Jak było w Gwatemali?

Siedzę pod palmą na leżaku (niebieskim), nogi opieram na drugim leżaku (różowym). Przed sobą mam morze w tym odcieniu błękitu, który dotychczas widywałam tylko w wynikach wyszukiwania grafiki Google. Pod drzewem przed chwilą śmignęła iguana. Caye Caulker to raj.

Dziś rano pożegnaliśmy w porcie znajomych, którzy odpływali z tej nieziemskiej wyspy z powrotem do lądowego Belize, stamtąd wracali do Gwatemali i w końcu – do domu. Ściskałam ich w porannym słońcu i myślałam o tym, ile szczęścia mamy, że możemy zostać tu jeszcze przez kilka dni.

Opowiem Wam, jak to się stało, że w ogóle się tutaj znalazłam. Bo choć myślałam, że zupełnie nie będę miała ochoty na jakiekolwiek relacje z podróży (lustrzanki nie brakowało mi ani odrobinkę), okazało się, że pod koniec każdego dnia zdania same układają mi się w głowie. Poczułam ochotę, więc usiadłam i napisałam kilka akapitów, potem jeszcze kilka, aż pod koniec podróży miałam gotowy post. No więc dawno, dawno temu…

… a dokładnie dwadzieścia kilka lat temu mieszkałam z rodzicami w Bieruniu Nowym – niewielkiej i raczej brzydkiej miejscowości niedaleko Oświęcimia. Mój tata pracował na kopalni, moja mama uczyła w szkole. Zaprzyjaźnili się z kilkoma innymi młodymi małżeństwami, a my – siłą rzeczy – bawiliśmy się z ich dziećmi. Zaczęliśmy spędzać wspólnie weekendy, wyjeżdżać razem na wakacje i tak już zostało.

Kuba i jego siostra Maja to najbliżsi z naszych przyjaciół z dzieciństwa. Zawsze podziwiałam Kubę za, jak to sam nazywa, „branie odpowiedzialności za marzenia”. Kiedy zamarzył mu się rejs po Karaibach, sprzedawał w Londynie frytki, aż uzbierał wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wyjechać. Kiedy miał dość mieszkania na Śląsku i postanowił przeprowadzić się w ciepłe miejsce, w którym można surfować, tak przeorganizował swoją pracę, by móc przenieść się do Australii – gdzie zresztą miałam okazję go w ubiegłym roku odwiedzić.

Kuba część swoich studiów odbył na Tajwanie. Tajwan uznawany jest za niezależne państwo przez bardzo niewiele krajów. Jedynym z nich jest Gwatemala. Dlatego studenci z Gwatemali mogą korzystać ze stypendiów na tajwańskich uczelniach.

Jedną z takich studentek była Laura. Tak strasznie się cieszę, że na siebie z Kubą trafili, nie wiem, czy znam lepiej dobraną parę.

Sześć lat później zdecydowali się wziąć ślub. Nie w Polsce, nie w Australii, ale w rodzinnej Gwatemali Laury. Kiedy wyjęłam ze skrzynki na listy zaproszenie z bocianem i tukanem, odtańczyłam w salonie dziki pląs radości, wprawiając Chrupka w osłupienie.

Mieliśmy jechać we trójkę – ja, Michał (mój brat) i mój chłopak. Niestety, Michał rozchorował się parę tygodni przez wyjazdem. To coś, o czym nigdy się nie myśli, taka rzecz, która zawsze przytrafia się innym. Tym razem padło na nas i musiał zostać w domu.

Na ślub wybierało się też wielu naszych znajomych. Ci w wieku rodziców podróżowali razem, wynajętym autobusem, a reszta szybko uformowała się w niewielką grupę ze wspólnym planem zwiedzania – w sumie siedem osób, na kilka dni po weselu dołączyli do nas jeszcze Laura i Kuba.

Trochę się obawiałam tego wspólnego podróżowania. Lubię robić rzeczy po swojemu i we własnym tempie. W ogóle wielu rzeczy się bałam przed tą podróżą. Zdecydowałam się nie brać aparatu i bałam się, że będę miała poczucie, że bez zdjęć z lustrzanki cała ta wyprawa jest bez sensu. I że jak przez tyle czasu nie będę pracować, to na pewno stanie się coś strasznego.

Okazało się, że świat jakimś cudem może się kręcić beze mnie, że zdjęcia z telefonu mi wystarczają, a podróżowanie w grupie osób, które lubią podobne rzeczy, to super sprawa.

Naszą podróż rozpoczęliśmy w dwójkę, w Paryżu, gdzie mieliśmy jeden dzień na posnucie się po Le Marais, zjedzenie zupy cebulowej, kupienie zeszytów na podróżne notatki w muzealnym sklepie w Centre Pompidou (uwielbiam muzealne sklepy!). Potem polecieliśmy do Meksyku, a stamtąd do Gwatemala City. Kiedy pilot zrobił ostry łuk, a za oknem pojawiło się otoczone wysokimi szczytami jezioro, już wiedziałam że mi się spodoba.


Na lotnisku czeka już na nas kierowca, który zabiera nas do Antigua – pięknego, kolonialnego miasteczka, położonego między wulkanami. Część z nich jest czynna. Kiedy któregoś wieczoru wyszłam na werandę w poszukiwaniu wifi, załapałam się na niewielką erupcję. Widok czerwonej lawy w czarną noc jest oszałamiający.

Odpoczywamy po długiej podróży, jemy fajitę w polecanej knajpce i spacerujemy trochę po mieście, lawirując pomiędzy załatwiającymi swoje psie sprawy bandami gwatemalskiej burków w typie zgredka, rozpędzonymi tuk-tukami i chicken busami. To lokalne autobusy, przerobione z fantazją ze starych, amerykańskich autobusów szkolnych, które wożą z zawrotną prędkością miejscowych i co odważniejszych turystów.


Po raz pierwszy w życiu jestem wyższa od większości osób, które mijam na ulicy.

Wieczorem spotykamy się z resztą ekipy na przedweselną lekcję tańca. Czuję się jak w jakimś dziwacznym śnie. W hotelowym korytarzu tańczę salsę i bacchatę z ludźmi, których znam od dziecka, choć niektórych z nich nie widziałam od dobrych piętnastu lat.

Po drodze, w małej salce otwartej na ulicę, wypatruję parę młodą, która szlifuje swój pierwszy taniec. Ściskamy ich szybko, żeby nie przeszkadzać, i lecimy sami nadrabiać braki w latynoskich tańcach. Idzie nam całkiem nieźle, ale miejsca jest tak mało, że ciągle na kogoś wpadamy i w efekcie więcej jest śmiechu niż poważnej nauki.

Następnego dnia pakujemy nasze weselne stroje i na jedną noc wyprowadzamy się z kolonialnej willi, w której się zatrzymaliśmy. W Chez Daniel tak nam się spodobało, że postanawiamy tu wrócić na jeszcze jedną noc, którą mamy w Antigua. Pokoje są ogromne i minimalistyczne urządzone. Ich jedyną ozdobą są piękne zdjęcia mieszkańców Gwatemali, których autorem jest sam Daniel.

Właściciel stawia sobie zresztą za punkt honoru pogawędzenie przy śniadaniu z każdym z gości. Dowiadujemy się, że jest Francuzem, ale od ponad czterdziestu lat mieszka w Gwatemali.

Kończymy najlepsze croissanty, jakie kiedykolwiek jedliśmy, robimy ostatni rzut oka na taras z niesamowitym widokiem na wulkany i wskakujemy do tuk tuka, podając kierowcy adres hotelu, w którym odbywa się wesele.

Po minie pracowników hotelu wnoszę, że goście rzadko przyjeżdżają do Finca Filadelfia tuk tukami bez drzwi. To elegancki hotel z własną plantacją kawy, basenem i kolonialnymi meblami. Trafia nam się pokój z kominkiem, przez okno widzimy wielki biały namiot, już gotowy na wesele, i rzędy krzeseł w ogrodzie, przy których rozgrzewa się zespół.

Wesele zaczyna się o piątej, mamy więc jeszcze trochę czasu. Idziemy na spacer po plantacji kawy. Kiedy wracamy, jest przed czwartą. W hotelowej restauracji spotykamy państwa młodych, w szortach i t-shirtach, jedzących spokojnie obiad. Laura pyta mnie, czy nie widziałam gdzieś Kamili, koleżanki mówiącej po hiszpańsku, bo musi jeszcze przetłumaczyć swoją przysięgę na polski.

Punkt piąta zjawiamy się w ogrodzie. Po chwili przez środek przechodzą najważniejsze dla młodej pary osoby – rodzice, rodzeństwo, świadkowie. Jest też Kuba. Wszyscy wstają i w ogrodzie pojawia się Laura, w prostej sukience, którą sama zaprojektowała i uszyła, z rozcięciem na nodze i plecami odsłoniętymi aż do mikroskopijnej talii. Nie ma welonu ani wianka, tylko gęste, pofalowane włosy. Wygląda przepięknie.


Jeszcze się nie zaczęło, a mnie już ciekną łzy. Tylko myśl o tym, że pół godziny robiłam makijaż, powstrzymuje mnie przed histerycznym szlochem.

Ceremonia jest wzruszająca, i urocza, i wyluzowana. Laura łapiącą za serce polszczyzną mówi Kubie, że będzie dla niego coraz lepsza, nawet jeśli będzie jej dokuczać. Brat Laury dzieli się radą, którą stosuje w swoim małżeństwie – razem z żoną codziennie przed spaniem ściągają obrączki, po to by przy zakładaniu ich na palec następnego dnia przypominać sobie na nowo o obietnicach, jakie sobie złożyli. Śpiewamy „Dni, których nie znamy” Grechuty.

A potem zaczyna się wesele! Pierwszy raz jestem na przyjęciu, na którym goście od pierwszych taktów ruszają na parkiet i szaleją na nim, jakby nie było jutra. Bawię się super i super jest zobaczyć kulturowe różnice. Gwatemalskie wesele nie kręci się wokół jedzenia, a tym bardziej wokół picia alkoholu. Ewentualne prezenty rzuca się gdzieś w kąt. Większość gości wychodzi o pierwszej. Kreacje są oskarowe – moja czerwona suknia do ziemi zalicza się do najskromniejszych.


Następnego dnia jemy porządne, gwatemalskie śniadanie z jajkami i fasolą w roli głównej i wracamy do Chez Daniel. Rzucamy rzeczy i biegniemy na miejsce zbiórki, skąd wynajęty bus zabiera nas do Chichicastenango – miejscowości, która słynie z niedzielnego i czwartkowego targu.

Czekamy na spóźnialskich gości weselnych, wyruszamy późno i w efekcie omija nas właściwy targ. Mimo tego kolory pozostałych stoisk i tak przyprawiają mnie o zawrót głowy. Bogato tkane bieżniki, kolorowe torby, plecaki i buty, poszewki na poduszki w jaskrawe motywy roślinne – jest tego tyle, że trudno mi się skupić na konkretnych rzeczach. Mamy tylko nieco ponad godzinę, więc po wstępnym spacerze decydujemy się na poważnie przetrząsnąć kilka stoisk, żeby nie wrócić z pustymi rękami.

Kiedy już przychodzi do dokonania wyboru, okazuje się, że to trudniejsze niż się spodziewałam. Wokół mam tyle wspaniałości, że cały czas towarzyszy mi uczucie, że za rogiem na pewno czeka coś jeszcze lepszego. W końcu decyduję się na ręcznie tkaną makatkę na ścianę, z ptasim wzorem, i skórzaną torbę z dywanowymi wstawkami. Obie rzeczy są utrzymane w biało-bordowo-beżowej kolorystyce. Śmiejemy się, że są najsmutniejsze na całym targu.

 


Spotykamy naszego kierowcę, który mówi, że musimy już iść. Mam wrażenie, że ledwo liznęłam Chichi i obiecuję sobie tu wrócić, jeśli tylko starczy mi czasu. Trzy godziny wyboistej jazdy i jesteśmy z powrotem w Antigua.

Następnego dnia wstajemy wcześnie, żegnamy się z Danielem i jego ekipą i małym, wynajętym busem ruszamy w dalszą drogę.

Naszym celem jest Semuc Champey, park narodowy chroniący malownicze progi rzeczne. Jesteśmy w dziewiątkę, bo na te kilka dni dołączają do nas Kuba i Laura. Droga jest długa i kręta, więc kiedy widzę znak mówiący, że do Semuc Champey zostało jeszcze tylko 11 kilometrów, oddycham z ulgą. Po chwili skręcamy w błotnistą dróżkę, która schodzi w dolinę tak ostro, że pokonanie tego ostatniego odcinka zajmuje nam prawie godzinę.

Zatrzymujemy się w Zephyr Lodge, pięknie położonym hostelu, w którym można też wynajmować prywatne domki i pokoje. Wchodzimy do barowej części wspólnej i zapiera nam dech w piersiach. Z tarasu roztacza się widok na dolinę pełną bujnej zieleni, tylko tu i ówdzie przetykaną chatkami ze słomianymi dachami. Gdyby nie dudniąca z głośników muzyka, byłoby słychać szum płynącej w dole rzeki.


Najbardziej reprezentacyjne miejsce zajmuje basen z wodnym barem, tuż obok udało się jeszcze wcisnąć jacuzzi, z którego widok jest równie wspaniały. Między domkami przechadzają się hostelowe psy i koty, jedzenie jest dobre i dużo tańsze niż mogłoby być – jesteśmy tak daleko od wszystkiego, że właściwie nie ma dla niego alternatywy.

To wszystko składałoby się na naprawdę cudowne doświadczenie, gdyby nie koszmarnie niemiła obsługa i wieczna impreza. Muzyka w Zephyrze gra tak głośno, że na głównym tarasie trudno jest zamienić dwa zdania. Kiedy idziemy spać w okolicach północy, wcale nie przestaje. Gdy w końcu się ucisza, szybko zaczynamy tego żałować. Impreza przenosi się do pokoju obok nas i prawie do rana towarzyszą nam wrzaski, walenie w drzwi i trzęsące się od bitów ściany. Kolejnego dnia wcale nie jest dużo lepiej. Wciąż nie wyspałam się porządnie po podróży, jestem naprawdę zmęczona i w pewnym momencie rozpłakuję się z bezsilności. Nienawidzę, jak ktoś hałasuje, kiedy próbuję spać, zawsze tak mnie to zestresuje, że nawet kiedy wszystko się uspokoi, nie mogę już zasnąć.

Na szczęście kolejny dzień jest tak świetny, że w dużym stopniu wynagradza nam nocne przygody. Zaczynamy od jazdy na pace ciężarówki, która zawozi nas do parku. Tam zostawiamy ubrania w wyznaczonym miejscu, każdy dostaje najzwyklejszą, białą świeczkę i w strojach kąpielowych wchodzimy do jaskini.

Na początku lodowata woda sięga do kolan, ale szybko trzeba się w niej zanurzyć w całości. Ludzie przede mną idą zanurzeni po szyję, mnie nie pozostaje nic innego, jak płynąć, co wcale nie jest takie proste, kiedy ma się w ręce palącą się świeczkę, a na nogach ciężkie od wody buty.

Po chwili docieramy do pierwszej drabiny. Kiedy wspinam się po kolejnych śliskich szczebelkach, myślę tylko o tym, co się stanie, jeśli poślizgnie mi się noga i runę w dół, w ciemności, kosząc po drodze wszystkie osoby za mną.

To samo pytanie zadaję sobie kilkanaście minut później, kiedy wkładam sobie świeczkę za bok stroju i wspinam się w górę wodospadu po linie, ledwo czując pod nogami kolejne naturalne wyżłobienia w pionowej ścianie, w które powinny trafiać moje stopy. Nic nie widzę, bo woda zalewa mi oczy i nos. Zastanawiam się, czy mam jeszcze soczewki i kolejny raz wkurzam się na siebie, że nie mogę się zmobilizować do zoperowania wady wzroku.

Nie wiem, ile trwa wędrówka po jaskini, ale wydaje mi się, że wieki. Po drodze czeka nas jeszcze kilka niespodzianek. Przewodnik każe mi ześlizgnąć się w skalną dziurę, w której widzę tylko ciemność. Trudno mi ocenić wysokość, z jakiej wpadnę do wody, ale po solidnym „plum” osoby przede mną oceniam, że jest całkiem spora. Zamykam oczy i zjeżdżam, starając się nie przywalić w nic głową. Udaje się. Ola, która ześlizguje się za mną, jest wyższa i nie ma tyle szczęścia. Do końca dnia będzie jej towarzyszył ból głowy.

Jestem na końcu grupy, więc kiedy docieramy do końca jaskini i przewodnik zarządza odwrót, jestem pierwsza. Czeka, aż wszyscy ruszą przed siebie, ludzie ze mną jakoś nie mogą się zorganizować, więc przez kilka minut płynę sama przez ciemne korytarze. Kiedy w końcu zaczyna się robić jaśniej i wychodzimy na nagrzane słońcem powietrze, trzęsą mi się nogi. Nie jestem pewna, czy ze zmęczenia, czy z emocji.



Jesteśmy zgodni co do dwóch rzeczy – że to jedna z najlepszych przygód, jakie przeżyliśmy i że nie ma szans, żeby ktokolwiek zabrał ludzi na taką wycieczkę w Polsce. Jeśli już, na pewno byłaby podpisana jako „ekstremalna”, obwarowana szeregiem obostrzeń i koniecznych podpisów, pełna kasków i ochraniaczy.

Robimy kilka łyków wody i ruszamy kawałek w górę rzeki, do huśtawki rodem z filmów o Tarzanie. Plan jest prosty – trzeba się rozhuśtać i wskoczyć do wody. Jestem raczej odważna, ale skoki do wody to nie moja bajka. Zawsze stają mi przed oczami kampanie społeczne z ludźmi, którzy skoczyli, a potem resztę życia spędzili na wózku. Ograniczam się więc do dokumentacji skoków innych na zdjęciach.



Później przewodnik zabiera nas na most, zgrabnie wybija się z barierki i leci w dół, dobre dziesięć metrów. Tu chętnych jest dużo mniej, z naszej grupy skacze tylko Daniel. W skokach idzie mu super, nie może za to nurkować, bo jest dyrygentem i nie może sobie pozwolić na choćby najmniejszy uszczerbek słuchu.

Część wyczynowa wycieczki za nami. Jemy lunch w lokalnej garkuchni, a potem wspinamy się na punkt widokowy, położony na jednym z wielu wzniesień nad rzeką. Wędrówka nie jest długa, ale mocno męcząca – prawie cały czas idzie się po stromych, kamiennych stopniach.

Jak tylko doczłapujemy na górę, zapiera nam dech w piersiach. Widok na rzeczne baseny, otoczone górami i bujną przyrodą, to taki widok, dla którego warto pokonać choćby i dziesięć tysięcy kamiennych schodków.



Pora na najprzyjemniejszą część. Mam wrażenie, że chłodna woda w rzece aż mnie woła i drogę w dół pokonuję pół idąc, pół biegnąc. Wskakuję do szmaragdowego basenu i po raz kolejny gratuluję sobie, że zdecydowałam się wdrapać w upale na sporą górę – bez tej wspinaczki to uczucie nie byłoby chyba tak wspaniałe.

Przez następnego kilka godzin pluskamy się w rzece, zjeżdżamy po śliskich skałach na kolejne poziomy i pozujemy do zdjęć jak nimfy. Kiedy z powrotem w Zephyrze jemy nachosy z warzywami i pijemy świeże, zimne soki, myślę sobie, że jak to nie jest idealny wakacyjny dzień, to nie wiem co jest.



Następny dzień to długa podróż autobusem. Rano żegnamy się z Kubą i Laurą, którzy powoli wracają już do Australii i wsiadamy do rozklekotanego busika. Szybko okazuje się, że nasza podróż będzie kosztowała więcej, niż zakładaliśmy, i trwała o cztery godziny dłużej, bo trzeba objechać strajk w jednej z miejscowości. Zanim docieramy do newralgicznego punktu strajk się rozwiązuje, a osiem godzin po wybojach, zamiast grożących nam dwunastu, wydaje się nagle spacerkiem po parku.

Godziny mijają, ale ja zupełnie nie odczuwam upływu czasu. Mam w słuchawkach audiobooka z mojej ulubionej serii „wakacyjny tasiemiec” i nie mam nic przeciwko siedzeniu przez ruchu przez następną dobę. Nie da się jednak nie zauważyć zmieniającego się za oknem krajobrazu. Zieleń nabiera nasycenia, coraz więcej jest pagórków i jeziorek przypominających mi australijskie billabongs, no i pojawiają się krowy, każdej obowiązkowo towarzyszy biały ptak.

Docieramy do Flores i po szybkiej kolacji od razu kładziemy się spać. Czeka nas pobudka przed trzecią w nocy, bo zdecydowaliśmy, że jak oglądać piramidy Majów, to z przytupem, o wschodzie słońca.

Parę godzin później zwlekamy się z łóżek tylko we czwórkę. Maja i Kamila się rozchorowały, Daniel zostaje się nimi opiekować. Półprzytomni wsiadamy do busika i jakąś godzinę później wysiadamy w Tikal – dawnym mieście Majów.

Przewodnik odbiera nas przy wejściu. Ma na imię Louis, o czym nie omieszka nam przypomnieć jeszcze z osiem razy. Informuje nas, że do wschodu słońca musimy dopłacić po pięćdziesiąt złotych od łebka. Nie jesteśmy zachwyceni, ale jak już wstaliśmy, to płacimy, i ruszamy przez ciemną dżunglę, po pierwszej wywrotce na korzeniu święcąc sobie pod nogi telefonem.

Noc robi się odrobinę mniej gęsta i kiedy wytężę wzrok, majaczy mi nad drzewami zarys najbliższej piramidy. Przewodnik nas pospiesza, w końcu nie chcemy chyba spóźnić się na wschód?

Liczę spokojne kroki chłopaka przede mną, porównuję do swojego gorączkowego machania odnóżami i dochodzę do wniosku, że to jedna z tych sytuacji, w których niski wzrost i krótkie nóżki kompletnie się nie opłacają.

Udaje nam się zdążyć. Wciąż jest ciemno, a nam zostały do pokonania tylko drewniane schody prowadzące na szczyt piramidy.

Wdrapujemy się na górę, siadamy na zimnych kamieniach ostatniego tarasu. Słychać tylko odgłosy dżungli szykującej się na nowy dzień i chichoty grupy Włochów, którzy nie byli w stanie uszanować prośby przewodnika o ciszę. Próbuję wykorzystać ten niezwykły moment na małą medytację i skupić się na swoim oddechu, ale Włosi nie ułatwiają mi zadania. Mam ochotę majańskim zwyczajem zepchnąć ich ze skalnej półki.

Po kilkudziesięciu minutach zaczyna się robić jaśniej. Za punkt kontrolny obieram sobie kępę drzew odległą o kilkadziesiąt metrów. Z każdą minutą staje się wyraźniejsza. A potem na powrót znika we mgle.

W okolicach siódmej staje się już jasne, że wschodu słońca nie będzie. Jedyne, co widzimy, to drzewa przykryte grubą warstwą mgły. Niestety, park nie przewiduje zwrotu pieniędzy za odwołany wschód.

Już, już mamy zbierać na dół, kiedy jeden z kolegów zaczyna gorączkowo torować sobie drogę między irytującymi Włochami, którzy rozłożyli się na samym krańcu najwyższego tarasu. Wystarczy mi jeden rzut oka na jego niemrawy uśmieszek i już wiem, że choroba żołądka, która dopadła dziewczyny, jego też nie ominęła. Nie wiem, czy świadczy to najlepiej o poziomie naszego poczucia humoru, ale przez resztę dnia nie możemy przestać się śmiać. Może i nie zobaczył wschodu słońca, ale przynajmniej będzie miał się czym pochwalić kolegom z pracy. Nie każdy może doświadczyć wymiotowania ze szczytu najwyższej majańskiej piramidy.



Zwykle nie ruszają mnie zabytki typu kupa kamieni, ale liczące tysiące lat piramidy, wynurzające się z mgły, są całkiem imponujące. Plątając się między nimi w zaskakująco pustym parku widzimy skaczące po drzewach małpy, w krzakach wypatrujemy uroczego aguti a na głównym placu starożytnego miasta spotykamy dziwacznego stwora z długim ryjkiem i jeszcze dłuższym ogonem, który niucha w trawie w poszukiwaniu resztek kanapek. Kiedy wysyłam zdjęcie mojej mamie, pyta czy to kotopies. Potem doczytuję, że to ostronos i że co modniejsi warszawscy hipsterzy już zastępują nimi pomeraniany.



Wcześnie idziemy spać, bo następnego dnia wstajemy, dla odmiany, przed piątą. Wsiadamy do autobusu z fotelami jak małe kanapy i przesypiamy prawie całą drogę do granicy z Belize. Tam musimy wytoczyć się z całym bagażem z autobusu i pieszo pokonać granicę. Jest pochmurno i wilgotno. Wsiadamy z powrotem do autobusu, znowu zasypiam, a kiedy się budzę, znów mam wrażenie, że jestem w wynikach wyszukiwania grafiki Google – palmy, słońce i idealnie niebieskie niebo. Nadajemy bagaże w porcie, jemy banana bread, a potem łapiemy motorówkę na Caye Caulker – małą karaibską wyspę, której oficjalne motto brzmi „go slow”.

Trzy kwadranse później cumujemy przy niewielkim pomoście. Oglądałam wcześniej wyspę na zdjęciach, ale nawet w połowie nie oddawały tego, jak bardzo jest fantastyczna. Nie ma asfaltowych dróg, nie ma samochodów, nikt się nie spieszy. Kiedy jakiś świeżak się zapomni, od razu hamują go okrzyki „slow down, man, that’s no way to live!”, rzucane przez rozbujanych rastamanów w wielkich czapkach.



Prawie wszystkie domy wyglądają tak samo – urocze, drewniane chatki na palach, pomalowane na niebiesko, różowo, żółto albo zielono. Wszystko jest zresztą kolorowe, od leżaków po psie obroże.



Tych ostatnich potrzeba na Caye Caulker sporo, bo psów jest chyba więcej niż ludzi. Małe, duże, zupełnie skundlone i mające w sobie ślady jakiejś rasy – widzieliśmy na przykład mieszankę jamnika z bulterierem. Są wszędzie – w sklepach, na plażach, śpią pod stołami w restauracjach, a zdarza się, że i na stołach.



Lokalne schronisko, które liczy może siedem psów i mieści się przy głównej ulicy, jest otwarte dla wszystkich. Można wejść przez drewnianą furtkę, pobawić się z psami i wcisnąć złożony banknot do pudełka na darowizny – o ile akurat nie śpi na nim kot. Obok wisi kartka informująca, że psa można zabrać ze sobą do domu, trzeba tylko cztery dni przed wyjazdem pozałatwiać formalności.



„Go slow” nie jest tylko pustym hasłem. W życiu nie byłam w tak zrelaksowanym miejscu! Czujemy się tu tak fantastycznie, że zmieniamy podróżnicze plany i zostajemy na dodatkowe dwa dni. Pani w recepcji się śmieje, bo to podobno bardzo częsta praktyka.



Na nasz pierwszy pełny dzień na wyspie przypadają urodziny mojego chłopaka. Pakujemy się wszyscy na katamaran i płyniemy w stronę jednej z najpiękniejszych raf koralowych świata. To kolejny atut Caye Caulker, jakby wszystkiego innego było mało. Pływamy z rurką i podziwiamy ryby w najróżniejszych kształtach i kolorach, budzące respekt płaszczki, a w końcu i rekiny. Niby te wąsate są niegroźne, jeśli się ich nie zdenerwuje, ale jednak kiedy wielkie cielsko przepływa tuż pode mną, serce podchodzi mi do gardła i staram się niczym nie ruszać. Woda jest tak słona, że i tak unoszę się na powierzchni.



Suszymy się na dziobie, a kapitan przyrządza dla nas ceviche. Mimo, że oficjalny język Belize to angielski, załoga rozmawia między sobą po kreolsku – niektóre fragmenty brzmią jak żywcem wyjęte z piosenek Seana Paula. Są fantastyczni i dzień w ich towarzystwie zaliczamy do najprzyjemniejszych w ciągu całej podróży.

Wieczorem idziemy na bbq do Rosie i Basilio – gospodarzy Airnbnb, u których mieszka część naszej ekipy. Basilio grilluje homary, Rosie wyciąga z pieca domowe ciasto, do którego po kryjomu wtykam urodzinowe świeczki.

Opowiadają nam o tym, jak znaleźli się na wyspie. Mieszkają tu od dziesięciu lat. Wcześniej żyli w lądowej części Belize. Basilio w ciągu dnia jeździł taksówką, wieczorem pracował jako kelner. Rosie w ciągu dnia sprzątała hotelowe pokoje, wieczorem pracowała jako pomoc kuchenna. Pracowali tak przez siedem lat, bez weekendów, bez urlopów. W końcu powiedzieli „wystarczy” i z jedną walizką przyjechali na Caye Caulker, wcześniej nie widząc wyspy na oczy.



Następnego ranka na przystani żegnamy kolejną część naszej ekipy. A potem jemy lokalne specjały w kolejnych kawiarniach, restauracjach i budach bez menu, z grillami skleconymi ze starych beczek. Pływamy w idealnie przejrzystej wodzie i zupełnie nie przeszkadza nam brak plaż, wywianych dawno temu przez huragan. Nadajemy tymczasowe imiona dziesiątkom piesków. Czytamy na hamaku. Kombinujemy, jak i gdzie się przeprowadzić, żeby tak wyglądała nasza codzienność.



W którymś z lokalnych sklepików znajduję ogłoszenie o zajęciach z jogi i o zachodzie słońca stawiam się na wyznaczonym do tego celu dachu. Balansując rozpaczliwie na jednej nodze, obserwuję jak ogromne, czerwone słońce wpada do wody. Mimo, że gryzą mnie komary, a przez szum wentylatora ledwo słyszę nauczycielkę, to jest to najlepsza lekcja jogi, na jakiej byłam. Obiecuję sobie zapisać się na zajęcia, jak wrócę do domu.



Kiedy przychodzi czas pakowania i płacenia za noclegi, dochodzimy do wniosku, że wydaliśmy pieniądze najlepiej, jak się dało. Caye Caulker zawsze będzie mi się kojarzyć z bestroską i szczęściem. No i z sobowtórem Morgana Freemana, który przymierza wyspę wzdłuż i wszerz wysłużonym meleksem.

Ponieważ nie zostało nam juz za dużo czasu, wracamy z powrotem do Antigua. W Chez Daniel nie ma juz wolnych pokoi, wiec zatrzymujemy sie w Casa Elena – pięknym pensjonacie prowadzonym przed Diane i Harveya. To dwójka Amerykanów, którzy po zwiedzeniu połowy świata postanowiła osiąść na emeryturę w Gwatemali. Diane pokazuje nam meble, które własnoręcznie pomalowała w kolorowe wzory rodem z gwatemalskich tkanin, Harvey codziennie rano gotuje dla nas omlet, frittatę albo francuskie tosty. Ich pies, gigantyczny rhodesian Izzy, wkłada swój wielki łeb przez okno naszego pokoju, żeby niezobowiązująco sprawdzić, czy nie mielibyśmy ochoty jej pogłaskać. Mamy, a wyjście na taras przez okno sprawia, że czuję sie jak bohaterka książki Astrid Lindgren.



Idę na masaż, wypijam hektolitry soku ze świeżych owoców i pochłaniam tonę guacamole. Spacerujemy po mieście, łapiemy chicken busa do sąsiedniej miejscowości San Antonio Aguas Calientes, jedziemy obejrzeć gigantyczne jezioro Atitlan. Oglądamy piękne gwatemalskie tkaniny i hafty, znajduję też miejsce, w którym można przegrzebywać stosy używanych, tradycyjnych strojów. Kupujemy jeszcze parę rzeczy do domu, w tym bieżnik dla mamy, która opiekuje się Chrupkiem, i serwetki dla cioci, która podlewa nasze kwiatki.

W końcu nadchodzi moment, w którym trzeba sie spakować i zdążyć na powrotny samolot do Paryża. Zaczynałam ten tekst na plaży w towarzystwie iguany, kończę na tarasie z widokiem na wulkan, w towarzystwie gigantycznej suczki Izzy.

Gwatemalę zapamiętam jako miejsce, w którym doskonale się bawiłam, gościnne, różnorodne, z pięknymi widokami. W pamięć wdrukowują mi się bogato zdobione stroje Gwatemalek i ich grube warkocze.



Antigua jest przepiękna, piramidy w Tikal robią wrażenie, ale chyba najbardziej podobało mi sie w Semuc Champey i belizyjskim Caye Caulker. Ale ja w ogóle najbardziej lubię oglądać piękną przyrodę, wiec to subiektywne odczucie.

Cały czas nasuwają mi sie porównania do Peru, choć wiem że to ten sam typ myślenia, co w przypadku ludzi z innych kontynentów, którzy mówią „Aaa, jesteś z Polski? Mój kuzyn studiował w Paryżu!”. No więc Peru wydało mi się trochę bardziej spektakularne, ale był to też pierwszy kraj tej części świata, który odwiedziłam. Jedzenie też smakowało mi bardziej (właściwie to najbardziej na świecie), chociaż w Gwatemali zjadłam tyle genialnego guacamole, ze zrobię sie chyba bardzo wybredna w tym zakresie. Tkaniny, buty i inne zakupowe sprawy w Gwatemali nie mają za to sobie równych. Jeśli ominie sie stoiska z tanimi pamiątkami i trafi sie do miejsc z rzeczami dobrej jakości, można długo zbierać szczękę z podłogi. Podowiadywałam sie, gdzie najlepiej szukać i opiszę Wam swoje doświadczenia w mini-przewodniku.

Miniprzewodnik, czyli zakupy w Gwatemali

Antigua i okolice

Zakupy – na początek, dla orientacji w cenach, warto sie wybrać do Nim P’ot. To ogromny sklep z tkaninami i rękodziełem, są też używane, tradycyjne stroje, w których można grzebać i grzebać bez końca. Można obejrzeć stroje z poszczególnych regionów i zobaczyć, jak wyglądają dobrej jakości tkaniny. Ja kupiłam tam piękne bieżniki. Haftowowane obrusy, makatki i inne szmatki warto obejrzeć również po lewej stronie – te ręcznie robione, droższe, można poznać po wystających nitkach. Ceny w Nim P’ot są stałe i naklejone na produkty, wiec nie trzeba sie targować, można za to płacić kartą.

W drugiej kolejności poszłabym do Colibri, niewielkiego sklepu z naprawdę pięknymi rzeczami i świetną ideą. Zrzesza kobiety z rożnych gwatemalskich wsi i miasteczek, pierwotnie wdowy, które straciły mężów podczas wojny domowej, teraz rownież ich córki i wnuczki. Są tu głownie rzeczy do domu, ale znajdą się i torebki – ja kupiłam wspaniałą kopertówkę. Wzornictwo jest zdecydowanie bardziej nowoczesne niż wszędzie indziej. Ceny są nawet 10 razy wyższe niż na targowych stoiskach, ale naprawdę warto – wystarczy wejść, żeby się przekonać.

Można zerknąć też na Artisans Market, czyli targ położony po lewej od miejskiego targu. Nazwa jest trochę myląca, bo są tam raczej średniej jakości pamiątki, ale można też znaleźć fajne rzeczy. Dobrze jest wcześniej zorientować się w cenach, bo pierwsza cena podana przez sprzedawcę jest ceną, którą spodziewa się spuścić nawet o połowę. Nie można  ominąć dziedzińca targowego budynku, są tam świetne buty – jak nie do kupienia, to przynajmniej do obejrzenia.

Lepszej jakości rzeczy w rozsądniejszych cenach i w przyjemniejszej atmosferze można znaleźć w San Antonio Aguas Calientes. To miejscowość położona 6km od Antigua, spokojnie można sie tam przejechać chicken busem z dworca obok targu – to atrakcja sama w sobie. W San Antonio funkcjonuje prawdziwy Artisans Market, można zobaczyć tkające panie i kupić od nich serwetki, bluzki i tak dalej. Te tkane w charakterystyczny dla miasteczka sposób, dwustronne, są drogie, ale jest też wiele tańszych opcji. Są też oczywiście te same pamiątki co wszędzie, niektóre zresztą ładne, ale jest też dużo unikatów.

Po wizycie na targu można zjeść obiad w jedynej restauracyjce w miasteczku – nazywa się Comodor Ame i wystarczy kogokolwiek o nią zapytać. Nie ma karty, je się to, co akurat ugotowały panie w kuchni. Nie mogłam sie dogadać z panem kelnerem, więc zabrał mnie do kuchni i po prostu wskazałam palcem garnki, których zawartość wydała mi się najbardziej interesująca. To był jeden z naszych ulubionych posiłków w Gwatemali.

Chichicastenango

Miasteczko słynące z czwartkowego i niedzielnego targu. Najlepiej jest sie tam wybrać wcześnie rano, żeby uniknąć tłoku. Jest tam to, co wszędzie indziej, ale i wiele więcej. Stoiska są bardziej wyspecjalizowane – jedne sprzedają poszewki i kapy, inne buty, jeszcze inne torebki. Sporo jest też takich z hamakami i wiszącymi siedziskami, są przepiękne! Moim zdaniem to dużo ciekawsze miejsce na zakupy niż targ w Antigua. Kupują tu nie tylko turyści, łatwiej jest znaleźć coś naprawdę wyjątkowego, no i przy okazji można poobserwować ciekawe życie miasteczka.

Punktem obowiązkowym jest też zjedzenie mrożonego banana w czekoladzie, do kupienia za 50 gr na co drugim rogu.

Okolice jeziora Atitlan

Tu nie mam za dużo do powiedzenia, bo spędziliśmy tam tylko jeden dzień. Stoiska w Panajachel wydają sie bardziej rozbuchane niż te w Antigua, maja też więcej wyrobów skórzanych, w tym kolorowe sandały huarachas, które ogromnie mi sie podobają.

Dużo bardziej podobało mi sie w Santiago Atitlan – to miasteczko po drugiej stronie jeziora,do którego można dopłynąć łódką. Wystarczy wsiąść do którejś z zapełniających sie motorówek, płynących do Santiago (dobrze jest zapytać miejscowych współpasażerów, ile zapłacili za bilet). Poza stoiskami na głównej ulicy warto zajrzeć na lokalny targ (po lewej stronie, mniej więcej w połowie ulicy, wystarczy zapytać kogokolwiek o mercado). Oprócz pysznych owoców można tam znaleźć stoiska z tradycyjnymi ubraniami, na których kupują mieszkańcy. Szczególnie warte uwagi są pasiaste bluzki, haftowane w ptaki i kwiaty, charakterystyczne dla regionu. Niezależnie od miejsca, w którym robi sie w Santiago zakupy, ceny wydają sie być niższe niż w Antigua,

PS Po więcej zdjęć zapraszam na mój Instagram!

63 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Asia

    Asiu! Cudowna relacja i zdjęcia, choć mi ich trochę mało :) jak długo planowaliście etapy podróży?
    Nigdy nie doświadczyłam takiej przygody, mam nadzieję, że jeszcze się uda :)

  2. elf

    Przepieknie! Szkoda ze nie mam w tej chwili finansow na taka podróż już (tzn pamietam twój tekst o oszczędzaniu i troche zmieniłam priorytety, ale nawet jesli uzbieralabym na wycieczke solo, to mojego 3 latka na 2-3 tygodnie z Babcia nie moge zostawic niestety,a jestem solo mamą-wniosek- jeźdź po swiecie poki nie masz obowiazkow rodzinnych-mnie sie udało zobaczyc kawałek świata i choc nie mam wlasnego M3 bo wydalam na wyjazdy po Azji to nie żałuję;) pozdrawiam i dopisuje Gwatemale do listy podrozy marzeń:). Acha, Bierun znam, sama pochodze z Tychów;) pozdrawiam!

  3. makate

    Asiu, wspaniale się czytało! Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak opowiadasz o tych miejscach, szczególnie że często mam tak, że choć jestem zainteresowana jakimś miejscem, to relacje mnie szybko nudzą. A Twoja opowieść jest cudowna, miałam poczucie że jestem obok ciebie i łapię te widoki ;) Ameryka Południowa to moje wielkie marzenie i nawet mam już pewne plany jak je spełnić :)

  4. Olga

    To jest jedna z najbardziej szczerych i łapiących za serducho relacji z podróży, jakie czytałam (wzruszyłam się w czasie opisu ślubnej ceremoni, ale ciii… ;)

  5. Monika

    Jedna z lepszych relacji podróżniczych jakie czytałam! <3 Przez moment poczułam się jakbym razem z Wami wędrowała po tej jaskini, dzięki za to chwilowe oderwanie od sesyjnej rzeczywistości ;) Gwatemala zdecydowanie dołącza do miejsc, które muszę kiedyś odwiedzić.

  6. Koczilla

    Świetne wakacje! Bardzo zaimponowało mi to, że niedogodności nie zepsuły Ci humoru ani odbioru miejsca. Przyczepię się do tego fragmentu o korekcie wzroku. Nie do końca rozumiem, dlaczego się na siebie złościsz. Nie chcę straszyć ani zniechęcać, ale wydaje mi się, że opór przed ingerencją chirurgiczną jest naturalny? Rozumiem, że taki zabieg może bardzo poprawić jakość życia, ale jeśli zostanie źle przeprowadzony… Jeśli się zdecydujesz, to trzymam kciuki, żeby wszystko poszło dobrze, ale dało mi do myślenia to, że można się czuć źle, gdy nie chce się przekraczać własnych granic. Nawet wtedy, gdy nie są one „patologiczne”. Nie mam nic przeciwko eksperymentowaniu na sobie, ale czy ono nie przeradza się niekiedy w przymus korzystania z dostępnych możliwości?

  7. MM

    Piszesz ge-nial-nie. Niesamowita przygoda :) Jestem ciekawa czy poszczególne punkty wycieczki były dużo wcześniej planowane, jak np ta jaskinia?

  8. Asia

    Wspaniała przygoda! Czytając Twój wpis zaczęłam się zastanawiać jak tu zaoszczędzić na taką podróż. Mój mąż bardzo się interesuje tymi rejonami i jest strasznie zajarany piramidami, czuje że była by to dla Niego wyprawa życia :)

  9. Gosia

    Ha! zwykle jak piszesz o podróżach to sobie myślę „też bym tak chciała”, a tym razem miałam okazję do wspomnień.
    Miałam te same odczucia co do Gwatemali i Belize – co do ludzi, przyrody i tempa życia.
    I wzrostu – sama jestem mała, a w Chichicastenango , jak mój chłopak stanął za mną, to przed sobą miałam morze ludzi, a wszyscy byli ode mnie niżsi :) to doceni tylko ktoś po mojej stronie 160 cm :)

  10. Bianca

    Joanno a czy zabezpieczaliście się jakoś przed dengą? I czy w ogóle bałaś się jej na wyjeździe? Pytam, bo jest to moja fobia, która zatrzymuje mnie przed wyjazdami do krajów objętych ryzykiem, choćby najmniejszym, dengi i bardzo chciałabym się zmierzyć z tym lękiem. Pozdrawiam ciepło.

  11. Marta

    Joasiu, z wielką przyjemnością przeczytałam opis przygód, które tak obrazowo opisałaś. Ostatnio zastanawialiśmy się, który kierunek wybrać na następny cel naszej wyprawy i Gwatemala właśnie podskoczyła na liście, chociaż nadal nie wyprzedziła Iranu ani Islandii – masz jakieś doświadczenia z podróżami tamże?

    Mam wrażenie, że każdy z krajów w coffee belt posiada swoje Caye Caulker, w ostatniej podróżmy trafili w Indonezji na Gili, które poszukiwacze slow life też doceniają za świeże ryby, brak samochodów i bary z muzyką na brzegu, no i ofc. bajeczną pogodę.

    Dzięki wielkie za wskazówki! btw. wpadliście z chłopakiem na jakiś łebski sposób życia, żeby się przenieść na rajską wyspę? c;

  12. Aga

    Czytajac o skokach do wody, jaskiniowych wyprawach i jezdzie na pace ciezarowki przypomnialy mi sie cudowne chwile z dziecinstwa, kiedy kapalam sie w blocie, lapalam raki w rzece i jezdzilam na przyczepie traktora pelnej siana.
    Smutno to wspominac z perspektywy korporacyjnego srodowiska, w ktorym ugrzezlam na kolejne 8.5h…

  13. Tiri

    Po Twoim opisie mam ochotę:
    – rzucić wszystko w diabły (poza mężem;)
    – zabrać męża
    – spakować się i natychmiast wyjechać
    Ps. Tak wiem ostrzegałaś ;)

  14. Kruk

    Wow. Opad szczęki. Dobrze Ci zrobiła podróż bez aparatu :)
    Nie należę do ludzi dla których podróże są celem życia a posty podróżnicze zwykle mnie nudzą, ale napisałaś to tak wspaniale, że nie mogłam się oderwać. Duch przygody i Twoja radość aż biją od monitora. W dodatku przypomniałam sobie jak lubię Marqueza :). Dziękuję Ci za ten post!

  15. Pat

    Dziękuję za podzielenie się wrażeniami :) kto już wyżej napisał to, Twoja zdolność przełożenia obrazów i emocji na słowa: genialnie :)

  16. Dagmara Sen

    Wspaniała przygoda, cudowny tekst i TE ZDJĘCIA <3 Aż nie wiem, jak skomentować ten post (wesele, widoki, Twoje przygody w jaskini czy piękne tekstylia – to wszystko zasługuje na osobne OCH! ;)). Ale zostawiam ślad, że czytałam i doceniam pracę, jaką wykonałaś, żeby tak ładnie to wszystko przekazać.

  17. ana

    Czytam takie relacje z ogromną ciekawością, ale i niemal fizycznym bólem. Tak bardzo marzę o podróżach z ukochanym facetem, gronie przyjaciół, poznawaniu świata i dzieleniu się tym z innymi. Oby udało mi się zrealizować choć 1/100 tego, co Ty przeżyłaś:)

  18. Ula

    Aww, jezioro z drugiego zdjęcia z samolotu, to miejsce w którym rozkwitła miłość między mną a Benjaminem :D
    Fajnie, że Gwatemala tak Ci się spodobało! Powiedziałabym, że razem z Nicaraguą to najfajniejszy kraj Ameryki Środkowej

  19. Dorota

    Mogę tylko powtórzyć to, co w każdym komentarzu się pojawiło – genialnie napisana relacja, a właściwie…opowieść z podróży:-) Komentarz mój niewiele wnosi, ale tak, jak ktoś wyżej napisał – taka praca (mam na myśli jej jakość) zasługuje na docenienie, wyróżnienie -choćby krótkim wpisem. Ktoś zauważył, że nie wstawilas wielu zdjęć. To prawda. Ale je dla nas namalowałaś…
    Sprawiłaś mi wielką radość tym postem. Dziękuję:-)

  20. Lil

    Wspaniała relacja. Cała opowieść jak z bajki. Czy sam angielski wystarczył? Zazdroszczę tej podróży :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      No właśnie po raz pierwszy w podróży brakowało mi choćby podstaw hiszpańskiego. Ale ściągnęłam sobie Duolingo i jestem teraz 2% fluent in Spanish;)

  21. Agnieszka

    Joasiu, jestem pod ogromnym wrażeniem. Nie samej Gwatemali, bo egzotyczne klimaty to nie moja bajka, ale raczej tego, jak o tym opowiadasz. I nie chodzi o tę konkretną podróż, ale o to, że twój tekst tak dobitnie świadczy o tym, jak bardzo potrafisz cieszyć się tym, co cię spotyka, a nie tym, co cię potencjalnie ominęło. Muszę się tego od ciebie nauczyć, ponieważ moja odwieczna bolączka podróżnicza polega na zadręczaniu się tym, czego nie zobaczyłam, tym, na czym potencjalnie mogłam była oszczędzić, ale wcześniej o tym nie wiedziałam, tym, że moje oczekiwania były tak wybujałe, że rzeczywistość ma problem, by im sprostać itp.
    Dzięki tobie widzę, ile przyjemności nieraz omija mnie przez skupianie się na niedopracowanych detalach. I że chory perfekcjonizm przesłania mi chyba przyjemność życia. Może się wreszcie jakoś ogarnę, dziękuję! :)

  22. Kasia

    Jak pięknie! Cudowna przygoda, aż zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ja nie robię takich fantastycznych rzeczy, to tak dalekie od mojej codzienności… Ale, ale! Świat jest jednak mały. Znalazłam na zdjęciu ze ślubu swojego znajomego Kamila. U niego też widziałam zdjęcia z tego ślubu, ale nigdy bym tego nie powiązała!

  23. Agnieszka | TiAmoFoto

    Wspaniała wyprawa, jestem pełna podziwu, że nie zabrałaś lustrzanki, a zdjęcia z telefonu są tak rewelacyjne!
    Taki ślub, jaki zorganizowali Twoi przyjaciele to prawdziwe marzenie fotografa. Wiele bym dała, aby móc uwiecznić tak piękne uczucia w tak pięknej oprawie… Bardzo wzięłam sobie do serca radę brata Laury i chciałabym kiedyś z moim partnerem stworzyć taką poranną codzienność :)

  24. Konstancja

    O jak dobrze Cię z powrotem czytać, stęskniłam się już! Bardzo zazdroszczę wypoczynku w tak cudownym miejscu wśród życzliwych ludzi, mam nadzieję, że teraz naładowana energią będziesz rozpieszczać nas postami <3

  25. aliny.pl

    Choć kocham Twojego bloga, to pierwszy z Twoich postów podróżniczych, który naprawdę mi się podobał :). Widzę, że podróżowanie bez lustrzanki Ci służy :)))). Dotychczas była to najmniej lubiana przeze mnie kategoria.

  26. Agnieszka

    Co prawda zwykle nie komentuję postów na blogach, ale teraz nie mogę się powstrzymać. Och, wyjeżdżaj częściej w takie podróże! Czytałam tego posta z zapartym tchem! A co do podróżowania z lustrzanką – mam to samo! Mój nikon poszedł w odstawkę, zastąpił go olympus pen! Zabieram go w tegoroczną podróż do Indonezji – zobaczymy czy się spisze. Koniec z bólem pleców, szukaniem odpowiednich ujęć, godzin wybierania i przerabiania zdjęć… To przecież nie na tym polegają podróże! ;)

  27. Paula

    Asiu, zapisuję do listy marzeń chociaż wzdyrgam się na myśl o takiej ilość czasu w samolocie :( Czy możesz zdradzić ile tak orientacyjnie kosztowała Was ta przygoda? Dzięki :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Myślę, że w okolicy 9 tys razem z biletami, ale nie były najtańsze (bo potrzebowaliśmy ich na konkretną datę) plus nie oszczędzaliśmy jakoś szczególnie, wręcz przeciwnie.

  28. Anna

    Czytając Twoją relację wypoczęłam, dziękuję :) Teraz zastanawiam się co zrobić ze swoim pracoholizmem żeby odpowiednio wykorzystać czas i możliwości ,które jeszcze mam :)

  29. KasiaKW

    Eh te Karaiby….Moze nie mielismy skokow do jeziora czy zwiedzania jaskin ze swieczka (z 8miesiecznym brzdacem raczej byloby trudne…) ale tez mam mile wspomnienia z Panamy. A wyspy San Blas to juz w ogole raj na ziemi, mieszkasz w bungalowach z „miejscowa” rodzina i tyle, nikogo wiecej. Nasza wyspe mozna bylo obejsc zanim „sie wypalillo papierosa”.

  30. Magda

    Piękne zdjęcia! uwielbiam amatorskie fotografie z podróży. Prowadzę blog ślubny więc bardzo zaciekawiło mnie to wesele. Może coś więcej o ich ceremonii ślubnej albo o obyczajach? :)

  31. Kasia

    Asiu, czy mogę zapytać, gdzie mieszkaliście na Caye Caulker? Szukam właśnie zakwaterowania na wyspie na ok. tydzień i chatka na palach jak na Twoim zdjęciu byłaby idealna :)

  32. Paulina

    Czytam Twojego bloga już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz odważyłam się skomentować – muszę Ci powiedzieć Joasiu, że jest to pierwszy Twój post, który przeczytałam kilka razy :D Niezwykle podoba mi się opis tej podróży, bo zawiera nie tylko suche informacje, ale też emocje towarzyszące Ci przez czas wyjazdu :) Czy czułaś się w Gwatemali bezpiecznie? Planuję odwiedzić te rejony, ale po przeczytaniu kilku opisów w internecie, zaczynam czuć niepokój…

  33. Lola

    Rzadko się zdarza, żeby blogowy wpis z wyjazdu aż tak mnie zachwycił – wspaniale się czyta od początku do końca. Przygody ze znajomymi, opisy otoczenia. Wanderlust chwycił i nie puści szybko ;) Jest to tylko kolejny argument za wspaniałością tego tekstu.
    Od wielu lat czytam Twojego bloga. Dosyć nieregularnie, ale zawsze z przyjemnością (jak Ty to robisz?).
    Życzę kolejnych wyjazdów, które sprawiają, że człowiek będąc tam kombinuje tylko jak znowu wrócić w to miejsce. I wpisów, które emanują pozytywną energią i pełne są tej szczerości.
    Pozdrawiam.

  34. Wiola

    Ale pięknie. Kurczę aż pozazdrościłam Ci. :( Piękne widoki. Ta hustawka. No cudo! Ale mam nadzieje, że moje wakacje będą równie udane. Fajna ofertę na topdeals4travel znalazłam i tak sobie w tym roku lecę do Hiszpanii odpoczywać. :)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *