś pisałaś, że nie chcesz disqusa, będzie coś zamiast tego? Przeszukiwanie bloga aby sprawdzić, czy ktoś coś odpowiedział na mój komentarz, czy wywiązała się jakaś dyskusja jest baaardzo niewygodne i zniechęcające :(
    Ale jak wiadomo zasady mają służyć nam, a nie my im

    1. Style Digger Autor wpisu

      No właśnie testowałam różne wtyczki, ale żadna nie działała, a Disqusa zdecydowanie nie chcę, bo jest z nim sporo problemów. Ale myślę o tym ciąglę i jak na coś nowego wpadnę, to będę testować.

      1. pewna.taka

        Przy okazji dodam prosbe ode mnie, aby linki z komenatrzy otwieraly sie w oddzielnych oknach. Bedzie to szczegolnie pomocne przy hatifnatach, kiedy duzo osob poleca cos w komentarzach i za kazdym razem trzeba wracac do postu i wczesniejszych komenatrzy. czytam na smartfonie, opcja otworz w innym oknie nie dziala jak nalezy. Dzieki :)

  8. Jass

    Tez od dawna ujednolicam buty- u mnie tylko brązowa skora. Torebki (i ewentualnie paski) tak samo. Jestem w tym konsekwentna, ale głownie dlatego ze tylko takie mi sie podobają. Czasami jest sezon, w ktorym za nic nie znajde takiego odcienia brązu jakiego szukam (bo akurat camel jest modny), ale nic to, czekam na kolejny.

  9. Beata

    Fajny, przydatny wpis. A ja napisze jeszcze jaki jest minus takiego podejscia. Ano taki, ze czlowiek robi sie bardzo wymagajacy, jesli chodzi o jakosc i wyglad ubran I butow. Od wielu miesiecy szukam trampek do kostek, takich na zime i nic mi sie nie podoba. Upatrzylam sobie jedne, w koncu je przecenili, przymierzylam I okazalo sie, ze wcale nie sa takie wygodne. Szukam wiec dalej :)

  10. magda

    Asiu, uwielbiam Cie czytac, ale ten wpis jest strasznie wtorny i stanowi raczej zbior dokladnie tego, o czym juz wielokrotnie pisałaś, nie tylko na bloogu ale tez w ksiazce. Czekam na cos nowego ciekawego :) Pozdrawiam

    1. Style Digger Autor wpisu

      To prawda, większość tych rzeczy już się pojawiła, wyszłam z założenia, że do każdego trafia coś innego i czasem warto coś powtórzyć w innej formie:) A nowe wpisy będą oczywiście za parę dni, jak zwykle.

  11. Jorun

    Mój life-hack na pranie ręczne – pralka z odpowiednim programem. To naprawdę działa, sprawdziłam na własnej szafie a mam bardzo dużo ubrań które teoretycznie powinny być prane ręcznie. Wszystkie żyją i mają się świetnie, a ja mam więcej czasu na ciekawsze zajęcia.

    1. Style Digger Autor wpisu

      Też tak piorę jedwabne sukienki czy bluzki, ale swetry jednak ręcznie – chociaż nie robiłam tego od miesięcy, bo praniem zajmuje się u nas mój chłopak:)

    2. Karolina

      Oby tak było, bo właśnie na ten program najbardziej liczę w mojej nowej pralce ;) Nigdy nie chce mi się prać pojedynczych rzeczy, a jak już piorę hurtem to nie mam gdzie tego suszyć (staram się nie wyrzymać za mocno i w efekcie boję się o zalanie podłogi nawet po podłożeniu ręcznika).

    3. Marta

      Ja tez „oszukuje” moje delikatne rzeczy praniem w pralce ;) zaczęło się od tego ze moj chlopak z rozpędu wyprał moją jedwabną bluzkę z bawełnianym praniem w 40 stopniach. Bylam co prawda przerażona, kiedy ją wyjmowałam, ale przeżyła. Kaszmir też piorę w pralce. Wrzucam do woreczkow ochronnych i ustawiam specjalny program. Oszacowalam ryzyko i wyszlo mi ze bardziej cenię swój czas niz swetry :) ulubiony z hm byl juz prany wielokrotnie i narazie znosi to dzielnie :)

  12. Pstra Matrona

    Bardzo mnie rozśmieszył medal od Iris Apfel, chyba dlatego że ja codziennie staram się go dostać i to jedna z moich największych drobnych przyjemności, ale ostatnio odkryłam coś czym chyba dla większości uzytkowniczek jest magia jeansów. Sama nie miałam żadnych od podstawówki i nie zamierzam mieć bo do niczego by mi nie pasowały, ale kupiłamyślę sobie ostatnio złote rurki i pasują mi do ABSOLUTNIE wszystkiego do całej mojej szafy (w sensie gór) i wyglądają lepiej niż wszystkie rzeczy, które nosiłam wcześniej w ich miejsce. Mam teraz ochotę wywalić połowę szafy (tą dolną poza kilkoma spódnicami i spodniami od garnituru) bo nic nie równa się tym złotym spodniom. Są więc dla mnie neutralne jak jeansy dla większości szaf, a moja wewnętrzna Iris Apfel nie ma nic przeciwko nim. Chyba na długi czas zostanę dziewczyną w złotych spodniach, bo jak się nosi codziennie tak wyraźny element to baaardzo to widać, ale dla mnie to całkiem fajny efekt. No i mimo mojej bardzo nie minimalistycznej szafy stosuje punkty 1,2,4,5,8 i 9. Mam zazwyczaj jedną torebkę do wszystkiego i czarne buty na każdy sezon i to w nich głównie chodzę, jeśli mam jakieś poboczne, kolorowe to z ciuchlandu i tak naprawdę zakładam je bardzo żadko. To dziwne lubię zestawiać ciuchy, ale o butach, torebkach, a już na pewno biżuterii wcale nie chce mi się myśleć.

  13. Ewa

    Mam uwagę do rajstop i butów: Nie wiem gdzie przeczytałam (na Lady and the dress?) żart „Po czym poznać Polkę w Paryżu? Po czarnych butach, bo do wszystkiego pasują.” I coś w tym jest, kiedy patrzy się na ulice pełne kobiet w czarnych kurtkach i czarnych butach, chce się wyć.

    Do do rajstop – mam nogi nieprzesadnie do pokazywania, a znudziły mi się dżinsy, i świetnie mi się sprawdza combo: spódnica lekko za kolano- rajstopy zbliżone odcieniem do spódnicy – nie-czarne buty, bo czerń w kontraście z rajstopami zwraca uwagę i pogrubia, zamiast robić elegancki photoshop. Całkiem łatwo udało mi się to wdrożyć w życie i reakcje ludzi na mnie w kiecce są kompletnie inne, niż kiedyś. Co jest miłe.

    1. Style Digger Autor wpisu

      Czemu akurat w Paryżu??? Paryżanki nie noszą czarnych butów? Według mnie noszenie butów, które do wszystkiego pasują, to naprawdę żaden powód do wstydu.

      1. Ewa

        To chyba historyjka z czasów, kiedy to nie było normą, a czarne buty były stanem umysłu sprzecznym z (ówczesną) istotą mody:) Po prostu może mam zły timing z tym wpisem – ostatnio dwukrotnie rozmawiałam z osobami związanymi z (dobrym) krawiectwem miarowym, które mniej lub bardziej gorzko konstatowały, że ich praca nie ma sensu w Polsce, bo wszyscy wybierają rozwiązania praktyczne, proste, niebrudzące, niewymagające prasowania. Wiem, że na blogu często pokazujesz, że można osiągnąć „the best of both worlds”, ale ta ich gorycz, i to, że przez ułatwianie sobie zycia czyjeś umiejętności przepadają, gdzieś tam we mnie rezonuje. A to, co pisałam o rajstopach i butach – nie każdemu pasują czarne, i dopóki nie wypróbowałam patentu powyżej, pojęcia nie miałam, ile potrafią zdziałać granatowe rajstopy i buty do granatowej spódnicy.

        1. Ewa

          I zaczynam dochodzić do wniosku, że czarne buty to stan umysłu. Wykluczam z tego czarne Martensy i dowolne czarne glany, bo to też stan umysłu, ale zgoła inny:)

      2. Karolina

        U mnie czarne buty na jesień-zimę wynikają też z tego, że pogoda bywa u nas różna i czarne buty łatwiej doprowadzić do użytku. Jak ktoś jeździ głównie autem z jednego parkingu podziemnego na drugi to może sobie w środku zimy nawet w cieniutkich zamszowych kozaczkach w różnych kolorach pomykać. A jak ktoś jeździ komunikacją publiczną, to musi brać pod uwagę fatalne okoliczności przyrody. Dziewczyny, nie dawajcie przykładów pt. „w Paryżu/Hiszpanii/Holandii to noszą kolorowe buty”, bo tam klimat jest zupełnie inny niż u nas (i zarobki inne niz u nas – tam mogą sobie pozwolić na więcej ciuchów i butów). Moje buty mają być: 1. ciepłe i szczelne, 2. ładne, zawsze w tej kolejności. Mam kilka par, bo na różne temperatury. Przy stabilnym klimacie, kiedy „zima” to okolice zera, to można mieć 3 pary różnych kolorów butów. Ja muszę mieć 3 pary na różne temperatury, więc mam czarne – bo mi do wszystkiego pasują. Ta sama zasada dotyczy płaszczy i kurtek. Mam zachowawcze kolory, bo muszę mieć na różne temperatury. A gdzieś te wszystkie ciuchy i buty trzeba trzymać!
        To jedno. A drugie – czerń (i szarość) jest piękna, lubię ją i nawet jak ktoś nazwie mnie nudziarą mam to bardzo głęboko gdzieś. Do czarno-burej podstawy ubieram chabrowy szal i czuję się najlepszą wersją siebie, nawet jak tłum nie szaleje z zachwytu. A to jest w tym wszystkim chyba najważniejsze?

        1. Anna

          Chciałam się odnieść do koloru butów i odzieży wierzchniej a warunków klimatycznych w Polsce. W tym roku kupiłam nowy zimowy płaszcz, jest jasnobeżowy. Nigdy wcześniej nie miałam tak jasnego płaszcza ani kurtki na zimę, ale stwierdziłam, że tak ładnie w nim wyglądam, że trudno, najwyżej częściej będę go musiała oddawać do pralni. Wczoraj w Warszawie była na ulicach totalna breja, rozjeżdżone pośniegowe błoto i w dodatku ślisko. I wracając wczoraj z pracy wywinęłam takiego orła na tym nieodśnieżonym zabłoconym chodniku, a jedyną moją myślą było to, że jestem wściekłą, bo ten płaszcz noszę dopiero tydzień i już będzie brudny, a ja przez pół miasta muszę wracać taka wysmarowana. Całe szczęście okazało się, że to tylko plamy z roztopionego śniegu (wyschły i znikły), ale naprawdę zastanawiałam się, czy zakup jasnego płaszcza był sensowny, czy nie lepszy by był właśnie taki typowo polski, szaro-bury czy czarny. Może w Paryżu lepiej odśnieżają chodniki, ale nawet w naszej stolicy nikt specjalnie o to nie dba, więc czarne buty i zachowawcze kolory przez pół roku mają naprawdę sens.

          1. Izabela K.

            Hahahah, kupiłam sobie rok temu jasnobeżową puchową kurtkę (w idealnym odcieniu wg analizy kolorystycznej). Jeden raz przejechałam się w niej pociągiem – musiałam się oprzeć o ściankę, w rezultacie cały bok brudny. Po deszczu też od razu do prania. Po praniu zostały brzydkie zacieki i niesmak, bo kurtka kosztowała krocie i mogłabym mieć za to wełniany płaszcz. W tym roku kupię granatową albo czarną i mam gdzieś, że wyglądam w takich kolorach jak trup.
            Buty to samo – mam jedne zamszowe, beżowo-złote, które kocham ale nadają się tylko na ładną pogodę, jak jest sucho. Niestety i tak się zakurzyły, a wyczyścić się ich za bardzo nie da, nie mówiąc o tym jak wyglądały, kiedy w zimowy słoneczny dzień nagle spadł śnieg i zrobiła się plucha. Również wracam do teamu „czarne buty”, najlepiej z licowej skóry, bo takie najłatwiej się czyści.

          2. Kamila

            tak gwoli jasności – nie „nawet” w Warszawie. od roku mieszkam w Warszawie (druga zima). wcześniej mieszkałam w małej miejscowości 19 lal, później w Krakowie 10 lat, jeżdzę sporo po Polsce i nie tylko – NIGDZIE nie spotkałam się z takim olewaniem pieszych w kwestii dbania o odśnieżanie jak w Warszafce.

          3. Karolina

            No dokładnie. Oprzesz się w pociągu, tramwaju i siup, brudne. Ja powiem więcej – idziesz spokojnie wzdłuż polskiej ulicy i jesteś od stóp do głów obryzgana błotem i szlamem, który fantastycznie się gromadzi w koleinach i dziurach zamiast spływać do kanalizacji <3 Nawet wywracać się nie trzeba. A w temacie butów: największym zagrożeniem jest zejście z chodnika, bo tam już czeka wielka, rozmoczona bryja mająca swoja kumulację na przejściu dla pieszych. Takie refleksje z ostatniego tygodnia ;)

            1. Izabela K.

              Karolina, dokładnie. Kilka dni temu spadł u mnie śniag, na drugi dzień zaczął lać deszcz – na zejściu z chodnika na pasy breja o głębokości 15cm, szeroka na jakieś 40 – nie ma szans, nie przekroczysz. A za mną szła dziewczyna na 15cm zamszowych koturnach, aż mi się jej żal zrobiło :C

              Naprawdę chciałabym nosić ładne kolorowe buty cały rok, jasne płaszcze i kurtki, ale w naszym klimacie się nie da. Przynajmniej dopóki nie dorobię się samochodu albo szofera :-P

          4. P.

            Ależ są inne ciemne kolory niż szarobure i czarne. Ja noszę ciemnozielony płaszcz – nie mam ciuchów w gryzących się z nim kolorach a przede wszystkim najwyraźniej mi współgra z typem kolorystycznym, komu innemu by pasował może akurat bordowy, czekoladowy brąz, granat albo indygo – na tyle ciemne, że nie widać brudu po tygodniu, a za to nie ma problemu w szatni i na wieszaku, kiedy wszystkie płaszcze są czarne lub ciemnoszare.
            Co do butów kwestia gustu, czasem się ma jakieś uprzedzenia do danego koloru, a inny się uwielbia. Do fasonów zresztą też. I cóż, że będąc wzrostu wyrośniętego hobbita nie powinnam nosić trzewików lekko za kostkę, i to w kolorze innym niż rajstopy czy spodnie, nawet jeśli na małym obcasie. Nie lubię czarnych butów i już. Próbowała pójść na kompromis i zimowe trzewiki przynajmniej kupić czarne, żeby pasowały właśnie do czarnych rajstop, jak już znajdę sukienkę nadającą się na zimę, bo mam same letnie, a dzianinowe zwykle mają fason, który na mojej sylwetce źle wygląda. Przymierzałam (akurat z jeansami), oglądałam, przekonywałam się – w teorii byłam przekonana, ale jak założyłam, to jednak czarne za nic, nie czuję się w nich. Kupiłam takie same brązowe. Przy czym jest to brąz raczej zgaszony, taki nieco szarawy, a torba (całoroczna, pojemna i w męskim stylu), którą od dawna planuję kupić, ale muszę do tego zakupu dojrzeć i mieć finansową nadwyżkę, będzie rudobrązowa. No trudno, będą się gryzły, ale butów bardziej mi pasujących nie znalazłam. Mam też granatowe a’la martensy, ale akurat nie lubię ich tak, jak myślałam, że będę.

        2. Dora

          Holandia to fatalny przykład, nie wierzcie nikomu, kto się na niego powołuje przemawiając przeciw czarnym butom! Może i zimy są tu cieplejsze, ale pada bez przerwy (i to nie puszysty śnieżek, a raczej zimna mżawka albo lodowaty deszcz ze śniegiem). I jeszcze jedź wszędzie na rowerze! Nic się tak nie sprawdza jak ciemne, skórzane buty. Zamsz czy inny nubuk, albo jaśniejsze kolory po tygodniu użytkowania wyglądają po prostu smutno…

          A ładnie dopasowanym, czarnym oficerkom deszcz, wiatr i modowe krytykanctwo niestraszne :D

    2. Asia

      Mieszkam w Londynie, zawsze nosze czarne buty. Mam szczera nadzieje, ze nikt nie ma ochoty „wyc” na ich widok. No chyba, ze z zachwytu, bo zawsze mam buty bardzo dobrej jakosci i elegancko wypastowane ;)

      1. asia

        Nie znoszę czarnych butów, ale rzeczywiście najwygodniej mieć czarne rajstopy + czarne buty, bo pasują do wszystkiego. Jednak każdy zestaw monochromatyczny na nogach jest dobry, tylko trudniejszy do wykonania.
        Wg mnie nie warto się tą czernią ograniczać. Np. kiedyś zrobiłam furorę w zestawach: granatowa całośc + rude buty oraz czarne spodnie + rude kozaki. Wygładała to efektownie, chociaż te rude buty to były zupełnie przypadkowe, bo na ogół takich nie kupuję.

  14. miłada

    Dziewczyny!
    Dostałam w prezencie od mojej babci 4 pary pięknych, skórzanych czółenek sprzed 40-50 lat, w ogóle nie chodzonych, wyglądają jak nowe, podeszwy niestarte. Cudowny prezent, ponieważ uwielbiam dodatki vintage, oldschoolowe wykończenia i codziennie przemycam je do swojego stylu. Problem polega na tym, że buty są w rozmiarze 37, ja noszę małe 36. Tragedia :). Wkładka i zapiętki nie wystarczyły. Czytałam w internecie, że dobry szewc rozbierze but, przytnie wystającą piętę, dopasuje obcas. Teoretycznie nie jest to niemożliwe, ale… mama mnie dobiła mówiąc, że kilka lat temu też jej zależało na jednych butach i szewc jej to wybił z głowy (może specjalnie, bo to w sumie kupa roboty, a nie proste poprawki) i przedstawił cenę 4000zł.
    Napiszcie, jeśli miałyście jakieś doświadczenie w tym temacie… Jestem w stanie nawet przeznaczyć te trzy stówy za zmniejszenie 1 pary :-(

      1. miłada

        Dzięki, Luiza! :-)
        Gdyby ktoś jeszcze szukał, stacjonarnie Warszawa i Łódź, ale również bez problemu usługi wysyłkowe: Woshwosh. Wygląda to naprawdę nieźle, co dziewczyny robią z butami… Odświeżanie, odsalanie, zmniejszanie, pełen lifting obuwia.

  15. stayhappytoday.blogspot

    Mnie codzienne ubieranie bardzo ulatwily dwie sprawy: po pierwsze stojący wieszak na ubrania, na którym trzymam swoją „kapsulowa szafe” na dany sezon. Tak jak napisałaś, łatwiej wybierać codziennie ubrania, jeśli się je wszystkie widzi. Po drugie, dobrze dobrana bielizna. Mam wyłącznie dwa modele majtek, które pasują do wszystkich dolnych czesci mojej garderoby i w których zawsze czuję się komfortowo. To samo z biustonoszami – podstawa to proste, gładkie modele, które pasują pod wiekszosc bluzek.

  16. Sylwia

    Dopiero zaczynam swoją przygodę ze Slow Fashion, chociaż kupiłam jakiś czas temu obydwie książki, a wiele z zasad, które prezentujesz, stosuję intuicyjnie – jak zasada wygoda przed modą – ubranie, które gryzie, drapie albo jest za ciasne,odpada.
    Gdy zobaczyłam ilustrację do tekstu, myślałam, że napiszesz: zrób własny sweter 😉

  17. Listopada

    Och, slowfashion… Mimo, że nigdy nie osiągnęłam poziomu szafiarskiego to ograniczenie się dało wiele wolności. Jednak dodało spory kłopot: gdzie znaleźć ubranie o kroju i kolorze, które służą mojej urodzie, nie rujnują średniego budżetu i spełniają ideologię wege? Od dwóch miesięcy poszukuję płaszcza niewełnianego w całym anglojęzycznym (i polskodostawczym) internecie. Niby nic, ale jeśli dodać wymóg o zakrywaniu szyi kołnierzem, braku wyróżniających się kieszeni na biodrach i kolorze szarym – to kaplica! Umarł w butach i zmarzł na pogrzebie (bo bez płaszcza). Każdy kolejny miesiąc zwiększa budżet na ten fragment garderoby, więc pewnie za jakiś czas w końcu trafię na coś spełniającego warunki konieczne.
    Śmieszne jest, że tak się sprzyja konsumpcji, produkuje miliony przedmiotów a na alliexpressegro albo ortalion albo parka albo wełna (w kroju „męskim” bez kołnierza lub „szlafrokowym” bez zamka). Wydaje się, że rynek działa niesprawnie, zachowując pozory wolnego wyboru. #problemypierwszegoświata

  18. Karolina

    Ja mam problem z torebką. Wciąż szukam tej idealnej, dość dużej, czarnej, niekoniecznie w typie shopperki, z jedną wielką przegrodą wewnątrz i srebrnymi okuciami.

    Wszędzie tylko złote i złote, a to złoto do niczego mi nie pasuje i drażni.

    1. Kasien

      Torebki Dziki Józef spełniają wszystkie te wymagania. Na urodziny półtora roku temu sprawiłam sobie czarną z granatowym wnętrzem i kocham ją bezgranicznie. Moim wymogiem też były srebrne okucia. Jedyny minus to brak zapięcia. Ja mało jeżdżę komunikacją miejską, więc to nie problem, ale może to przeszkadzać. Polecam :)

    2. maryśka

      Nie wiem, jak Ty, ale ja prócz tych problemów, o których mówisz, zmagam się z brakiem zapięcia u większości torebek, których estetyka mi odpowiada. Podrzucę Ci dwa linki do torebek, które mam na mojej liście życzeń, tylko jeszcze nie mogę zdecydować się, która bardziej odpowiada moim potrzebom – może któraś Ci się spodoba, a może znajdziesz coś w tych sklepach internetowych:
      http://www.skorzana.com/product-pol-853-Torba-skorzana-przez-ramie-unisex-DAN-A-T53-czarna.html
      https://sklep-torebki.pl/damskie/torebki-skorzane/listonoszki/asrednie/wloska-pojemna-skorzana-listonoszka-czarna-1823.html

    3. Anna

      Jeżeli mieszkasz w mieście – polecam przejść się po sklepach :) Tak wpadliśmy w pęta zakupów internetowych, że nie spodziewamy się niczego po tych małych sklepikach przy głównych ulicach, a tam miewają prawdziwe perełki (jak np. torba, którą kupiłam sobie parę miesięcy temu, szoper, skóra, oryginalny kolor (ale ciemny i pasuje do wszystkiego), pięknie odszyta podszewka, zamek… no wszystko jak sobie wymarzyłam. I za 100 zł :)

  19. Marta

    Oj, jak ja nie lubię przekonywania, że jest coś takiego jak uniwersalna gama kolorystyczna. Teoretycznie granatowy, grafit i beżowy to kolory dla wszystkich, ale tak naprawdę tylko niektóre odcienie i tony pasują do danej twarzy. W życiu nie rezygnowałabym np. z zieleni, gdyby były moim kolorem. Dla mnie absolutnie podstawowe jest optymalne dobieranie kolorów do swojego typu urody. Co mi po tym, że ciuchy będą do siebie pasować, jeśli moja twarz będzie wyglądać na chorą? Dlatego kategorycznie pożegnałam się z czarnym kolorem, którego nie umieszczam blisko twarzy poza ekstremalnymi sytuacjami. Nie spoglądam nawet na większość beżów na Ziemi i nigdy nie założę kolczyków z żółtego złota. Wiem, że są osoby, które noszą kolory dla nich samych i może nawet współczułyby mi tej restrykcyjności, ale ja mam satysfakcję, kiedy widzę, jak dobrze wyglądam w jakimś kolorze. Co do butów, doceniłam uniwersalną czerń, ale nie rezygnuję np. z fajnej brązowej skóry. I nie powoduje to, że mam za dużo butów.

    1. miłada

      O! To ciekawe. Ja, ponieważ posiadam sporo swetrów z certyfikatem Woolmark i dwa szaliki z wełny owczej, w tym sezonie zimowym poddałam się i odważyłam wyprać je w pralce. Ustawiłam program płukane/przepłukiwanie 15 minut w zimnej wodzie. Miałam tylko obawy, że zimna woda to też nie dobrze dla wełen (zależy jak zimna… letnia powinna być okej). Na szczęście wszystko wyszło pęknie, swetry nawet nie pomięte! Dodatkowo oczywiście rozcieńczony delikatny szampon lub łyżeczka płynu do wełen. Na szczęście wełna szybko się nie brudzi i wymaga tylko właśnie takiego przepłukania, więc ja polecam.
      Zastanawiałam się nad spróbowaniem tego sposobu z kaszmirowym golfem, ale na razie się wstrzymam. Szczególnie, że mam tylko jeden, ukochany, wykochany i z potem czoła wylicytowany z allegro za 200zł :D

      1. miłada

        Acha i wiecie co…
        Jak kompletowałam swoją garderobę swetrową buszowałam po Allegro w dziale używanych swetrów wpisując: lambswool, lambwool, woolmark i znalazłam tam mnóstwo pięknych egzemplarzy, niektóre z nich leżą złożone w kopertę na mojej półce :-) Mam taką małą wskazówkę, bo może się Wam przydać. Większość sweterków miała świetną jakość bez śladów używania, ale jak to bywa w SH najwięcej jest rozmiarów +M. Dla kogoś, kto nosi góry XS to mały problem (chociaż ja akurat lubię swetrowe oversizy, także męskie S-ki – też możecie przejrzeć męski dział używany Allegro, tam swetry z wełny są jeszcze tańsze niż damskie!). I właśnie zmierzając do sedna – kupiłam wełniany, pudrowo-marsalowy golf damski w rozmiarze małego L. Leżał nawet fajnie, ale był dosyć cienki i chciałam żeby był choć minimalnie mniejszy. Wyprałam go w szamponie w 30 stopniach na 40 minutach. Bardzo delikatnie się sfilcował (a raczej zbił) do rozmiaru dużego S, materiał przez zbicie był grubszy i byłam bardzo zadowolona :-) Dlatego nawet z za dużym rozmiarem wełnianego swetra można sobie poradzić i kupować taki spokojnie :-)
        Zastanawia mnie w ogóle program większości pralek: program wełna na 40 stopni. Przecież pranie w takiej temperaturze to totalne zbiegniecie się wełny, skoro 30 stopni robi swoje… Zastanawiam się, od czego to zależy. Może od rodzaju wełny?

        1. ania

          Od zmian temperatury i tarcia. Najlepiej jak podczas prania jest utrzymywana stała temperatura, a nie np zalewanie gorącego swetra zimną wodą. I najlepiej jak taki sweterek jest co najwyżej delikatnie ugniatany, a nie energicznie miętoszony w towarzystwie mało delikatnych tkanin. I oczywiście masz rację, że od rodzaju wełny też, ale ponieważ nigdy nie wiadomo, lepiej do każdej podchodzić ostrożnie.
          Są też wełny superwash, które są w większości pozbawione łuski włosa, więc mają o wiele mniejszą skłonność do filcowania. To z punktu widzenia włóczki do robótek, nie wiem jak w ‚ubraniowej’ wełnie to wygląda.
          Ja swoją wełnę piorę ręcznie, ale 80% to własnoręczne dziergadła, więc nawet się bałabym odwirować ;)

  20. Małgorzata

    Joasiu czytam sobie wszystkie wpisy bo dopiero kupiłam Twoja książkę. Fantastyczny blog, bardzo cenne są te posty bo oprócz tego, że opisujesz zasady to jeszcze rozwiązania pokazujesz i linki. Co do moich zasad ubraniowych to mam takie swoje i tym kieruję się robiąc zakupy: przy twarzy raczej kolory bazowe mi nie pasują. Jeżeli kupuję coś czarnego, granatowego, szarego to raczej marynarka, sweter rozpinany, kurtka albo doły spódnice lub spodnie. Sukienki wolę w zdecydowanych ciepłych kolorach, kompletnie zimne kolory mi nie pasują przy twarzy. Dobrze wyglądam w ciepłym beżu, chabrowym, ciepłym fiolecie, różu, ciepły bordo, ciepły szmaragd. Mimo tak dużej gamy kolorów ubrań mam bardzo mało i to nie z powodu filozofii hihihi. Mam ogromny problem by je kupić. Problemem jest brak proporcji figury. Typowe jabłko, gruszka czy inne to jest prościej bo można zagrać fasonem. Bardzo trudno jest jednak kupić ubrania gdy się ma bardzo wąskie ramiona, bardzo duży biust, bardzo wąsko zaraz pod biustem, brak wcięcia w talii i wystający brzuszek, bardzo wąskie uda i bardzo szczupłe nogi i bardzo wąska stopę. Dysproporcje powodują, że bluzki są za szerokie w ramionach a za wąskie w biuście. Sukienki w których wchodzę w biuście są za szerokie w ramionach a w udach trzeba je zupełnie przerabiać. Trudno przy takiej figurze dobrać fasony i kupić coś. Co mnie ratuje? Myślę, że kiedyś napiszesz o tym post jak powinna wyglądać baza, ubrania na różne okazje dla osób o takich figurach jak moja które trudno sklasyfikować, niby jabłko ale z kombinacjami. Pomaga mi kupowanie dzianin bo wiadomo tu się nadda tam schowa, tego nie zrobi już materiał a zgubienie centymetrów nawet dla krawcowej jest trudne gdy są takie dysproporcje: w ramionach na tyle mało, że mam często za szeroki rozstaw ramiączek w biustonoszach, w biuście 107cm pod biustem zaraz 75cm, w pasie 88cm w biodrach 96cm i szczupłe nogi. Pomaga mi dobre nastawienie do samej siebie . Aktualnie mam w szafie białą bluzkę, beżową bluzkę, bezowy golf, rozpinany sweter szary z wełną merynos, fajny szary sweter, rozpinany sweter ecru, spódnicę z marnego materiału. Trudno zgadnąć jak kupić spódnicę czy spodnie bo z reguły te części garderoby zakładają węższy pas nim mam i szersze biodra niż mam. Napisz Joasiu o takich odwrotnych figurach jak moja proszę.

    1. Grażyna

      Masz szansę kupić sporo ubrań w Biu Biu. To polska firma, która szyje ubrania w trzech wymiarach w biuście. Czyli rozmiar np. 36 na mały, średni i duży biust. Sama kupuję tam od lat i tylko dzięki temu, przy mojej sylwetce, mam co na siebie włożyć. Przestałam chodzić do sklepów tradycyjnych, bo z zakupów wracałam z niczym. Jak dobre w ramionach, to za małe w biuście albo dobre w biuście, a reszta – worek.
      Tutaj link do rozmiaru 36 BBB. Ten literowy rozmiar oznacza duży biust.
      http://www.biubiu.pl/category/sukienki?horizontal&filter=1

    2. Style Digger Autor wpisu

      Kurczę, chciałabym pomóc, ale obawiam się, że nie potrafię, bo sama mam w miarę typową figurę, a nie pracuję jako stylistka czy personal shopper, więc nie mam doświadczenia. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to dobra krawcowa i szycie na miarę od 0.

      1. Małgorzata

        Tak z pewnością krawcowa to ktoś z kim powinnam się zaprzyjaźnić. Dziś nawet znalazłam sobie jedną w moim mieście, zobaczymy jak to wyjdzie. Tak na próbę zachęcona poszłam dziś do sklepu z używaną odzieżą. Hm dziwne przyniosłam sobie całą torbę ciuchów. O dziwo nawet jedną wiosenną sukienkę z materiału. Zupełnie inne fasony i modele proponują tego typu sklepy. Okazuje się, że to chyba dobry trop dla mnie. Gdy będę chciała coś eleganckiego trzeba szyć jednak widzę, że ciekawe rzeczy można kupić w sklepach z tą odzieżą używaną. Chyba w innych krajach jest większa różnorodność ubrań dla różnych sylwetek.

    3. Karolina

      A oglądałaś filmiki od Radzki? Ona ma taka serię „sylwetki”, gdzie po kolei opisuje co i jak korygować. Zazwyczaj figurami, ale mówi: to na duży biust, to na takie a takie ramiona. Przy dużych biustach podobają mi się dekolty kopertowe, jak założysz coś pod spód to nawet jak się „rozejdzie” to nic się nie odsłoni ;) Jak już dojdziesz do tego jakie fasony będą najlepsze, to faktycznie krawcowa może okazać się najskuteczniejsza (i wcale nie taka droga jakby się mogło wydawać).
      Ja też nie mam łatwej figury – płaska klepsydra. Czyli jak patrzysz na mnie od przodu to proporcje mam modelowe, ale z płaską pupą i małym biuścikiem, co wygląda… jak wygląda ;) Pewne rzeczy już sobie odpuszczam, bo szkoda życia na przejmowanie się nieidealną sylwetką.

  21. Namysłowska 3

    Za każdym razem, gdy czytam kolejny post na TWoim blogu dotyczący organizacji garderoby zastanawiam się, jak ja w ogóle funkcjonowałam w „tamtym” życiu – z setkami ubrań, butów i akcesoriów.

  22. okiemwariata

    Bardzo praktyczne podejście do kwestii zakupów i organizowania szafy. Sama stosuję kilka z tych zasad i muszę przyznać, że sprawdzają się rewelacyjnie. Co ciekawe, ku mojemu zdumieniu, okazało się, że w momencie, gdy zbudowałam sobie bazę, dzięki której swobodnie mogę zestawiać ubrania, straciłam ochotę na jakiekolwiek modowe zakupy. Ja po prostu mam wszystko, czego potrzebuję i szkoda mi czasu na buszowanie po sklepach – jest przecież tyle przyjemniejszych zajęć… :) Świetny post, pozdrawiam ciepło :)

  23. Izabela Łęcka-Wokulska

    Post jest bardzo dobry. Chyba zastosuję ten pomysł z chowaniem nieużywanych ubrań do pudła. Ostatnio zastanawiałam się nad kolorem rajstop na zimę.
    Mój ulubiony kolor to czerwony. I jak mam do niego dobrac szafę?

    1. Karolina

      Ja bardzo lubię połączenie czerwonego z czarnym, ale też łączę z szarym, granatem i głęboka zielenią. Ja się mało przejmuję restrykcyjnym traktowaniem kolorów, byleby tonacja była odpowiednia.

  24. Marta

    U mnie jakąkolwiek dyscyplinę w szafie narusza zwykle… moja teściowa. Kobieta lubuje się w robieniu mi prezentów i jest z gatunku tych osób, które nie przyjmują „nie” jako odpowiedzi ;) Naturalnie tutaj ripostą wszystkich byloby „porozmawiaj z nią o tym” ale nie jest to takie proste. Przede wszystkim nie jest taką osobą do ktorej coś by dotarło. Mój chlopak dostał przykaz, zeby jej mowic ze na święta wolimy dostać pieniądze, a przy moich ostatnich urodzinach poszedl do niej z listą rzeczy ktore bym chciała :P

  25. Zagubiony omułek

    Ja mam problem z dyscypliną tj trzymaniem się tych pewniaków, które sobie wypracowalam. Np wiem, że najczesciej noszę czarne zwykle rurki, ale i tak zamiast się skupić na nich i mieć ich więcej (noszę tylko spodnie więc musi być to kilka par) to nakupuję różnych innych spodni a potem zarzynam te 2 pary czarnych, przez co szybko się niszczą i ciągle mam deficyt (nie jest to kwestia jakości tylko po prostu chodzę tak dziwnie ze przecieram spodnie w kroku więc niszczę je szybciej niż zdążą się zużyć w sensie ogólnym – wyblaknac, wypchac się czy wytrzeć na kolanach itp)

  26. Agata

    Bardzo lubię takie wpisy – nawet jeśli podobne tresci już się wcześniej pojawiały.

    Cieszę się z tego co napisałaś na końcu- że, wcale nie masz mało ubrań tylko mało jak na „dzisiejsze standardy”. Chociaż szczerze mówiąc te „standardy” owocujące szafami pełnymi ubrań dotyczą tylko niewielkiej grupy Polaków, tych którzy fizycznie mają pieniądze na kupno ubrania. Niestety bardzo duża grupa ludzi żyje „od pierwszego do pierwszego” albo wręcz na kredyt. Ciekawie byłoby sprawdzić ile właściwie Polacy mają sztuk ubrań w swoich szafach, i jakiej jakości.

    1. Zagubiony omułek

      Podejrzewam ze problem ten dotyczy również niezamożnych, bo łatwiej jest kupić kilka sztuk taniej odzieży niz jednorazowo wyłożyć kase na coś lepszego. Biedna osoba nie będzie miala 500zl w portfelu na nowe buty, dlatego będzie kupować co kilka miesięcy takie za 50. Dodać do tego przekonanie ze lepiej nie wyrzucac bo ‚przydasie’ i już jest szafa pełna badziewia.

      1. Agata

        A ja myślę o takiej sytuacji kiedy buty za 50 zł nosi się długo, a nie zmienia co kilka miesięcy. Mogę sobie spokojnie wyobrzić sytuację, że mam kilka par butów po 50zł na cały rok i noszę je latami. W lumpeksie można kupić buty do 50zł. Inny przykład – moja babcia, która jak wiele starszych osób ma manię oszczędzania, nosi latem (co sezon) sandały, które ma po mnie „w spadku” – nosiłam je w podstawówce, dobre 10 lat temu.
        Myślę, że jest wiele osób, kóre kupują używane ubrania i noszą je do zdarcia – i tym sposobem mają mało ubrań, mniej niż ja, Asia i pewnie większość czytelniczek tego bloga. I nie chcę żeby to brzmiało jak wyrzut czy żal do kogokolwiek – po prostu punkt odniesienia jest inny kiedy tak o tym pomyślimy.

        1. Ania

          Masz dużo racji, Agata. A ja dodam, że można mieć niewiele ubrań, na dodatek wieloletnich i wcale nie super jakości, buty z targu, a płaszcz kilkunastoletni i być totalnie szczęśliwym :) Jak na przykład moja wspaniała mama.
          I z mojej strony to też żaden zarzut, bo ja lubie czytać tego typu blogi itd, ale warto mieć z tyłu głowy, że to naprawdę są problemy „bardzo pierwszego świata”. Czasem wciągam się też w takie myślenie i generuję samej sobie potrzeby – np. do tej pory nie miałam pojęcia (lub nie myślałam nad tym), że wełna jest taka super, a inne materiały nie. I zaczynam odruchowo – co ciekawe – odczuwać brak takich rzeczy. A przecież… przecież dojeżdżam rowerem do pracy, nawet zimą – bez wełnianych ubrań, w starych polarach, które ściągam po dojeździe do pracy i ani nie zamarzam, ani nic złego mi się nie dzieje i ogólnie jest ok :) Pewnie byłoby mi lepiej/wygodniej w idealnych, miękkich, ciepłych ubraniach, ale mimo wszystko jest to jedynie zachcianką, takie mam wrażenie.
          Pozdrawiam wszystkich, fajnie się czyta tutaj komentarze :)

          1. Marta

            Też sobie o tym ostatnio myślałam, tylko przywołując mojego tatę… Spoko ten cały minimalizm, ale patrzę na to z dystansem, myśląc o ludziach, którzy są autentycznymi, a nie „wypracowanymi” minimalistami z poradnikami w rękach. Prawie niczego sobie nie kupują i nie oczekują medalu za to. I naprawdę niewiele potrzebują do szczęścia.:)

      2. Kama

        Zgadzam się. Obserwowałam moje znajome i koleżanki i często te mniej zamożne miały o wiele więcej ubrań od tych bogatszych, niestety w kiepskiej jakości, półki po prostu uginały się od ubrań, ja też w swoich chudszych czasach tak miałam, ale później nauczyłam się odkładać na lepsze rzeczy.

  27. Pola - Odpoczywalnia

    Ja bym jeszcze dodała – zaufać sobie!
    Ty tez o tym kiedyś pisałaś, ale myślę, że warto o tym wspomnieć i teraz. Fajnie jest czasem odciąć się trochę od blogów, intagrama i najnowszych trendów i zastanowić, co MY naprawdę lubimy.
    Na moim przykładzie – w czasach przedblogowych miałam dość charakterystyczny styl, słyszałam sporo komentarzy pozytywnych, że widać po ubraniu, że ja to ja. A potem przyszła fascynacja slow fashion i dobrą jakością, moje liczne sukienki się zeszmaciły, mnóstwo powyrzucałam (w międzyczasie były jeszcze ciąże, a więc zmieniająca się figura). Niestety jest tak, że porządna jakość często wiązała się z pewnym stylem – dość minimalistycznym, bardzo prostym, często szarym białym i czarnym, i trochę to „zachwiało” moim stylem. I nagle sie zrobiło strasznie nudno i „niemojo”. I teraz wracam trochę „do siebie”. Szukam ubrań w dobrej jakości, ale z klimatem, który mi pasuje. I u mnie np świetnie sprawdzają się kolorowe albo koronkowe rajstopy (bez wzorków – np bordowe, granatowe albo musztardowe. Czarne i szare też są), moje ulubione buty jesienno zimowe są rude i uwielbiam ich połączenie z granatowym płaszczem.

    Jesteś Asiu dość dużym autorytetem a dziedzinie slow fashion i Twoje czytelniczki (łącznie ze mną) muszą się pilnować, żeby nie wziąć Twoich sposobów za bardzo do siebie ;)

  28. Misia

    Ta uwaga z czarnymi butami i rajstopami bardzo mnie dobiła. Zauważyłam, że Polki lubią ubierać się „bezpiecznie”, czerń, szarość. Kompletnie bez polotu. Mieszkałam w Hiszpanii i tam dziewczyny zupełnie nie boją się koloru- wygląda to świetnie. Ale faktycznie trzeba mieć wyczucie to zestawień kolorystycznych.

    1. Anna

      No na pewno nie ma to żadnego związku z tym, że większość Polek to jasnowłose bledziulce które w jaskrawych kolorach wyglądają jakby były chore.

    2. Ania

      z drugiej strony można by powiedzieć, że wśród Szwedek na przykład królują właśnie czerń, szarość i generalnie stonowane kolory, mimo to nie powiedziałabym, że wyglądają ‚bez polotu’. Wszystko zależy od tego, co komu pasuje, myślę, że często strój oddaje temperament danej osoby – ktoś może czuć się źle w czerni, tak jak ktoś może czuć się absolutnie nieswojo w kolorach. Najważniejsze odnaleźć to, co w duszy gra :-) Ja przykładowo paradoksalnie lepiej się czuję w oversizowych górach, mimo drobnej postury, wiem, że może nie robi to dobrze mojej sylwetce, ale wychodzę z założenia, że jeśli czuję się w czymś wygodnie i pewnie, to nie przejmuję się tym, co teoretycznie pasuje (do mojej budowy ciała), a co nie.

  29. eVita

    Ja te metody stosuję, tylko z trzymaniem się jednej kolorystyki nie jest u mnie zbyt łatwo. Jakoś tak mnie gna w te palety różne.
    Joasiu ciekawa jestem, czy masz jakiś klucz do przechowywania ubrań, czy jest jakaś zasada, która tez ułatwia życie, proces doboru garderoby itd.
    Sweterki masz poskładane, czy wiszą w szafie?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Nie mam żadnych specjalnych tricków, ale też nie są mi potrzebne – wieszak to super urządzenie i nie mam potrzeby go ulepszać:) Swetry mam poukładane na półce, bo nie powinno się ich wieszać – mogą się rozciągnąć.

  30. Madame Malonka

    Myślę, że zgodze się ze wszystkim, poza punktem 5, ponieważ ostatnio zauważyłam, że czarny wcale nie jest taki uniwersalny. Wystarczy, że założę jasne dżinsy i różowy sweterek, a czarne buty nijak się mają do tego. Zaś np. ciemniejszy brązowy czy granatowy, wydają mi się „delikatniejsze” w tym zestawieniu. Również pasują do ciemnych rzeczy, a także łatwiej dopasować je do jasnych :) I tak swoją drogą, jak oglądam sobie Twoje zdjęcia na Instagramie, to powiedziałabym, że jednak wyróżniasz się stylem. Więc może wcale tak nie odbiegłaś od swojego pierwsze planu? A dorzuciłaś wygodę i jakość do niego. Może to właśnie one tworzą ten sty l:)

  31. Ola

    Mam wrażenie, że to rady dla osób, które nie lubią mody, nie interesują się strojami, stylem, trendami, chcą mieć w szafie kilka (kilkanaście) „mundurków” odpowiednich na różne okazje, żeby nikt im nie zarzucił, że nieodpowiednio się ubrały i tyle.
    Bardzo praktyczne -jak te porządne sukienki w kolorze tabaczkowym, w które Maryla ubierała Anię z Zielonego Wzgórza… Tylko… trochę smutne… Ania jednak marzyła o tych niepraktycznych bufiastych rękawach! Czemu sobie odmawiać takich radości? :-)

    1. Marta

      A co w tym złego i smutnego? :-) Może niektórzy chcą wyglądać po prostu odpowiednio, bo wolą więcej czasu poświęcać na inne hobby?

    2. ana

      Przecież nikt Wam nie każe rezygnować z tych „bufiastych rękawów”. Można nosić wszystko, trzeba tylko pilnować spójności poszczególnych elementów. Styledigger też nosi dużo kolorowych, wzorzystych sukienek. Trochę wyobraźni girls :)

  32. grhheen

    Mi się właśnie udało kupić organizer do torebki z milionem dedykowanych przegródek (z tchibo). Wcześniej próbowałam ratować się kosmetyczkamj, ale zdawało to egzamin tylko w sposób umiarkowany. Mam nadzieję, że nowy zakup okaże się trafionym rozwiązaniem. Tym bardziej, że jest czarny, więc nie będzie odróżniał się od torebki. :-)

  33. Kaś

    Właśnie dzisiaj wielbiłam swoją czarną torebkę za jej funkcjonalność i fakt, że jest idealnie dobrana do moich potrzeb i preferencji, więc nie muszę z niej rezygnować od jesieni do wiosny. :) Niedługo pewnie przyjdzie mi się zastanowić nad podobnym ideałem na lato, bo zeszłoroczny zakup okazał się totalnym niewypałem i pod względem jakości, i dopasowania do moich potrzeb. Na pewno potrzebuję czegoś jasnego, może skuszę się na koszyk?

    Strasznie się ucieszyłam, kiedy przeczytałam trik z czarnymi rajstopami i butami – właśnie tak robię i wydawało mi się, że jestem jakaś słaba, nudna i w ogóle. :D Tak naprawdę to znacznie ułatwia życie i zmniejsza ilość niepotrzebnego, bardzo rzadko noszonego obuwia w szafie. Na początku wydawało mi się, że to będzie szalenie ograniczające, ale teraz uważam, że raczej mega wygodne, bo kiedyś masę czasu zajmowało mi dobranie butów do reszty stroju a teraz zasada jest banalna: spodnie-płaskie, sukienka-obcas. Więcej sztuk na sezon przejściowy nie mam. ;)

  34. Asia

    Ostatnio przeczytałam książkę Kasi Tusk i rzeczywiście zrozumiałam swoje błędy ubraniowe… zaczynam tworzyć swoją bazę, ale chyba potrwa to wiele lat. Po wypisaniu wszystkich elementów niezbędnych do utworzenia bazy stwierdzam, ze mam tylko 3 elementy! :)

  35. Joanna Monte

    Hej, bardzo podobają mi się twoje rady. Ostatnio mam fioła na punkcie koloru czarnego i wszystkie ciuchy oraz akcesoria kupuję w tym odcieniu. Od tego momentu nie mam problemu z dopasowaniem kolorystycznym moich ubrań.

  36. Karolina

    Cześć!
    Zazwyczaj przeglądając blogi omijam sekcję, w której mogę dodać komentarz (w zasadzie nie wiem dlaczego, bo przecież dla osoby, która zostawia w internecie cząstkę siebie i swoich przemysleń, na pewno ważne jest, że ta cząstka nie idzie w próżnię i staje się podwójnie wartościowa właśnie wtedy, gdy prowadzi do dialogu). Tym razem gdy doszłam do punktu ósmego w sporządzonej przez ciebie liście, od razu poczułam że muszę napisać. Jak sama powiedziałaś, niektórzy nazywają chowanie części ubrań oszustwem, ja natomiast uważam, że jest to genialna metoda na docenienie własnych ubrań ( a przy tym, uchronienie przed kolejnymi, często zbędnymi, zakupami). Nie mam tu na myśli chowania tylko ubrań nieprzydatnych w danym sezonie, ale także tych, które są przeznaczone na obecny sezon, ale np. mamy ich więcej niż faktycznie potrzebujemy. Obecnie przebywam w Norwegii, natomiast moja sytuacja mieszkaniowa nie jest tu na tyle stabilna, żebym mogła przywieźć tu cały mój ubraniowy dobytek. Na początku mi to przeszkadzało, niejednokrotnie chciałam coś ubrać, ale wiedziałam, że akurat tej konkretnej rzeczy nie mam przy sobie. Z czasem jednak przestałam myśleć o tym, czego nie mam i zaczęłam bardziej kreatywnie wykorzystywać to co mam, a kiedy przyjeżdżam do Polski przywożę te rzeczy, które mi się znudziły, a zamiast pędzić do sklepu po nowe, robię przegląd mojej szafy z tym co już przez lata nagromadziłam i równie zadowolona jak po zakupach, wracam do Norwegii z ubraniami, które choć stare, cieszą i inspirują może nawet bardziej niż nowe.

  37. Natalia

    Przecież Twój blog jest wspaniały!
    Idealny, elegancki, dziewczęcy! coś w sam raz dla mnie!
    Właśnie sama usiłuję taki zacząć tworzyć, ponieważ uważam, że brakuje tego typu blogów w Polskim Internecie… naturalnych i z klasą…
    Wszędzie przeważają puste, dziwaczne trendy, a młode dziewczyny zapominają o naturalności… ratujmy kobiety! :D

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *