Slow fashion – wnioski po 3 latach

Zupełnie przypadkiem dotarło do mnie, że niemal dokładnie trzy lata temu opublikowałam u siebie na blogu „manifest slow fashion” – jeden z pierwszych tekstów podsumowujących moje zmęczenie szybką modą, przepełnioną szafą, z której niczego nie da się wybrać i opisujący alternatywne podejście do garderoby. 

Pomyślałam, że ciekawym doświadczeniem będzie powrót do tego tekstu i sprawdzenie, czy coś się w moim myśleniu przez te trzy lata zmieniło.

Jeśli chcecie go sobie odświeżyć, znajdziecie go tutaj.

Co ciekawe, wszystkie ubrania i dodatki, które mam na sobie w tamtym wpisie (minus płaszcz) dalej mam i chętnie noszę – łącznie z dżinsami z Topshopu, które są teraz moją jedyną parą niebieskich dżinsów, więc mam je na sobie dość często.


Sieciówki


To właściwie prowadzi mnie do pierwszego wniosku – nie warto demonizować sieciówek, ale jeśli mamy ochotę w nich kupować, trzeba wybierać mądrze. To nie marka decyduje o jakości czy trwałości ubrania, zdarzają się lepsze i gorsze linie, mniej i bardziej starannie uszyte kolekcje. Dlatego przed każdym zakupem warto rzecz wywrócić na drugą stronę, sprawdzić czy szwy się nie strzępią, nie falują, czy nic się nie pruje. Jeśli sweter czy t-shirt z dzianiny już na wieszaku jest zmechacony, to naprawdę nie warto go kupować.

Są takie sieciówki, do których w ogóle nie zaglądam, jak Zara, ale są i takie, w których zwykle udaje mi się znaleźć coś dla siebie – jak Mango, w którym większość ubrań leży na mnie, jakby była uszyta na wymiar.


Tylko idealne ubrania


Jedźmy dalej. W pierwszym punkcie pisałam „Kupuję tylko te ubrania, które uważam za idealne. Takie, które po przyniesieniu do domu będę z podekscytowniem przymierzać do wszystkiego co mam w szafie, a nie rzucać w kąt z nieoderwaną metką (co wcześniej niestety czasem mi się zdarzało). Nie obniżam standardów tylko dlatego, że nie mogę znaleźć ideału- jeżeli wymarzyłam sobie konkretną kurtkę o określonym kroju, kolorze itp., szukam tak długo, aż znajdę- nie uznaję kompromisów i nie kupuję rzeczy „prawie takich”, jakie chciałam kupić. Prawie to za mało.”

Generalnie dalej się zgadzam, ale zaznaczyłabym tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze, te wszystkie nasze wymagania co do koloru, detali, ceny warto sobie jasno określić i spisać, zanim wybierzemy się na zakupy – będzie nam w ten sposób dużo łatwiej trzymać się planu. To może wydawać się niepotrzebną, dodatkową robotą, ale tak właśnie działa slow fashion – raz trzeba poświęcić czas i dobrze się zorganizować, żeby później długo czerpać korzyści.


Jeśli macie ochotę otrzymać grafiki dotyczące planowania garderoby, m.in. właśnie z sezonową listą zakupów, zapiszcie się do blogowego newslettera, a automatycznie do Was trafią.


Po drugie, warto wziąć jednak poprawkę na sytuację. Jeśli idzie zima, a my nie mamy ani jednej pary ciepłych butów, może sensowniej jest zrezygnować z wyśrubowanych wymagań co do wyglądu i zamiast brązowych butów z niebieskim paskiem kupić po prostu porządne, brązowe buty, które sprawią że nie będziemy marznąć i przeziębiać się na przystankach.


Porządki w szafie


W 2012 roku pisałam: „Pozbywam się wszystkich ubrań, których nie noszę.  (…) Jestem naprawdę bezlitosna- lecą wszystkie rzeczy, które z jakichś powodów zalegają w szafie. Często same w sobie mi się podobają, ale jakoś nie czuję się w nich najlepiej, nie widzę więc sensu w ich przetrzymywaniu. Jedyny wyjątek robię dla rzeczy, które noszę rzadko, bo na przykład nadają się tylko na specjalne okazje, ale wciąż mi się podobają, dobrze się w nich czuję i wiem, że jeszcze nie raz je założę, a także dla tych, które z jakiegoś powodu mają dla mnie szczególną wartość- nawet jeżeli nie chodzę w nich zbyt często, to nie chcę ich wyrzucać, bo pełnią funkcją pamiątek. Są to jednak tylko naprawdę wyjątkowe rzeczy i jest ich bardzo mało.”

Tutaj zrobiłam się jeszcze bardziej radykalna. Pozbyłam się też ubrań, w których nie chodziłam, ale trzymałam je z powodów „sentymentalnych” – jakieś t-shirty z rozmazanymi podpisami kolegów z podstawówki, sukienki, których już nigdy nie włożę. Wyszłam z założenia, że wspomnienia są w głowie, nie w kawałku materiału i zupełnie tego dzisiaj nie żałuję – jak zwykle okazało się, że nie były to aż tak ważne rzeczy, bo chyba nawet nie byłabym w stanie ich wymienić.

Sprzątanie szafy zajęło mi długie miesiące. Gdybym robiła to dzisiaj, zastosowałabym metodę oderwanego plastra – raz a dobrze, z podsumowaniem ile konkretnie sukienek czy bluzek tak właściwie mam, a ile noszę. To może wydawać się trudne, ale kiedy rozbijemy sobie to zadanie na mniejsze kroki (tak jak polecam w mojej książce) i uświadomimy sobie, jakie wymówki nas powstrzymują (też poświęcam temu sporo miejsca w książce), nie powinno być większych problemów.

Na szczęście slow fashion działa jak kula śnieżna – im dalej się posuwamy w procesie oczyszczania, organizowania, odnajdywania stylu, tym większą satysfakcję czujemy i tym bardziej jesteśmy zmotywowani do zmian. Po pierwszych trudnościach będzie więc już tylko lepiej. Pytaniem, które często padało na spotkaniach autorskich, było „czy znasz kogoś, kto wrócił do szybkiej mody”. Z ogromną radością mogę napisać, że nie znam, a jednym z powodów jest zapewne ten samonagradzający mechanizm.


Planowanie garderoby


„Planuję swoją garderobę. Zastanawiam się co jest mi potrzebne, co chciałabym mieć, co powinnam w swojej szafie uzupełnić. Trzymam się z dala od stereotypowych list w stylu „100 rzeczy, które każda kobieta powinna mieć w swojej szafie”, mam swoją własną, subiektywną listę żelaznych elementów. Przed kupieniem czegoś nowego analizuję, czy będzie pasowało do reszty posiadanych już przeze mnie rzeczy i czy do nowej pary butów nie będę przypadkiem musiała dokupić nowego wszystkiego” – nic dodać, nic ująć, zgadzam się w 100%. Myślę, że opiszę na blogu proces planowania mojej jesiennej garderoby – takie praktyczne posty są moim zdaniem najciekawsze i najbardziej inspirujące.


Jakość ubrań


Zwracam większą uwagę na to, jak wykonane są ubrania, które kupuję. Ponieważ za jakością zwykle idzie cena, często kupuję droższe rzeczy niż wcześniej, co nie znaczy że więcej wydaję- po prostu rzadziej robię zakupy (…) Poza tym im więcej wysiłku, a więc także czasu i środków finansowych, kosztuje nas zdobycie nowej rzeczy, tym bardziej ją doceniamy i tym bardziej o nią dbamy.  Chcę mieć w szafie ubrania i dodatki na tyle dla mnie wartościowe (i nie chodzi mi tu wcale jedynie o cenę- o znaczeniu ubrań i ich wartości dodanej pisałam więcej tutaj), że będzie mi się chciało je naprawiać u szewca czy krawcowej. Dobre jakościowo ubrania nie muszą być nowe, żeby wyglądać świetnie. Często ślady używania dodają im tylko charakteru- ma tak wiele moich skórzanych butów i torebek. (…).

I znów się zgadzam. Pamiętam jednak, że wtedy często używałam określenia „kupuj najlepszą jakość, na jaką Cię stać”. Założenie jest oczywiście słuszne, ale…co ono właściwie znaczy, tak w praktyce? Od tamtej pory wypracowałam sobie orientacyjne widełki dla poszczególnych części garderoby, które bez stresu jestem w stanie wydać i czerpać radość z udanego zakupu – napiszę o tym w osobnym poście. Wyjątkiem są tutaj kaszmirowe swetry. Uwielbiam je nosić, ale dobry kaszmir kosztuje w okolicach tysiąca złotych za prosty sweterek. Ponieważ jestem nieogarem i często coś na siebie wylewam, a delikatne włókna łatwo jest zniszczyć, taka kwota byłabym dla mnie źródłem stresu, swetry kupuję więc w second handach. Mam do nich szczęście, trafiają mi się okazy zbierające później mnóstwo pytań i komplementów.

Druga rzecz, to fakt, że nie ma jednoznacznie dobrych i złych materiałów. Żeby kupić ubranie, które będzie dobrze nam służyło, musimy znać swoje potrzeby i mieć podstawową wiedzę o właściwościach tkanin i dzianin. Przykładowo, jeśli kupujemy spódnicę na lato, pracujemy w biurze, i zależy nam na tym, by przez cały dzień nie zrobiły się na niej nieestetyczne zagniecenia, domieszka syntetycznych włókien jest jak najbardziej w porządku. Jeśli jednak najbardziej zależy nam na jej przewiewności, lepiej wybrać naturalną bawełnę czy sztuczną wiskozę. Nawet szlachetny, drogi jedwab trudno jest polecać wszystkim – jeśli nie mamy czasu, żeby dbać o ubrania, prać je ręcznie i odpowiednio suszyć, decydowanie się na tak wymagający materiał nie ma sensu – ubrania będą nam zalegać w szafie.


Znajomość siebie


Idealne dopasowanie.  Muszę w w danej rzeczy naprawdę dobrze czuć. Jeżeli jakiś szczegół (kolor suwaka, szerokość ramion, dziwne wyprofilowanie buta, cokolwiek) przeszkadza mi od początku, to będzie mi przeszkadzał coraz bardziej i w efekcie najprawdopodobniej nie będę danej rzeczy za często nosić. Nauczyłam się podziwiać niektóre ubrania na odległość- nawet jeżeli coś bardzo mi się podoba, ale po założeniu nie czuję, że jest w stu procentach „moje”, wędruje z powrotem na wieszak. Tutaj nasunęła mi się myśl, że żeby skutecznie budować dobrze działającą szafę, trzeba wiedzieć co się lubi, czyli jak to mówią w magazynach o modzie, „odnaleźć swój styl”. Po ponad czterech latach prowadzenia bloga i kilku mniej lub bardziej udanych eksperymentach mogę łatwo wskazać na archiwalnych zdjęciach ciągle przewijające się elementy, które tworzą jakąś w miarę spójną całość. Wiem co mi się podoba, mam swoje ulubione kolory, kroje, marki, ogólny klimat i znacznie mi to ułatwia sprawę.

Zdecydowanie się zgadzam, bardzo zgrabnie pokazuje to post podsumowujący jak zmieniał się mój styl. Jestem nawet trochę dumna, bo naprawdę nie kuszą mnie spektakularne rzeczy, ładne same w sobie, ale zupełnie nie moje, które niepotrzebnie kurzą się potem na półkach. Od bardzo długiego czasu nie zdarzyło mi się kupić czegoś, w czym bym później nie chodziła, chociaż kilka razy trafiłam na rzecz, po której spodziewałam się sensownej jakości, a ona bardzo szybko się rozpadała – miałam tak na przykład z sandałami z GAPa.


Czy ubrania mi się nie znudzą?


„Ubrania przestały mi się nudzić. W związku z tym, że mam w szafie tylko takie rzeczy, które naprawdę mi się podobają, mam ochotę ciągle je nosić. Ba, często nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła włożyć tą czy tamtą rzecz.” 

To faktycznie tak działa – nawet nie wiecie, jaką radość sprawiło mi wyjmowanie z pudła letnich ubrań, kiedy zrobiło się naprawdę ciepło. Ubrania nie tylko mi się nie nudzą, ale też za każdym razem, kiedy coś mi się psuje, jest mi smutno, że muszę szukać zastępstwa. Znów działa tu mechanizm „raz a dobrze” – trzeba włożyć trochę wysiłku w szukanie ubrań, które spełnią nasze wymagania, zarówno jeżeli chodzi o wygląda, jak i o skład i jakość, ale później korzystamy z nich długo i z przyjemnością.


 

Podsumowując, jestem zaskoczona, że właściwie wszystkie założenia pozostały niezmienne. Podejrzewam, że to dlatego, że swój manifest formułowałam po lekturze artykułów osób bardziej doświadczonych w temacie. Moje podejście zdecydowanie stało się dużo bardziej praktyczne, mniej myślę o ideologicznej stronie, a więcej o konkretnych, ułatwiających życie rozwiązaniach.

Co dla Was było najtrudniejsze przy organizowaniu garderoby? Albo jeśli jeszcze nie zaczęłyście – co Was najbardziej przeraża, stopuje? Dajcie znać!

138 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Kasia

    Ja właśnie się zawiesiłam. Pozbyłam się już wszystkiego, co mi nie pasowało, ale wciąż mam problem ze skompletowaniem garderoby. Wciąż nie mogę się zdecydować, w jakim kierunku pójść, żeby całość była spójna i nagle okazuje się, że ukochana malinowa kurtka nie pasuje do ukochanych brązowych spodni : D

    1. Martula

      Mam dokładnie tak samo, ja to nazywam rozdwojenie jaźni. Z jednej strony podobaja mi się, i podobam się sama sobie w dżinsach i koszuli w krate a z drugiej strony czesc mojej szafy to ubrania eleganckie, które noszę do pracy i też je bardzo lubię i wyglądam w nich dobrze. Idąc na zakupy zawsze mysle ze mogłabym sprecyzować swój styl a nie dzielić go na dwa, raz luźno, a raz elegancko. do tego czesto jedne nie pasują do drugich i naprawde ciezko sie ubrać.

      1. Marysia

        Mój styl też się rozpada na dwie części, ale jakoś nie mam z tym problemu. Z jednej strony chcę i powinnam do pracy ubierać się elegancko i kobieco, z drugiej w domu, na wakacjach, wolę stroje swobodniejsze, wygodniejsze, ale nadal kobiece. Gdybym miała używać określeń, byłoby to french chic i italian chic (wg bloga Ubieraj się klasycznie). Przy czym część odzieży będzie wspólna dla obu grup, w zależności od zestawienia (zamiana trampek na obcasy, etc). Nadmienię jeszcze, że nie noszę spodni wcale, więc o tyle jest mi łatwiej.

        1. Yennefer

          Też tak mam ;) Moja szafa podzielona jest na dwie przenikające się części – bardziej elegancką część służbowo-okolicznościową i bardziej sportową, casualową i na luzie część życiowo-domową :) Takie swoiste rozdwojenie jaźni ;) W mojej szafie przeszkadza mi to, że te dwie części nie są do końca dookreślone i spójne. Mam zbyt dużo ubrań i nie mam określonego stylu, czasami ubrania są z zupełnie różnych bajek. Wprowadza to dużo chaosu i nieporządku, czasami nie potrafię sie odnaleźć we własnej szafie. Odnalezienie swojego stylu wydaje mi się wręcz niemożliwe w moim przypadku, lubię różnorodność, brak ograniczeń i wolność wyboru ;) Ale walczę, by chociaż trochę ujednolicić moją garderobę, tak, by znajdowały sie w niej same dobrej jakości, pasujące do siebie elementy i by nie kupować śmieciowych ubrań… Może kiedyś mi się uda ;)

      2. Catalina

        Mam tak samo :) Luźne piątki w biurze dodatkowo powodują, że od poniedziałku do czwartku jestem szpilki plus spódnica, a piątek – niedziela dźinsy plus adidasy :D I w obu wersjach, mimo tego, że tak skrajnych, czuję się w 100% sobą

      3. A.

        Wydaje mi się ze nie ma się co stresować w twoim przypadku, bo akurat ubrania eleganckie i codzienne typu biały tshirt czy jeansy super się łączą z eleganckimi żakietami czy prostymi szpilkami i działa to tylko na korzyść naszej garderoby.

      4. m.

        A co powiecie na roztrojenie jaźni? ;)
        Do pracy mogę chodzić w stylu luźno-biurowym, ale na oficjalnych spotkaniach musi być bardzo elegancko. Dwie koszule i dwie marynarki nie załatwią sprawy bo wielokrotnie spotykam się z tymi samymi ludźmi. W życiu prywatnym często spotykam się ze znajomymi w knajpach i na rockowych koncertach więc tu styl też raczej zupełnie inny. Do tego nie po to robiłam sobie ładne tatuaże żeby je w czasie wolnym ukrywać przed światem ;) co niestety musi mieć miejsce w pracy, więc przerzucanie ubrań z kategorii ‚do pracy” do kategorii „po pracy” nie jest łatwe. Plus ciuchy do uprawiania sportu! Oszaleć można ;)
        W każdym razie połknęłam książkę Joanny w jeden weekend, porobiłam masę list i rozpisek a jutro wielki dzień – zagłębiam się w czeluście szafy i robię bezlitosne czyszczenie. Trzymajcie kciuki! :)

          1. m.

            12 godzin sprzątania (z przerwą na obiad)…
            Moja szafa jest lżejsza o połowę, a ja dwa razy spokojniejsza każdego poranka. Cudowne uczucie :)

          1. m.

            Bardzo ciekawy tekst, dziękuję.
            Pytanie czy taka postawa w Polsce także spotka się ze zrozumieniem? I czy spotka się z nim u mnie w pracy? Chyba niestety nie bardzo :(

            1. zagubiony omułek

              każdej pionierce może być ciężko, z reszta bohaterka artykułu tez spotkała się z dziwnymi reakcjami (a miała podwójnie trudno bo branża wymagała od niej zupełnie czego innego niz uniform, w zwykłej pracy biurowej na pewno jest łatwiej).
              myślę, że sporo ludzi nawet by nie zwróciło uwagi. facet w końcu może miec 2 garnitury i do tego koszule, obojetnie czy różne, czy wszystkie identyczne, i nikt nawet nie pomysli „o, ten już 3 dzień w tym samym”.
              z resztą to nie musi być zaraz jeden uniform, można miec kilka różnych częsci garderoby i mieszac je ze sobą – nawet mając 2-3 koszule i 2 marynarki dodając do tego sukienkę, spódnicę i spodnie (albo wieksza ilosć spodni jesli nie chodzi się w spódnicach) mozna w ciagu tych 5 dni byc ubranym codziennie inaczej. w kolejnym tygodniu robic te same zestawy tylko w inne dni.

    2. Monika

      Też tak mam jak dziewczyny wypowiadające się w tym wątku komentarzy. Muszę wyglądać elegancko w pracy (teraz jest letni dress code, więc na to „elegancko” przymykam oko), a w piątki mogę szaleć w dżinsach (oczywiście ciemnych i klasycznych, bez przetarć i brokatu, ale takich nawet nie lubię).

      Jestem już po lekturze Twojej książki i sprzątaniu szafy, a na etapie określenia, w jakim kierunku stylu chciałabym iść. I widzę tutaj duży problem. Mam problem z różnorodnością ubrań w szafie, dużo rzeczy się nie łączy ze sobą, nie mam eleganckiego mundurku do pracy (chyba muszę wreszcie uwierzyć, że ja po prostu źle wyglądam i źle się czuje w koszulach, więc opcja spódnica + koszula odpada, za to świetnie się czuję w sukienkach), a z kolei na poza pracą nie mam problemu z ubraniami (nie mogę się doczekać piątku i weekendu, żeby nałożyć swoje ulubione casualowe ciuchy!). Widzę, że to nie tylko mój problem. Coraz częściej się zastanawiam, czy ten już w miarę kontrolowany chaos i różnorodność ciuchowa to jednak nie jest mój styl:) Ale do takich wniosków jest za wcześnie. Na razie dalej się określam i bardzo dziękuję za kolejne wpisy w tym kierunku.

    3. Konstancja

      Ostatnio usłyszałam o teście Kibbe – ponoć dosyć kontrowersyjny, ale u mnie akurat się sprawdził, bo okazało się, że ulubione rzeczy z mojej szafy pozornie niepasujące do siebie (luźniejsze cygaretki i megakobiece rozkloszowane sukienki) tak naprawdę definiują styl Theatrical Romantic. Ogólnie test jest dość sporym uproszczeniem, choć przyznam, że ja akurat poczułam się uspokojona, że nie mam rozdwojenia jaźni, tylko w rzeczywistości mój styl i ubrania są całkiem spójne. ;) Także polecam http://www.getthelook.pl/test-na-typ-urody-wedlug-davida-kibbe/ można robić z przymrużeniem oka albo i zupełnie serio. :)

        1. Konstancja

          przejrzyj inne typy, bo czasami z testu wychodzą głupoty – zobacz do którego opisu pasujesz, albo po prostu obejrzyj ubrania kategoryzowane pod typy :)

      1. Avarati

        Dziewczyny mówią dobrze, najlepiej przejrzeć wszystkie wpisy i dopiero oceniać. Z testu wyszło mi soft classic, podczas, gdy jestem romantic.

      2. E.

        OK, już wszystko pozbierałam – wyszło mi Soft Natural, choć tak naprawdę powinnam wyważyć między SN a N – w boho wyglądam jak idiotka, w kiwbijkach jak facet;)

  2. Olga

    Z uporządkowaniem zawartości szafy nie miałam problemu. Bardzo schudłam i większość ubrań zrobiła się dużo za duża, więc nie widziałam potrzeby, by trzymać je dalej. I teraz jest problem. Jest pusto! Powoli zaczynam coś kupować, ale mam z tym problem, bo mam wrażenie, że albo jestem wybredna, albo oferta sklepów jest byle jaka :) A największy problem pojawia się, gdy kupuję np. sukienkę i wiem, że będę potrzebować też coś do zarzucenia na ramiona w chłodniejszy dzień. Dylemat zawsze jest ten sam: kurtka, żakiet, sweter? I dlaczego moja jeansowa kurtka, którą mam od czasów liceum, nie pasuje do wszystkiego? :)

    1. Też Olga

      Osobiście uważam, że dżinsowa kurtka pasuje do zwiewnych sukienek jak najbardziej. Lubię takie połączenia (glany + koronka hmmm… :))). Jeszcze lepsza byłaby kurtka skórzana, ale skóry unikam tam gdzie nie jest absolutnie konieczna (dla mnie buty).

  3. Ewa

    Joasiu, a propos grafik – zapisałam się niedawno na Twój newsletter, nawet na dwa różne adresy, po tym, jak pisałaś o tym, że roześlesz planer zakupowy – i poza pierwszym mailem potwierdzającym na żaden z adresów nie dostałam nic. Ani grafik, ani newslettera:( dodam, że sprawdzam regularnie i spam, i kosz na obu kontach, na wypadek, gdyby coś od Ciebie miało tam trafić…

      1. Marta

        Dziewczyny, wielkie dzięki za zainteresowanie grafikami! Powinny dotrzeć do każdego, kto zapisał się na newsletter – osobiście je wysyłałam i nie było żadnych zwrotów. Może trafiły do skrzynki ze spamem?

        Mam propozycję – spróbujcie jeszcze raz zapisać się na nasz newsletter tutaj: http://styledigger.com/newsletter-style-digger. Jeśli nadal nie dostaniecie grafik, napiszcie mejla, proszę. Pozdrawiam!

    1. Agata

      Ja też bardzo chciałabym dostać ten grafik . Dostałam wiadomość ale nie mogę go pobrać ,bo ‚narusza to warunki korzystania z usług Google ‚. Dziewczyny , czy można to pobrać w jakiś inny sposób ?

  4. Ola | Mikmok blog

    Asia! We wstępie „ybierzmybrać” ;)

    U mnie początkowo problemem była niezadowalająca mnie waga. W 2010 roku stwierdziłam jednak, że stanowczo to musi stać się priorytetem, bo „nie mam co na siebie włożyć, bo ciuchy są okej, tylko ja nie bardzo” jest chyba najgorszym z porannych argumentów. Udało mi się trwale schudnąć ok. 8 kg, więc mogłam zabrać się za zmiany w szafie :)

    Na początek dużo rozdawnictwa, które przychodziło o tyle łatwiej, że nigdy nie miałam super zawalonej szafy – zawsze regularnie pozbywałam się nadmiaru rzeczy – oraz dzięki temu, że właśnie schudłam – spodnie porobiły się o tyle za duże, że po prostu nie nadawały się do noszenia. Jednocześnie zaczęły się pojawiać u Ciebie teksty o własnym stylu, jakości etc., co również dało mi do myślenia. I trafiłam na różne artykuły o analizie kolorystycznej, co popchnęło mnie do ujednolicania szafy również pod względem kolorów.

    Obecnie jestem zadowolona, że udało mi się stworzyć dość spójną wizję samej siebie. Problem mam głównie ze spodniami – długie i szczupłe nogi w tej kwestii są częściej utrudnieniem niż zaletą ;) Poszukuję bezskutecznie białych, grubych dżinsów – miałam taką parę w rozmiarze obecnie dużo na mnie za dużym i idealnie łączyła się z tak wieloma rzeczami, że nie mogę ścierpieć jej braku ;)

  5. Wanessa

    Ja cały czas nad tym pracuję :D Dużo łatwiej ubiera mi się teraz rano, ponieważ mam w swojej szafie dużo mniej ubrań. Staram się szukać rzeczy, które pasują do mnie idealnie, jednak w ciągu ostatniego półrocza zdarzyło mi się kupić dwie bluzki, w których jeszcze nigdzie ani razu nie byłam, ponieważ nie czuję się w nich dobrze xD jednak jestem zadowolona z efektów swojej pracy, ponieważ resztę ubrań noszę z przyjemnością, ponieważ długo się ich naszukałam :D

  6. Avarati

    To chyba mój pierwszy komentarz tutaj, choć już dość dawno czytam Twojego bloga.
    Naprawdę coś innego i rewelacyjnego, zwłaszcza manifest slow fashion. Mimo, że wiele rzeczy było oczywistych i wiadomych, miałam za sobą edukację wyniesioną z domu (mama jest świetną krawcową z dużymi umiejętnościami i wiedzą) oraz literaturę blogów Ubieraj się klasyczne czy Simplicite, to jednak wiele rzeczy jest dla mnie świeżych. Parę miesięcy temu wyrzuciłam prawie połowę szafy, buty i torebki z ekoskóry, które niszczyły mi się po dwóch latach (u mnie skórzane trzymają się o wiele dłużej) i czuję się o wiele lepiej :)
    Kiedyś bałam się, że mam zbyt niekonsekwentny styl, że nie powinny się jednej osobie podobać jedwabne kimono i bojówki, ale teraz widzę w tym siebie :) Ograniczyłam kolory noszone przeze mnie (oprócz podstawowej czerni i bieli chodzę jeszcze w oliwkowych zieleniach, zgaszonych czerwieniach i niebieskim) a także ograniczyłam style do romantycznego, rockowego i militarnego.

  7. Catalina

    Witaj Asiu:) Uwielbiam zaglądać do Ciebie, bo nigdy mnie nie zawodzisz. Twoje teksty są bardzo pomocne. Ja mam najwięcej butów, zawsze je uwielbiałam, niestety nie zawsze wybierałam te dobrej jakości. Postanowiłam to zmienić. Nie, nie stwierdziłam nagle, że już butów nie uwielbiam, po prostu pozbyłam się tych niewygodnych i od jakiegoś czasu kupuję tylko te, które są ładnie wykonane i dobrze dopasowane do mnie. I jak na razie na żadnych się nie zawiodłam, czy to na Adidasach, czy na Melisach, czy na szpilkach z Gino Rosii. Dziękuję za inspiracje do zmian. Pozdrawiam, Catalina

  8. Kasia

    W końcu mam Twoją książkę – w formie ebooka, bo to najszybsza opcja jak się mieszka za granicą. Zaczęłam ją czytać, choć powinnam raczej pisać magisterkę, i strasznie mi się podoba jakie masz lekkie pióro. to niesamowite jak przez te wszystkie lata pisania bloga wypracowałaś swój styl pisania – czy robiłaś jakieś kursy w tym kierunku?

      1. Kasia

        Gratuluję:) Na razie dawkuję sobie przyjemność czytania, bo powinnam raczej skupić się na nauce, ale dzięki temu będę też dłużej się nią cieszyć;)

  9. Martiarti

    Ja z kolei mam problem z rozstawaniem się z rzeczami. Kilka razy zdarzyło mi się wyrzucić coś, co uznałam za zagracające szafę lub nieużyteczne, a za jakiś czas zaczynałam tego szukać, po czym przypominało mi się, że wyrzuciłam i bardzo żałowałam…

    1. Emilia

      Mam bardzo podobnie, w ogóle wydaje mi się, że nie jestem w stanie dopasować się do zaleceń autorki bloga, ponieważ mam zbyt wiele rzeczy, które noszę rzadko, ale jak już noszę, to z przyjemnością. Oczywiście, mogłabym wywalić ciuchy nieidealne i mieć kilka rzeczy, ale wydaje mi się, że nie pasowałoby mi chodzenie ciągle w tych samych ubraniach. Póki co, pozbywam się tych, które naprawdę leżą nieużywane bądź są zniszczone, czy też bardzo kiepskiej jakości. Nie wiem, czy byłabym jednak w stanie zrobić wszystko za jednym zamachem, tak jak zaleca Joanna. Ciągle mam zbyt wiele litości wobec tych rzeczy, które noszę dość rzadko :( I boję się, że stwierdzę, że źle zrobiłam pozbywając się czegoś. Słabe, wiem.

      1. Olga Cecylia

        Ja od 2 lat wynoszę rzeczy nienoszone na rok do piwnicy.
        Tam czekają, aż sobie o nich przypomnę.

        Z worka odłożonego w 2013 wyjęłam 2 rzeczy.
        Z worka z 2014 nie wyjęłam nic.
        Zawartość obu powędrowała do oddania (rzeczy nienadające się do noszenia wyrzucam od razu do śmieci).

        To przecież tylko ciuchy :-) Jasne, czasem sobie przypominam, że kiedyśtam miałam coś, czego nie nosiłam, a teraz by mi się podobało. Jasne, czasem żałuję, że coś wyrzuciłam. Ale żal trwa parę minut. Skoro jakoś żyję przez tyle lat, to znaczy, że czarne spodnie z koronkowymi wstawkami nie są ani nie były esencją mojego stylu. Są ważniejsze rzeczy niż ubrania :-)

          1. czarna_plomba

            A ja oddałam siostrze koszule dżinsową, taką kremową i haftowaną. Dziadek przywiozł ja z Libii dla mojej mamy ponad 30lat temu. Załuję, że oddałam ale z drugiej strony jest w rodzinie a siostrze też ładnie ;)

          2. Martiarti

            Pewnie,że to tylko ciuchy, ale skoro już o nich rozmawiamy, to nie umniejszajmy ich roli ;) Nigdzie nie powiedziałam, że są najważniejsze w życiu ;) Chodzi o to,że nie jestem też za impulsywnym wyrzucaniem. Bardzo fajny sposób proponuje Olga Cecylia, ale nie każdy ma tyle miejsca, żeby odkładać rzeczy do piwnicy ;)

  10. Alkons

    Po 3 latach w rytmie slow przerzucasz się na fast i nie dajesz czytelniczkom szans na przeczytanie postów, chyba że siedzą 24h na dobę przed komputerem i nie mają nic innego do roboty. Odnoszę wrażenie, że blog staje się ścianą reklamową i częstotliwosc postów jest Ci narzucana przez reklamodawców. Trochę to sprzeczne z tym co piszesz w tych manifestach.

    1. Monika

      Hahaha, zabawny komentarz:) Asia, nie ma się co tym przejmować. Mi się podoba, że piszesz tak często. Posty, które mnie nie interesują, pomijam, resztę łapczywie czytam. Pozdrawiam!

    2. kaś

      Whaaaat? przecież właśnie blog Asi pod względem współpracy komercyjnych jest doskonale prowadzony. Jak chcesz zobaczyć, jak wygląda zalew postów reklamowych to zapraszam do Mr.Vintage.

      1. Agnieszka

        Prawie nigdy nigdzie nie komentuję, ale wypowiedź Alkons sprawiła, że aż się zatrzęsłam. Przy czym nie chce mi się już wdawać w polemiki, tłumaczyć, że nikt nie ma obowiązku czytać blogów, itp. , bo ewidentnie i tak nie zostanę zrozumiana. Natomiast chciałam odnośnie tego komentarza napisać do Asi: jestem od Ciebie 10 lat starsza. Ostatnie 2 lata były dla mnie koszmarem- nic mi się nie udawało, straciłam wszystko co osiągnęłam, moje życie prywatne i zawodowe się zawaliło, i tak naprawdę to żyję na zgliszczach. Nie potrafię nawet wyrazić, jak wiele inspiracji, pozytywnej energii, nadziei i radości czerpię z każdego Twojego postu. Nie chodzi tylko o slow fashion, choć dzięki Tobie zmieniłam bardzo wiele w swojej szafie i swoim myśleniu. Chodzi o to, że Twoje pisanie często dodaje mi sił i pozwala nie tracić nadziei, że odzyskam kontrolę nad swoim życiem. Nie znam drugiego równie wartościowego bloga. Jestem w szoku, jak bardzo dojrzałą i wartościową osobą jesteś, i jak wiele od Ciebie czerpię- mimo, że przecież jesteś taką małolatą. ;) Dziękuję Ci Asiu za każdy Twój tekst. Wiedz, że to, że piszesz teraz częściej jest dla mnie powodem niezwykłej radości- a naprawdę niewiele jej jest w moim życiu. Dziękuję.

    3. Gosia

      No właśnie myślę, że zdecydowanej większości stałych i nowszych czytelniczek Joanny, zdecydowanie! częstotliwość postów bardzo pasuje! :) I już nie raz dziewczyny pisały, jak to fajnie, że co rusz można u Joasi poczytać coś wartościowego :)

        1. Joanna

          Piękna riposta! Oto jak powinno się zamykać usta niedouczonym mądralom. Panienka Marysia narzeka na interpunkcję na tym blogu, a sama plecie, pisząc o przysłowiowej lodówce. :)

          1. Gośka

            Bardzo mnie ta maniera denerwuje, niedługo wszystko będzie przysłowiowe, tylko jakoś nikt tych nowych przysłów nie kwapi się wymyślać ;)

    4. Milady

      Ja też mam wrażenie, że idziesz w ilość, nie jakość. Ile można wałkować temat slow fashion, poza tym zaroiło się nic nie wnoszących postów typu „co mnie wkurza”.

  11. Anja

    A co, jesli wyrzucilam mnostwo ubran i zostawilam garstke moich ulubionych, ale nigdzie nie umiem znalezc tych wymarzonych? W czym jednak musze chodzic i kusza mnie te mniej wymarzone ;)

    1. Olga Cecylia

      Kierunek: krawcowa!
      Istnieje też możliwość, że bardzo wyśrubowałaś swoje marzenia – znalezienie „zwykłych czarnych rurek” nie jest zadaniem ponad siły, ale jeśli szukasz „czarnych rurek ze złotymi suwakami, zapinanych na guziki, z suwakiem przy nogawkach, ale nie za długim, z okrągło ciętymi kieszeniami, nieco wyższym stanem, jednak nie zbyt wysokim; uszytych w Polsce z ekologicznej bawełny, za dwucyfrową cenę” – to jesteś raczej skazana na kompromisy zakupowe ;-)

  12. rysiek

    To już trzy lata? Pamiętam ten tekst jak dziś, łącznie z szyldem Weltbild w tle! Od tamtego czasu regularnie oczyszczam swoją szafę ze zbędnych ubrań. Największym sukcesem było pozbycie się rzeczy, które nosiłam „po domu”, do ogródka, do sprzątania, bo żal było wyrzucić, a już mi się nie podobały. Za to największym problemem jest to, że prawie nic już nie kupuję, bo w sklepach nic mi się nie podoba albo uważam, że cena jest za wysoka względem jakości. W efekcie mam już mocno ograniczoną garderobę i ciągłe wrażenie, że czegoś mi w niej brakuje.

  13. Everyday Slow

    Ja z pojęciem slow fashion zetknęłam się po raz pierwszy jakieś 5 lat temu, gdy omawialiśmy ruch slow na studiach. Już wtedy byłam tematem mocno zainteresowana, ale dopiero lektura różnych blogów (w tym oczywiście Twojego:)) skłoniła mnie do zmiany zakupowych przyzwyczajeń – było warto!
    Slow fashion realizuję bardzo podobnie do Ciebie, ale z jednym wyjątkiem: chodzi o radykalne pozbywanie się nienoszonych ubrań. Jeżeli mam coś, co jest perełką, ale na razie nie pasuje do mojej garderoby, to wolę to spakować i zostawić w domu. Mam trochę rzeczy, które w młodości nosiła moja mama, a nawet babcia(!), które teraz doskonale komponują się z moim stylem, i jestem im wdzięczna, że się wszystkiego nie pozbyły:). Nawet niedługo planuję poświęcić tym rzeczom oddzielny cykl na blogu, bo szperanie na strychu wolę sto razy bardziej od chodzenia po sklepach :D
    Ale na zakupach wiadomo – surowa selekcja! ;)

    1. maryśka

      Doskonale Cię rozumiem. Czasem żałuję, że o perełkach ubraniowych mojej mamy czy sióstr słyszę jedynie w opowiadaniach, a nie mam szansy ich zaadoptować, bo już dawno ich nie ma. Dlatego kiedy napotykam jakąś rzecz, którą nadal uwielbiam, ale już nie pasuje do mojego stylu, niekoniecznie ją wyrzucam, bo wiem, że historia lubi się powtarzać i może ktoś kiedyś będzie żałował, że się tego pozbyłam. Można by pomyśleć, że to taka wymówka, ale wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym się z tymi rzeczami rozstała. Niby nie jestem sentymentalna, ale to jedyny aspekt, w którym ta cecha się u mnie objawia.

  14. Agnieszka

    Tak z innej beczki – dlaczego nie przepadasz za Zarą, ze względu na stosunek jakości do ceny? Co sądzisz o MassimoDutti? Byłam tam wczoraj i włąśnie zastanawiałam sie jaka jest Twoja opinia, bo rzeczy są bardzo dobre jakościowo ;)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Nie lubię Zary, bo sprzedają bardzo drogie rzeczy, które są bardzo kiepsko zrobione. Massimo raczej się kreuje na wyższą półkę, niż faktycznie nią jest, ja mam stamtąd jedne spodnie i są w porządku, ale raczej tam nie zaglądam. W tej cenie fajniejsze jest Marc O’Polo.

      1. Gosia

        Ja też nigdy w Zarze nie kupowałam. Tzn zaglądałam, oglądałam i nie kupowałam :) Mam od nich dosłownie kilka rzeczy (w tym naszyjnik i kolczyki), ale w ostatnim czasie podczas wyprzedaży zimowej kupiłam czerwoną marynarkę (była co prawda od garnituru, ale spodni już nie było), oraz kilka dni również z wyprzedaży kupiłam białą bawełnianą koszulę (bardzo nie-klasyczną, bo rozszerzana ku dołowi i faktura w takie niteczki kolorowe – nie potrafię jej opisać) – i obie rzeczy uwielbiam! Marynarkę noszę non stop, aż głupio :) koszula czeka na pracę :) Także czasem i tam można znaleźć dobre jakościowo i niedrogie rzeczy :)

      2. maryśka

        Mam te same odczucia. Nieraz coś zachwycało mnie na wieszaku, a w przebieralni okazywało się, że już się pruje albo jest krzywo zszyte. Najczęściej jednak rzeczy z Zary po prostu nie leżą dobrze. Kiedyś z trzema przyjaciółkami przeprowadziłyśmy mały eksperyment – wzięłyśmy po dwa różne modele (różniące się krojem), każda w swoim rozmiarze, a że figury i wzrost mamy różne, stanowiłyśmy całkiem reprezentatywną próbkę. Okazało się, że na żadnej z nas te rzeczy nie wyglądały do końca dobrze. Zawsze coś gdzieś odstawało albo było za ciasne w innym miejscu etc. Podoba mi się wzornictwo Zary, ale wydanie dwóch stów na prującą się poliestrową sukienkę albo czterech stów na akrylowy sweter jest dla mnie nie do przyjęcia.

        1. aga

          heh, a ja akurat mam zawsze problem z doborem spodni i jak na złość te w zarze leżą najlepiej- ale już nawet nie przymierzam, żeby się nie denerwować, bo wiem, że za miesiąc będą tak powyciągane że będą się nadawały do wyrzucenia.

  15. Kasia

    Na początku nie do końca byłam przekonana do slow fashion. Mam całkiem sporo ubrań i przecież cały czas je noszę. Ale po pewnym czasie zauważyłam, że jednak nie do końca. Mam sporo rzeczy, które naprawdę bardzo mi się podobają, ale nie mam tych podstawowych rzeczy do których by pasowały i tak wiszą w szafie. Mam ochotę je codziennie założyć, ale nie mam do czego. Po powrocie z wakacji planuję radykalną zmianę w swojej szafie i bezlitosne pozbycie się ubrań, których nie noszę i zakup kilka podstawowych elementów jak: białe i czarne koszulki i białą koszulę :)
    Dziękuję!

    1. Style Digger Autor wpisu

      Jeśli masz sporo rzeczy, ale wszystkie nosisz, to nie ma żadnego problemu – niektórzy potrzebują więcej ubrań, inni mniej. Ale jeśli czujesz, że coś Ci przeszkadza i szafa nie działa tak jak powinna to faktycznie warto zadziałać:)

  16. Patrycja

    Ja robię gruntowne porządki mniej więcej co 3-4 miesiące. Wtedy też pozbywam się rzeczy w których nie chodzę, lub są zużyte.
    Zaczęłam też u siebie zauważać frustrację na zakupach – nie wiem czy też tak masz?
    Bardzo mnie denerwuje jak szukam np. bluzki i mam w głowie jej idealny obraz, zwykła prosta koszulka- i nigdzie nie mogę nic znaleźć!
    I nie wiem czy to ja jestem taka wybredna, czy po prostu ludziom nie przeszkadza kupowanie szmatek za spore pieniądze.

    I w ogóle fajnie że piszesz teraz częściej. Zwłaszcza że Twoje teksty są bardzo merytoryczne i inspirujące! :)

    1. elf

      Ja mam tak od dluższego czasu, do wielu sklepów zaglądam tylko na chwile, bo od progu wiedze zr to nie to-same szmaty!A w środku tłum! Poliester i plastik, w dodatku na odległość czuć chemią (Reserved na przykład). Zdarza mi się kupowac od polskicj projektantów, choć ceny zwykle sa jak dla mnie za wysokie, ale mam kilka fajnych ubran np Borko. Ale fakt jest faktem, czesto trudno znależc coś co akurat czlowiek by chciał/potrzebował. W tej chwili szukam sukienki na wesele, najlepiej długiej, czerwonej i z jedwabiu. I co? I nie ma, a jak cos wypatrzę rzeczonych polskich „dizajnerów” to cena zwala z nog. Moze w koncu kupie material i pójdę do krawcowej:)

    2. Jolka

      W stu procentach podpisuję się pod tym co napisałać.
      Ja na przykład mam ogromny kłopot ze znalezieniem butów!!!
      Lubię obcasy, mogę w nich chodzić cały dzień, ale pod warunkiem że mają 6-7cm a nie 12!
      I trochę więcej miejsca w palcach, żeby stopy nie były sciśnięte i nie puchły.

      A w sklepach co? Albo niebotyczne szpilki w czub, w dodatku lakierki. Albo baleriny i trampki.
      Żadnych pośrednich opcji.

  17. Pola - Odpoczywalnia

    Ja jestem ciągle w drodze. I trochę w rozdarciu muszę przyznać, między tym, co bym chciała, a tym co mi się sprawdza w domu z dwójka dzieci. Już nawet nie chodzi o jakieś różnice stlistyczne (że chcę chodzić w szpilkach i spódnicach ołówkowych, a chodzę w dresach), ale czasem szkoda mi moich porządnych koszulek na piaskownicę i brudne łapki;)

    W każdym razie Asiu, Twoje wpisy sa niesamowicie inspirujące i bardzo mi pomogły! Strasznie jestem ciekawa książki (czeka na mnie w Polsce:) )

  18. Olga Cecylia

    Jedyne, czego mi teraz brakuje do posiadania idealnej szafy, to narzędzia do kopiowania ubrań.
    Bo kiedy Coś Idealnego kończy swój żywot, to zazwyczaj znalezienie zamiennika zajmuje długie miesiące.
    A przecież nie będę kupować wszystkiego po dwie sztuki, bo szkoda kasy i miejsca w szafie :-)

      1. Pat

        Dołączam do grona:) secondhandowce są nie do odzysku, niestety:( ale sieciowkowych zastepnikow szukam na allegro ze sporymi osiągnięciami – trzeba tylko cierpliwości i systematyczmosci.

        1. AGA

          Niesamowite, sprawdziłam ten patent na szukanie sieciówkowych ubrań na allegro i zadział przy pierwszej próbie. Jestem pod wrażeniem, nie wpadłam na to nigdy.

  19. Sylwia

    Od kilku już lat wywalam z szafy wszystko czego nie założyłam ani razu w danym sezonie.
    Wiem też dokładnie jaki mam styl (zgodny z moim zawodem, charakterem, poczuciem wygody) i w jakich kolorach jest mi najlepiej. I trzymam się tego. Nikt nie znajdzie w mojej szafie pomarańczy, trawiastej zieleni, żółci, czy też miniówek, legginsów, wysokich szpilek, balerinek…
    A motywatorem jest mała szafa, czyli dokładna odwrotność lansowanej ogromnej garderoby z półką na buty aż po sufit.
    Od pewnego jednak czasu, zaczęłam większą wagę przywiązywać do materiałów. I wyszło mi to na zdrowie, bo ostatecznie rozwiązało kwestię kompulsywnych zakupów.
    Nie chcę już czuć, że się topię pod ubraniem, jakbym była owinięta folią, a moje stopy akceptują jedynie skórę zdecydowanie nie ekologiczną.
    Asiu, fajnie że piszesz o tym wszystkim i proponujesz jak pewne kwestie rozwiązywać. Ja jednak wychodzę z założenia, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. Może zacząć samemu zarabiać i liczyć się z każdym groszem, może znaleźć inne rozrywki niż chodzenie po galeriach, albo po prostu zmądrzeć emocjonalnie.
    Życzę wszystkim aby po chwilach beztroskiego szaleństwa, tysięcy kolorów i biegania za trendami- które na pewnym etapie też jest potrzebne, odnaleźli równowagę wewnętrzną i we wnętrzu swojej szafy :)

    1. Ewa

      O, właśnie. Ja po 20 latach eksperymentów, zachwytów różnymi stylistykami, i zachłystem tym, że do pracy muszę formalnie, bo przecież jestem poważnym człowiekiem (bo u mnie to było autouwiedzenie własną kompetencją i dorosłością, a nie autentyczna konieczność), dochodzę do wniosku, że najlepiej mi w tym samym zestawie, co w liceum. Dżinsy i koszula. Tylko koszula na miarę;) Oddawanie rzeczy też już nie boli.

      1. A.

        Jak najbardziej tak! Wiadomo stosownie do okoliczności (nie wszędzie można w trampkach i jeansach), ale jednocześnie odzwierciedlając całkowicie własny styl i stawiając na wygodę. Na dłuższą metę korzystamy na tym psychicznie i fizycznie :)

  20. beniova

    W mniej więcej podobnym czasie co Ty zaczęłam interesować się ruchem slow (ogólnie pojętym), ale muszę z przykrością stwierdzić, że nie poczyniłam tak dużych postępów. Kupuję dużo mniej i sprawdzam metki, ale nadal zdarzy mi się kupić coś, co jest tańsze, a wpisuje się w moją listę rzeczy, które muszę mieć (np. w momencie, gdy okazuje się, że nie mam sandałów, a nie mam dobrego budżetu). Myślę, że najważniejsza jest zmiana w głowie – i ta się u mnie dokonuje, w dużej mierze dzięki Tobie – a potem jest łatwiej. Na moim etapie łatwiej się pozbywać, choć jeszcze trudno nauczyć się nabywać rzeczy lepszych jakościowo. Ale mam nadzieję, że to przyjdzie:)
    Trzymam kciuki za Twój dalszy rozwój w tej dziedzinie:) Przy okazji, nie wiem, czy nie przegapiłam tego, ale jakiś czas temu wspominałaś, że zabierasz się za polecaną „Historię Lisey”. Jako że byłam jedną z polecających jestem ciekawa jak Ci przypadła do gustu:)

  21. Kasia

    Asiu, mam problem!
    Nie mogę się zapisać do Twojego newslettera, robię już drugie podejście. A wyskakuje mi ciągle ten sam komunikat: „Coś poszło nie tak, prosimy spróbować ponownie”. Próbuję i nic z tego :(

  22. Karolina

    Uwielbiam Twoją książkę :) i opowiadam o niej niemal każdej znajomej :) kilka dni temu zaczęłam porządki w szafie, ale niestety utknęłam. mam ogromny stos rzeczy i nie wiem co z nimi zrobić, trochę szkoda mi pozbyć się ich o tak bo jednak sporo kosztowały, ale wiem jedno, do mojej szafy już nie wrócą :)

    1. A.

      Dobrym pomysłem na wytłumienie tego dysonansu są aukcje internetowe. Możesz wystawić nienoszone ubrania i cieszyć się odzyskaną gotówką chociaż w jej części, a także mieć satysfakcję, że ktoś się cieszy z twoich ubrań bardziej niż Ty :)

    2. Ewa

      A ja oddałam (mówimy o sporej ilości ciuchów) do sklepu charytatywnego Sue Ryder. Trzy walizki fajniejszych rzeczy poszły tam, jedna do ośrodka pomocy bezdomnym, jedna do osiedlowego pojemnika. Wiem, że to może być dla niektórych forma pozbycia się ubrań mało do przyjęcia, ale poza tym, że szczęśliwie od lat normalnie zarabiam, wizja trzymania pięciu worów ciuchów o babciowym kroju (tak się kiedyś ubierałam) niewiadomo gdzie w małym mieszkaniu i czekanie na św.nigdy mnie przerosła. Do pownicy nie chodzę – choć w teorii pomysł wynoszenia ciuchów do czyścca bardzo mi się podoba, u mnie by nie zadziałał. Na ‚ciuchy’ po prostu nie mam czasu, plus patrz fasony. Oddanie lepszych rzeczy (niezniszczonych, czystych i pachnących) + biżuterii + cd + nielubianych torebek do sklepu charytatywnego, i oddanie czyściutkich sportowo-wygodnych rzeczy (takich, które pożyły, ale nie urągają odbiorcy stopniem zużycia) bezdomnym u mnie zadziałało. Ja albo już się czymś nacieszyłam, albo nie mam z tym żadnego emocjonalnego związku, czyli – może odejść. A ulubioną srebrną biżuterię chcę przerobić na nowe rzeczy u znajomego projektanta.

      1. A.

        Ja na szczęście też nie mam związku emocjonalnego z nienoszonymi ubraniami. Oddaję do kontenerów albo kiedy pojawia się informacja w bloku, że będą zbierać ubrania zaraz po tym jak koleżanki wezmą, co im się podoba. To mnie ogromnie cieszy – widząc, że ktoś jest zachwycony czymś co mi już nie odpowiada albo tak na prawdę w ogóle nie odpowiadało.

  23. Joanna d'Arc

    Dziewczyno, robisz świetną robotę! Gratuluję! Jestem tu pierwszy raz skuszona reklamą Twojej książki na vumag.pl („Zakupoholik na detoksie”). Przeczytałam jej fragment na znak.pl i stwierdzam, że muszę ją mieć: świetny styl, lekkie pióro, konkrety…Jestem dojrzałą, młodą duchem (i wyglądem chyba też ;) kobietą, całkowicie zafiksowaną na punkcie mody. Dotąd nie śledziłam żadnego modowego bloga (chyba z racji wieku i wypracowanego stylu), choć codziennie przeglądam zagraniczne portale typu net-a-porter, vogue, sartorialist… ale widzę, że będę musiała zacząć ;)
    Jako entuzjastka ruchu SLOW w ogóle (gorąco polecam książki Dominique Loreau i Carla Honore o sztuce umiaru i powolności – rewelacja!) staram się stosować jego przykazania również w garderobie, choć jest to niewymownie trudne…Z tym większą przyjemnością sięgnę po Twoją pozycję. Pozdrawiam :)

  24. Ewa

    Na swoje szczęście lub nieszczęście kupiłam i przeczytałam Twoją książkę będąc w 8 miesiącu ciąży. I kurczę, chciałabym zacząć porządku od razu, ale w obecnym momencie i tak niewielka część mojej szafy na mnie pasuje. Ale jest jeden problem, z którym chciałabym sobie poradzić – odkładanie rzeczy na później, „oszczędzanie” ulubionych rzeczy… Rozwiązaniem jest oczywiście posiadanie w szafie samych ulubionych rzeczy. Mam nadzieję że po unormowaniu się mojego stanu wciąż będę mieć siły i chęci na powalczenie ze słabościami swoimi i swojej szafy :)

    1. Mari

      Ewa, no to widzisz. Jesteśmy w bardzo podobnym stanie :).
      Ja posiadaniem tego, co potrzebne (bo tak to można w pragmatycznym skrócie określić) zajmuję się od dawna. Ale ciąża nauczyła mnie dyscypliny, trochę oswaja z noszeniem tzw. uniformów czy urozmaicaniem tych kilku ubrań na krzyż, które do mnie pasują. Nauczyłam się też nie kupować coś, co mi się podoba – bo kto wie, jak będę wyglądać zupełnie niedługo? A ten detoks sprawił, że wiem, czego potrzebuję i z przyjemnością przejrzę moje ubrania, które wyniosłam do piwnicy. Co więcej, kupiłam maszynę do szycia, żeby poszyć coś dla malucha, a tym samym mam więcej możliwości przeróbkowych, jeśli chodzi o ubrania dla mnie. Już nie mogę się doczekać!

  25. Saint Lilith

    Czytałam Twojego bloga od początku, ale na ładnych parę lat prawie zniknęłam z blogowej części internetu, więc sporo mnie ominęło. Wróciłam chyba z tydzień temu, czytam, czytam, czytam i okazuje się, że wprowadziłam slow w szafie, nie wiedząc, że istnieje. Co mnie do tego skłoniło? Pustki na koncie i stosy ubrań w domu. Dosłownie stosy, o wielu tych rzeczach nawet nie pamiętałam. Większość już udało się odsprzedać, zostały jeszcze trzy szafy czekające na obfotografowanie. Co zostało? Ciuchy szyte na miarę i… kupione jeszcze w czasach szkolnych. Nawet odkopałam kilka koszulek z podstawówki! I jedna, którą mam na sobie na zdjęciach z wczesnego dzieciństwa, wtedy sięgała mi do kolan ;) Ach, taką bawełnę kiedyś robili…

  26. Gośka

    Proszę Was o radę! Chcę kupię książkę Asi siostrze, bo ma zdecydowanie problem z wyrzucaniem pieniędzy na szmaty z poliestru, tanią „biżuterię” niskiej jakości, 15 buty w lekko innym odcieniu różu itd. Ale czy to nie jest nachalne, jak np. wciskanie książek o weganizmie mięsożercom albo o macierzyństwie bezdzietnym z wyboru? ;)

    1. Monika

      Moim zdaniem nie, ja pożyczam książkę na lewo i prawo. Z drugiej strony jak ktoś nie chce się zmienić to książka nie pomoże:)

      1. Ag.

        Na siłę się nikogo nie uszczęśliwi, dokładnie :) Ale książka nie jest nachalna w swojej formie, więc nie widzę problemu :)

        1. Gośka

          Zanim zdążyłam sprawdzić, czy ktokolwiek mi odpisał, znalazłam się przypadkiem w empiku, przypadkiem wpadła mi w oko „Slow Fashion”, no i kupiłam z przeznaczeniem dla siostry :) Dzięki dziewczyny, mam nadzieję, że ją chociaż przeczyta w całości ;)

  27. levandra

    Joanno,
    Próbuje zapisać się do Twojego newslettera, ale non stop wysypuje mi się działanie przycisku wyślij.

  28. Simona

    Po lekturze bez skrupułów pozbyłam się połowy rzeczy z szafy i czuję się fantastycznie :) jednak dopadły mnie ostatnio trochę wyrzuty sumienia… Zawsze patrzę na jakość i skład materiałów, ale ostatnio w Mango znalazłam absolutnie idealną sukienkę, tyle, że z poliestru. Długo walczyłam ze sobą, ale kupiłam i teraz z chęcią ją noszę przynajmniej raz w tygodniu. Tylko zastanawiam się, czy takie odpuszczanie, w tym wypadku pod względem jakości (materiału, uszyta jest świetnie) nie wprowadzi mnie ponownie w błędne koło… Asiu, jak myślisz? Pozdrawiam serdecznie :)

    1. A.

      W prawdzie Asią nie jestem, ale kojarzę, że nie raz wspominała, że jej również zdarza się coś co jej się ogromnie spodoba a nie koniecznie spełnia wszystkie wymagania i nie jest to nic szkodliwego. Nie można się przecież tak frustrować i doprowadzić do tego, że w kółko myślimy o tym, że chcemy coś kupić, jest super, no ale nie kupimy. Takie stresy chyba źle wpływają na ideę slow :) jeśli się mylę, poprawcie mnie :)

      1. Dominika

        Ja zrobiłam dokładnie to samo, i uważam, że nie ma w tym nic złego. W moim wypadku sukienka jest z założenia do noszenia w chłodną porę roku, więc uznałam, że nie przepuszczanie powietrza nie będzie wielką wadą :) A poza składem jest w 100% ideałem, cenę też miała idealną (na wyprzedaży :) )

  29. padusia

    Dla mnie największym problemem jest konieczność jeszcze dłuższych zakupów (ciuch zawsze mierzę). Fakt, że z radością nosi się później taki wyszperany, dobry jakościowo, idealny na mnie ciuch, kasy w rezultacie wydaje się mniej, ale czasem się poddaję i po prostu nie wybrzydzam. Zwłaszcza wtedy, gdy wiem, że nie mam czasu na to by przelecieć kolejnych kilkanaście sklepów w poszukiwaniu idealnej rzeczy. Zakupy zdecydowanie mnie irytują. Najlepsze, moje ulubione ciuchy kupuję zazwyczaj przez przypadek :)

  30. pstra matrona

    Co do nie nudzenia się ubrań to już doszłam do tego, że jak coś mi się niszczy to staram się gdziekolwiek znaleźć takie samo, co czasem bywa bardzo trudne, ale ostatnio udało mi się znaleźć spodenki, które kupiłam 8 lat temu i chodzę w nich cały czas (pewnie co najmniej dwa razy w tygodniu poza upalnym latem) i są już lekko zużyte jednak. Najbardziej chciałabym żeby w sklepach nie zmieniały się kolekcje tylko ciągle było to samo jak w spożywczym :)

  31. Jolka

    Po przeczytaniu książki zrobiłam porządki w szafie. Wyrzuciłam kilka wielkich worków ubrań.
    Zostawiłam uwaga: 30 sztuk ubrań na sezon letni. Z czego trzy bluzki „mięczaka” też chyba pójdą won :-)
    Moja szafa świeci pustkami.
    Po tygodniu stwierdzam, że jestem zmuszona codziennie wyglądać dobrze. Zostały mi tylko najlepsze ubrania więc muszę je zakładać bo innych nie mam :-)

    Niestety w rozdział o budowaniu stylu – dla mnie trochę za skomplikowany. Nie czuję się na siłach żeby tak do tego podejść. Potrzebuję jakiegoś bardziej „skróconego” podejścia, takiego dla mniej artystycznych, a bardziej ścisłych umysłów.

    Pozdrawiam i dziękuję.

  32. Ika

    Jestem świeżo po lekturze Twojej książki. Bardzo dziękuję za przekazanie idei slow fashion w tak ciekawy i przystępny sposób. Większość wskazówek już wcielam życie. Niestety już napotykam na trudności, największą jest to, że nie wiem, gdzie można kupić ubrania dobrej jakości w zalewie sieciówek. Przekonałam mojego męża też do nowego podejścia do zakupów, tu są jeszcze większe schody, bo gdzie ubrać mężczyznę, gdzie można znaleźć dobre jakościowo koszule i męskie spodnie „nie-rurki”? Asiu, pomocy. :) Może czytelniczy pomogą? :)

    1. Alicja

      Oo, mnie też pomysł z szukaniem inspiracji i mapą stylu nie pasował w 100 %. Zdecydowałam, że po prostu spróbuję określić swoje ulubione kroje, kolory, detale itp. na podstawie tego co mam w szafie i swoich doświadczeń. Dodatkowo też wzięłam pod uwagę rzeczy, które widzę u innych i mi się podobają, odnosząc się do nich dość analitycznie i próbując określić co mi się w nich podoba, czy i do mnie by pasowały i jak bym się w nich czuła. W ten sposób określiłam mniej więcej swój styl :)

  33. Paula

    Aaah Gap, pracuję w jednym w UK i ceny są kosmicznie zawyżone w stosunku do jakości. Większość ubrań to zwykłe szmatki, a dodatki rozpadają się już w sklepie. W sklepach w UK jest tak, że robią wyprzedaż co jakieś 2-3 tyg, oczywiście pracownicy muszą nosić ich ciuchy i non stop dokupować nowe, bo jak kolekcje się wyprzedają, to już nosić nie wolno. Jakość jest tragiczna, jedynie spodnie jeansowe dają radę, to mogę polecić.
    btw. znalazłam ostatnio w charity shopie swój pierwszy kaszmirowy sweterek, za 5 funtów, ale nie potrafię rozpoznać, czy jest podróbą czy nie. Metki i jakieś tam oznaczenia ma, ale kiedy wrzuciłam w google jego markę, okazało się, że już nie istnieje i praktycznie nie ma o nich informacji. Czy masz jakiś pomysł, jak mogę sprawdzić jego oryginalność?

    1. Marysia

      Ale masz problem… Czytam te komentarze, czytam i okazuje się, że we wszystkim musicie się radzić Aśki, używajcie swoich mózgów, po to je macie…

      1. czarna_plomba

        Użyj mózgu, by nauczyć się odrobiny kultury i rozumienia tekstu mimo literówek, bo chyba masz z tym problem. A jeszcze milej byłoby gdybyś go użyła celem opuszczenia tego bloga.

      2. Paula

        Ojej, Marysia, zapytałam przecież tylko o sweter, Asia wcale nie musi odpowiadać. Zastanów się kilka razy, zanim wrzucisz uszczypliwy komentarz, po mnie to spływa, ale kogoś może zaboleć.

  34. Kosmeonautka

    U mnie najtrudniejsze okazało się… skompletowanie zastępstwa dla trzech dużych worków oddanych ubrań.

    Idealnie byłoby połączyć zakup Twojej książki z choćby malutką wygraną na loterii, bo jak często widzę w komentarzach pod Twoimi postami – ogromnej większości z nas porządku uświadomiły palące braki w „bazie”. Mnie również to dotknęło, ale na szczęście na urodziny dostałam zapomogę, która zbiegła się w czasie z pierwszymi wyprzedażami w Muji. W taki sposób doszłam do tego, że mam właściwie wszystko, czego potrzebowałam najpilniej oraz około połowę tego, co będzie mi potrzebne sezonowo… I już teraz wypatruję mojego od dawna wymarzonego zakupu na jesień: szmizjerki z długim rękawem, najlepiej w kolorze taupe lub brązie.

    Dziewczyny, jakieś pomysły? :D

  35. Marysia

    Dziewczyno, pisz uważniej! W każdym tekście masa literówek! Z interpunkcją też nie najlepiej u Ciebie. Poza tym trochę już przynudzasz, ciągle wałkujesz te same tematy.

  36. Toastdropper

    Ja przez wyjazdu nie miałam czasu zabrać się za rewolucje w mojej szafie, ale obiecuję, że jak tylko na powrót znajdę się w Warszawie na dłuższy okres, będzie to priorytet na mojej liście! Teraz zabieram się za planowanie letniej garderoby i uzupełnianie jej na wyprzedazach :) .

  37. Eliza

    Z jednej strony rozumiem tę chęć pozbycia się wszystkiego w czym się nie chodzi ale z drugiej… moda ciągle powraca. Nie raz żałowałam, że wyrzuciłam spodnie dzwony czy torebkę z frędzlami. Bardzo też żałuję że moja mama czy babcia nie ‚zbierały’ ubrań czy biżuterii. Pewnie są takie rzeczy, których akurat nie mamy ochoty oglądać, ale uważam że czasem warto zastanowić się dwa razy zanim coś wyrzucimy, choć wydaje się to wbrew Twojej zasadzie o pozbywaniu się wszystkiego w czym nie chodzimy.

  38. Alexandra

    Super, że odświeżyłaś temat. Nie mogę się doczekać wpisu o planowaniu jesiennej szafy! Książkę już kończę, a w głowie wciąż mi brzęczą twoje słowa ze spotkania autorskiego. Kiedy wrócę do domu ze zgrupowania robię przegląd szafy. :)

  39. blondynizm

    Długo nie mogłam znaleźć swojego stylu aż pewnego dnia zrozumiałam, że kocham sukienki. I że to nie jest tylko ciuch na ładne, słoneczne, letnie dni. Odpowiednią sukienkę można dobrać do każdej pogody. I tak, można je nosić codziennie! Bo niby czemu nie? :D Ostatnio potrzebowałam kupić spodnie (moje jedyne dżinsy, które nadawały się do pracy; tzn. bez dziur i przetarć; poplamiły się na amen) i cierpiałam w poszukiwaniu 3 miesiące! Nienawidzę kupować spodni!
    Mój styl to dziewczęce, wzorzyste (w kwiaty, owoce, lub gładkie w wesołych kolorach) sukienki i spódnice (do spódnic basic tshirty ale najczęściej moje ukochane body!!!). Zimą dokładam do tego workowate tuniki to legginsów (uwielbiam to że są teraz takie modne!).
    Na dnie szafy leży wór z ciuchami, których nie nosiłam już parę lat. Ten post mi o nich przypomniał, czas porozdawać, dzięki! :D

  40. Milady

    Ja po wielu latach staram się wyszukiwać najlepsze okazje. Ostatnio odkryłam np. fajną modową porównywarkę cen modea.pl i już sporo fajnych rzeczy tak znalazłam w rozsądnej cenie :)

  41. Kamila

    Joanno,

    Zakupiłam Twoją książkę i przeczytałam ją w dwa dni. Zgadzam się z osobami, które twierdzą, że książka ta jest przydatna. Po jej skończeniu doszłam do wniosku, że bardzo wiele mamy wspólnego w podejściu do mody. Jestem osobą oszczędną, co wyniosłam z domu. Moi rodzice żyją w sposób minimalistyczny i rozsądny, czego mnie nauczyli i jestem im za to bardzo wdzięczna. Muszę co prawda swoją szafę lekko usprawnić i przestać ociągać się z wydawaniem większych kwot raz na jakiś czas na rzecz, która posłuży mi długo, zamiast szukać tańszego zamiennika z chęcią zachowania poziomu jakości tej droższej rzeczy. Mam jednak dwa zastrzeżenia co do dwóch fragmentów Twojej książki.
    – Napisałaś, że nigdy w podróż nie zabierasz np. parasola, bo jeśli będzie Ci potrzebny, zawsze możesz kupić go na miejscu. Hmm, ja natomiast wzięłabym ze sobą parasol składany chociażby, aby nie wydawać niepotrzrebnie pieniędzy na coś, co już mam, ale zostawiłam w domu.
    – Napisałaś również, że rozważając poprawki krawieckie trzeba przyjąć, że jeśli naprawa/poprawka będzie droga to lepiej zrezygnować i kupić np. nowy płaszcz niż wszywać w niego podszewkę, czy przerabiać go. Z mojego punktu widzenia to nie wpisuje się w ideę slow fashion – bardziej ekologiczne będzie powstrzymanie się od zkuu kolejnego ubrania i wprowadzenie zmian w tym, który się ma, nawet jeśli koszt jest reltywnie wysoki. Umówmy się – nigdy koszt nowego, dobrej jakości płaszcza nie będzie współmierny do kosztów krawieckich ingerencji.

    To tylko mój punkt widzenia, jako osoby o minimalistycznym podejściu do życia. Chciałam się podzielić swoimi spostrzeżeniami.

    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę kolejnych sukcesów!

    Twoja czytelniczka Kamila

  42. Kasia

    Ja chciałbym zacząc od pozbywania się. Poza wysegregowaniem rzeczy do pozbycia się zastanawiam się co to pozbycie się u Was konkretnie oznaczało: tzn. czy wyrzuciłyście po prostu wszystko na śmietnik? czy oddałyście rzeczy znajomym? czy wystawiłyście rzeczy do sprzedaży na Allegro na przykład (oczywiście za jakieś symboliczne kwoty)? czy gdzieś indziej? czy oddawać do komisu?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *