Podróż vanem po Australii – z Sydney do Melbourne

Podróż po australijskim wybrzeżu to jedna z najbardziej wakacyjnych rzeczy, jakie mi się w życiu przydarzyły. Przez tydzień czułam się, jakbym grała w surferskim filmie dla nastolatków. Australia jest super!

Na początek przypomnę Wam, jak zaczęłam się nasza podróż. Wylądowaliśmy w Malezji, gdzie spędziliśmy kilka dni, później zatrzymaliśmy się u znajomych koło Sydney, skąd wypuszczaliśmy się na mniejsze i większe wycieczki.

W końcu przyszedł czas na zaplanowaną podróż camperem na południe. To bardzo popularna forma zwiedzania Australii, więc pomyśleliśmy, że nie będzie problemu z wypożyczeniem samochodu. Błąd. To bardzo popularna forma zwiedzania Australii, więc wszystkie campery były już dawno zarezerwowane.

Sprawa była dodatkowo utrudniona, bo chcieliśmy go wypożyczyć w Sydney, a oddać w Melbourne. Obdzwanialiśmy wszystkie wypożyczalnie, bez skutku. Dzień przed wyjazdem, zrezygnowani, zarezerwowaliśmy zwykły, mały samochód osobowy z lotniskowej wypożyczalni. Smutna była nie tylko perspektywa rezygnacji z filmowego klimatu podróży, ale i kosmicznych wydatków na hotele.

Aż tu nagle, wieczorem, dostałam maila, że ktoś zrezygnował i jest dostępny jeden, jedyny samochód. Po pierwszym wybuchu radości poczytałam opinie i okazało się, gorzej trafić nie mogliśmy. Napisała do nas firma, która słynie z udostępniania swoich zdezelowanych samochodów bardzo młodym kierowcom, a na karoseriach maluje najczęściej obraźliwe grafiki. Postanowiliśmy jednak nie wybrzydzać, odwołaliśmy niepotwierdzoną rezerwację na samochód i umówiliśmy się na odbiór naszego vana.

a4

W wypożyczalni były rozkrzyczane grupki nastolatków i studentów, kilka osób z obsługi i my – dwójka emerytów. Szybko załatwiliśmy formalności i pracownik zaprowadził nas do samochodu. Trafił nam się model z wielkim napisem „Don’t stress me, just undress me” na bagażniku.

Moje standardy czystości nie są specjalnie wygórowane (delikatnie mówiąc), a i tak starałam się dotykać sobą tak małej powierzchni, jak to tylko możliwe. Kiedy Michał odpalił silnik, miałam wrażenie, że zaraz coś nam odpadnie.

Wyjechaliśmy jednak na drogę, prawie zahaczając o drzewo jeszcze przed pierwszym skrzyżowaniem. Nie jest łatwo przestawić się na jeżdżenie po lewej stronie, w dodatku takim dużym autem! Ale mimo, że nasza torpeda rozwijała maksymalną prędkość 80 km/h, a radio odbierało wyłączne jedną stację z country, to poradziła sobie znakomicie, a z firmą nie mieliśmy żadnych problemów. Przez napisy było nam trochę wstyd parkować na campingach, od czasu do czasu zapominałam, czym jedziemy i dziwiłam się, że ludzie tak na nas patrzą, ale ostatecznie była to fajna przygoda.

a12

Ruszyliśmy drogą wzdłuż wybrzeża, co chwile natykając się na zapierające dech w piersiach widoki. Było ich tak dużo, że w pewnym momencie przestałam wyciągać aparat i po prostu je chłonęłam. Z klifu, z którego zrobiłam zdjęcie, startowali paralotniarze i lądowali na plaży na dole.

Zaczęliśmy od małego oszustwa i na początek zaplanowaliśmy wizytę w Wildlife Parku, czyli australijskim mini zoo. Tak na wszelki wypadek, jakbyśmy nie trafili już później na kangury czy koale (spoiler alert: martwiliśmy się zupełnie niepotrzebnie).

a2

Pierwszym mieszkańcem, którego spotkaliśmy, był śpiący koala. Nie ma nic słodszego, miałam ochotę ściągnąć go z tego drzewa, przytulić i nigdy nie puszczać.

a2

Z kształtu przypominały mi Chrupka.

a10

Kangurów była cała masa. Zdziwiłam się, że małe kangurki są tak byle jak wrzucone do toreb i wystają im randomowe części ciała.

Kupiliśmy przy wejściu kangurzą karmę (czyli jakąś suszoną trawę), ale kompletnie nie były nią zainteresowane – zupełnie im się nie dziwię, też bym nie jadła suszonej, skoro pod nosem mam świeżą. Karmę zjadła za to z dużym zaangażowaniem mieszkająca obok koza. W całości, z wyrwaną mi z ręki papierową torebką.

a14

Romantyczne walabie, ostatnio przemianowane na „kangury rdzawoszyje”.

a16

a1

a15

Powyżej poza draw me like one of your French girls, poniżej drapiący się kangur – wygląda to prześmiesznie.

a18

Był też pan wombat. I tutaj mała ciekawostka przyrodniczo-geometryczna- wiedzieliście, że odchody wombatów mają kształt sześcianu?

a9

W zoo mieszkało też kilka mniejszych zwierząt, jak surykatki czy marmozety.

a11

a4

Na jedną z pierwszych przerw, które sobie zrobiliśmy wybraliśmy… McDonalds. Podczas wizyty w Sydney Kuba opowiadał nam, jak bardzo zdziwiła go odmienność australijskiej odmiany tego fastfooda. Podobno nawet reklamują się hasłem „how very unMcdonalds”.

I faktycznie, można wybrać sobie rodzaj wołowiny, rodzaj bułki i mnóstwo innych rzeczy, a hipstersko podane jedzenie przynosi kelnerka.

Po raz kolejny przekonałam się też, jak cudownie działa Australia – robiąc zdjęcie potrąciłam swój napój i rozchlapałam go na pół restauracji. Poszłam poprosić o coś do wytarcia, pani przyszła, wytarła, zapytała czy nic mi się nie stało i przyniosła mi nowy.

a8

a7

a9

Co chwilę mijaliśmy jakieś piękne miejsce – a to dziką plażę, a to miasteczko ze skalną dziurą, z której co minuta buchała woda (Kiama). Wszędzie też spotykaliśmy zwierzęta, które w Polsce zobaczyć można tylko w zoo – a to pelikan na słupie, a to tłum papug na stacji benzynowej.

a27

a29

a19

a3

Robiło się późno, więc postanowiliśmy poszukać noclegu. Skorzystaliśmy z WikiCamps, bardzo przydatnej aplikacji do wyszukiwania campingów i wybraliśmy Myola Tourist Park, położony tuż przy plaży. Droga, która na mapie wydawała się spora, okazała się wąską dróżką przez las. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była już prawie dwudziesta. I wtedy okazało się, że australijski slow life dotyczy też campingów – fajrant o siedemnastej, później biuro jest zamknięte na głucho.

Mimo pukania i szukania, nikogo nie znaleźliśmy. Przez chwilę już myśleliśmy, że ktoś do nas idzie, ale to tylko samotny kangur, który przekicał przez parking. Na szczęście zlitował się nad nami jeden z nielicznych mieszkańców campingu i wpuścił nas do środka, polecając zgłosić się do biura następnego ranka. Mieliśmy więc prąd i wodę, ale nie mieliśmy kluczy, żeby wybrać się po coś do jedzenia – bo na wymarłym campingu nie było nic. Nie pozostawało nam nic innego, jak tylko wypić dużo wody i iść spać, żeby przeczekać do rana.

Czy czegoś nas to nauczyło? Nie. Kolejnego dnia znów przybyliśmy na kolejny camping pod wieczór, ale tym razem już się nie udało. Noc spędziliśmy w lesie, trzymając kciuki, żeby nikt nas tam nie znalazł i nie wlepił mandatu za nielegalne biwakowanie.

Nie mieliśmy okazji przyjrzeć się campingowi Myola po przyjeździe, bo w międzyczasie zrobiło się zupełnie ciemno. Zostawiłam więc sobie zwiedzanie na rano, ale po drodze do łazienki spotkała mnie jeszcze tego wieczoru atrakcja – kangurza rodzina, która jak gdyby nigdy nic skubała sobie trawę na campingowym trawniku.

a26

Następnego dnia obudziłam się tak wcześnie, że zdążyłam jeszcze na wchód słońca na plaży. Była zupełnie pusta i poranne bieganie, a potem kąpiel wspominam jako jeden z najlepszych momentów naszej podróży. Był to też ostatni ciepły dzień podczas naszej podróży vanem – dawno tak nie wymarzłam, jak w Australii.

a25

a24

W drodze powrotnej miałam okazję przyjrzeć się campingowi. Bardziej niż miejscem na krótkie wypady był campingowym miasteczkiem – niektórzy mieszkańcy spędzali tu cały rok, przenosili się gdzie indziej, potem wracali. W Australii taki styl życia często prowadzą emeryci, nazywa się ich grey nomads.

a20

a43

a21

a44

a22

a23

Śniadanie zjedliśmy w Jervis Bay, zatoce słynącej z białych plaż, gdzie często przyjeżdżają wypoczywać mieszkańcy Sydney. Było, jak wszystko inne, co jadłam w Australii, absolutnie przepyszne. Później zwiedziliśmy lokalne muzeum morskie. Na zdjęciu strój do nurkowania sprzed ponad sto lat. Zwróćcie uwagę na buty z ołowiu – już wiem, skąd Jeffrey Campbell czerpał inspirację przy swoich Litach!

a42

a41

a40

Zajrzeliśmy też do fantastycznego sklepu ze starociami – były tam wszystkie komiksy świata.

a36

a37

Jedną z kolejnych atrakcji na naszej trasie była Pebbly Beach, malownicza plaża, którą szczególnie umiłowały sobie kangury. I faktycznie – były, były też wielkie fale, z impetem rozbijające się o brzeg. Nigdy w życiu nie weszłabym tam do wody.

a34

a33

a31

a32

a47

a45

a38

Na jednym z campingów Michał odważył się też spróbować SPAMu, czyli zwykłej turystycznej mielonki, od której w pokręcony sposób, przez skecz Monthy Pythona, wzięła się nazwa nachalnych, niechcianych internetowych wiadomości – przeczytacie o tym tutaj.

au1

W międzyczasie krajobraz zmienił się na bardziej zielony i pagórkowaty. W dolinach co chwilę dostrzegaliśmy billabongs, czyli małe jeziorka, a z zarośli spoglądały na nas stada czarnych krów.

a46

Dotarliśmy do maleńkiej miejscowości Tilba Tilba, z centrum składającym się ze sklepu spożywczego, służącego też za restaurację i stację beznynową.

a8

au2

 

a7

au10

a6

au8

Wyjeżdżając, natknęliśmy się na bramę do tajemniczego ogrodu.

au6

au5

A później pomknęliśmy naszym rozklekotanym vanem przez łąki i jeziora, w stronę Great Ocean Road. Ale o niej opowiem Wam już w kolejnym poście.

au9

 

Jeśli nabraliście ochoty na więcej podróżniczych postów, tutaj znajdziecie moją relację z Peru, a tu z Islandii.

Chciałam Was też zapytać o zdanie – do tej pory zwykle składałam pionowe zdjęcia ze sobą, teraz umieściłam je pojedynczo. Z jednej strony więcej na nich widać, z drugiej, nie wyświetlają się w całości na ekranie. Która opcja bardziej Wam pasuje?

PS Uprzedzając ewentualne pytania – zdjęcia robiłam Canonem 6D z obiektywem 50mm 1.4 i Sony Cyber-shot DSC-RX100 (to zdjęcia z szerszym kątem).

37 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. The Natural Minimalism

    Niesamowite miejsce, aż nie można uwierzyć :) Dzisiaj już na Twoim blogu przeczytałam o Islandii, a teraz o Australii i wiem, że kiedyś muszę się tam wybrać bo to są piękne miejsca. I chciałabym się poczuć jak jak w filmie o surferach :P

  2. Iidka

    Haha ten wicked camper to jeszcze nie taki najgorszy się Wam trafił, w NZ widziałam dużo wulgarniejsze napisy, np. o depilowaniu jąder okraszony (nie)stosownym obrazkiem. Przynajmniej (z tego co słyszałam) mają korzystną cenę.

    Super zdjęcia :)

  3. Marta

    Swietna relacja! Wlasnie planujemy podroz vanem do Szkocji i mielismy wypozyczyc vana dokladnie z tej samej wypozyczalni. Po przeczytaniu jednak recenzji, zrezygnowalismy i przerabiamy nasze auto na cos w rodzaju vana :)

  4. Joanna

    Piekna podroz. Niedlugo wybieram sie na kilka miesiecy do Sydney i zastanawiam sie nad pogoda. W jakim okresie bylas tam na wakacjach, ze tak wymarzlas? Kto wie, moze skopiuje Wasza podroz. Masz namiary na jakies inne firmy wypozyczajace vany/campery? Bylas moze przy Uluru?

  5. nieśmigielska

    haha, w stanach już prawie mieliśmy rezerwację na takiego vana, ale cenowo tak bardzo wygrała osobóweczka, że się poddaliśmy. i do dziś nie jechałam vanem :(
    to w australii nie można zaparkować ot, tak? w zatoczce, na poboczu? o losie!
    no i czy ja dobrze widzę, że kaloryczność w macu jest wypisana w kilodżulach?

  6. Asiapaczu

    Świetna podróż! Od dawna marzę o tym by zamieszkać w Australii.
    Niestety nie mam tam ani rodziny ani znajomych wiec szanse są słabe.
    Zawsze wracam na Twój blog z zadowoleniem :) :)

  7. Ania

    Randomowe – dziękuję, znowu się czegoś nowego od Ciebie nauczyłam!
    Post świetny, bardzo ładne zdjęcia i fantastycznie zachowany klimat.

  8. anika

    Świetna wyprawa, trochę przypomina mi nasze podróże. Po Islandii podróżowaliśmy 27-letnią, zdezelowaną Skoda Felicją, w której w dodatku nie zamykały się drzwi, ale kto by się tym przejmował:) A wszędobylskie kangury przypomniały mi naszą podróż poślubną do Szkocji – tam z kolei wszędzie są króliki:) Zawsze się ciesze, gdy widzę takie relacje z wypraw, o ile to lepsze i ciekawsze, niż te wszystkie modne last minute i all inclusive:)

  9. Zeldogi

    Zdjęcie dwóch kangurów na campingu jest rewelacyjne! Jak na okładkę płyty rockowego zespołu. Fantastyczne po prostu!

  10. Dominika

    Cudowne zdjęcia! Świetna podróż. Po prostu zazdroszczę :) Marzą mi się takie wyjazdy, ale chyba za szybko do nich nie dojdzie. Nie tracę jednak nadziei. Odnośnie pionowych zdjęć zawsze mam ten sam dylemat. Łączyć, żeby były widoczne w całości czy pokazać więcej szczegółów i dodawać pojedynczo? Moim rozwiązaniem są obie opcje. Część zdjęć łączę, zwłaszcza jeżeli bardziej zależy mi na całości stylizacji niż na fakturze materiału czy jakimś detalu a część wstawiam osobno :)

  11. aniakujawinska

    Asiu, ten wpis był dla mnie jak podróż sentymentalna. :) Prawie 5 lat temu przejechaliśmy razem z narzeczonym identyczną trasę. Wypożyczyliśmy samochód z Jucy Rentals w Sydney z ogromnym wizerunkiem pani w stylu pin up na karoserii, w bardzo atrakcyjnej cenie… chyba dlatego, że był już mocno zdezelowany, a po pierwszej ulewie okazało się, że dach konkretnie przecieka. :) Ale nie zamieniłbym tego rodzaju podróżowania na żaden inny. Poza tym Australia mnie urzekła i kombinuję jak tam wrócić.
    Czekam na kolejny post i życzę wielu wspaniałych podróży.

  12. kari

    Super relacja :) tak dokładnie wszystko pamiętasz, czy masz jakieś notatki czy po prostu po zdjęciach sobie przypominasz?
    u nas też są takie burgerki w 3 Mcdonaldach w Warszawie, nazywa się to create your own taste, też są przynoszone do stolika :)

  13. Agata

    witam :) jestem tutaj pierwszy raz… pochłonęłam Pani książkę jednym tchem, z ołówkiem w ręku, zakreślając wszystko, co było dla mnie ważne i o czym chcę pamiętać. Za parę dni zamierzam wrócić do niej ponownie. NIE MOGĘ OCHŁONĄĆ. Mam za sobą ciężki czas w życiu, potrzebowałam takiego silnego impulsu, który pomoże zrezygnować ze wszystkiego, co do tej pory było przytłaczające i ciągnęło mnie w dół. Dziękuję! Nie zamierzam zmarnować tej chwili i działam, aby znowu być zwyczajnie szczęśliwą, po swojemu, dla siebie, dla Męża, nie pod publikę. Intymność przede wszystkim!

    PS. nie mogę uwierzyć, że tak późno tu trafiłam. Jest to blog, o jakim zawsze marzyłam. Autentyczny i przede wszystkim z treścią.
    Pozdrawiam i szczerze gratuluję sukcesu, bo niestety wielu ludzi zapomina, że jest to jedynie wynik naszej ciężkiej pracy :)

  14. S

    Dla mnie taka wielkość zdjęć w pionie jest ok (oglądam na 15″ monitorze). Ja bym miała stamtąd chyba połowę zdjęć z kangurami, są fantastyczne! W Barcelonie zawzięcie fotografowałam dzikie papugi ;)

  15. Maja

    Chyba wolę zdjęcia pionowe razem po dwa, bo wtedy widze je w całości, chociaż faktycznie na pojedynczych widać więcej szczegółów, jednak muszę przewijać je i nie widzę całej kompozycji zdjęcia. Zaintrygowałaś mnie stwierdzeniem że dawno tak nie wymarzłaś jak w Australii! Piękne te zwierzęta, fajne domki – takie luzackie, aż zachciało mi się tam jechać :)

  16. Clumsy

    Asiu, ja trochę z innej beczki, polecałaś kiedyś chińskie jedzenie na Chmielnej, nie mogę znaleźć tego komentarza, przypomnisz mi jak się nazywa ten lokal?

  17. Webmaster

    Świetna podróż, zazdroszczę sam planuję się wybrać oszczędzam już od kilku miesięcy. Dziękuję za rady, wyciągnę z nich pewnie wnioski. Pozdrawiam Pani Asiu!

  18. em_ma

    Asiu, mam pytanie, na żadnym ze zdjęć nie widać, zebyś je dotykała, głaskała czy coś takiego, czy jest tak dlatego, ze masz takie powiększenie w telefonie a kangury są płochliwe i nie dałoby rady podejść, czy na przykład jest tak że nie powinno się ich głaskać bo potem są odrzucane przez inne kangury ze względu na ludzki zapach? Tak jest z różnymi morskimi zwierzętami, ale też o ile się nie mylę lądowe zwierzaki tak robią, ale z drugiej strony na Twoich zdjęciach to wygląda tak jakby kangury były taki trochę psami Australii. Jak to jest?

    1. em_ma

      ehhh cofam pytanie, przeleciałam zdjęcia drugi raz i widzę, że na jednym kangur obwąchuje Ci rękę, czyli chyba takie psy Australii to są

  19. Ania

    Chyba jeszcze nie padło to pytanie – a jeśli tak, to przepraszam, ale zależy mi na odpowiedzi: czy konieczne było jakieś specjalne przygotowanie swojego prawa jazdy, aby legalnie jeździć vanem po Australii – przetłumaczenie albo wyrobienie jakiejś innej kategorii niż standardowa B?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *