Australia – Sydney

Ach, Australia! Nie wiem czy starczy mi słów zachwytu. Myślę, że po części wynika on z tego, że nie miałam szczególnie wygórowanych oczekiwań. Dla wielu osób Australia to wymarzony cel podróży, symbol stylu życia tak wyluzowanego i tak cool, jak tylko można sobie wyobrazić. Mnie dziwnym trafem jakoś nigdy szczególnie nie ekscytowała, zawsze miałam w głowie słowa mojego kuzyna, który powiedział mi kiedyś, że „to taka Europa, tylko mają kangury”.

Dlaczego w takim razie wybrałam ją za cel swojej tegorocznej podróży? Bo zamieszkali tam moi znajomi (i są zachwyceni), więc chciałam ich odwiedzić, no i pomyślałam, że jak teraz się nie wybiorę, to pewnie długo, długo w Australii nie zawitam. Australia podskoczyła więc znacząco w górę na liście miejsc do odwiedzania, a do tego trafiły się bilety w rozsądnej cenie, więc nie zastanawiając się za długo, kupiliśmy je i pojechaliśmy – z przystankiem w Malezji, pisałam o niej ostatnio i na pewno jeszcze do niej wrócę.

Po długim locie wytoczyliśmy się z lotniska (byłam zaskoczona, że z Kuala Lumpur to jeszcze osiem godzin – to naprawdę jest po drugiej stronie świata!) i już panowie celnicy przy odprawie paszportowej byli ponadstandardowo mili – jeszcze do tego wrócę, bo to naprawdę niesamowita sprawa. Do tego wyglądali, jakby zaraz mieli wyskoczyć ze swoich budek, złapać deski i popędzić surfować na plażę.

Kuba i Laura odebrali nas z lotniska i pojechaliśmy do Umina Beach, spokojnej miejscowości, w której mieszkają, mniej więcej godzinę drogi od Sydney. Zjedliśmy kolację na dachu i rzuciliśmy się do łóżek, z oceanem obiecująco szumiącym za oknem.

syd1s

śmiać mi się chciało, że siedzimy w tak pięknym miejscu, a znamy się ze zdecydowanie mało urokliwej miejscowości Bieruń Nowy, gdzie mieszkaliśmy jako dzieci

Kiedy tylko otworzyłam oczy i przypomniałam sobie, gdzie jestem, wyskoczyłam z łóżka w sekundę. To, co zobaczyłam po wyjściu z pokoju, zaparło mi dech w piersiach. Dzień wcześniej słyszałam ocean, ale nie mogłam go zobaczyć. Okazało się, że Kuba z Laurą mieszkają praktycznie na plaży, oddziela ich tylko wąska uliczka. Z okna widzą wyspę z rezerwatem fok, a ogromna sosna tuż przy balkonie jest punktem wieczornych spotkań papug z całej okolicy. O zachodzie słońca robią taki hałas, że trudno jest usłyszeć, co mówi osoba siedząca obok. Papugi, nie foki.

smix2

syd2s

smix1

po lewej zejście na plażę, po prawej taras na dachu, czyli wisienka na torcie wspaniałości

syd3s

chłopcy robią śniadanie – będę tęsknić za tymi wszystkimi owocami i pysznym awokado

Rano Laura pojechała do szkoły (studiuje projektowanie mody od bardzo praktycznej strony, więc szyje, kroi i tworzy szablony – i bardzo jej się podoba!), a Kuba miał parę rzeczy do zrobienia, więc żeby nie zawracać mu głowy przed wyjazdem do Sydney, wybraliśmy się na spacer po okolicy.

Przeszliśmy solidny kawał plażą, mijając kolejne strzeżone kąpieliska (chyba pierwszy raz w życiu użyłam tego słowa), aż doszliśmy do skalistego cypla, przy którym prażące słońce i gigantyczne pajęczyny skłoniły nas do zawrócenia. W międzyczasie pierwszy raz popływaliśmy w australijskiej wodzie, wspaniałe uczucie. Chyba że, jak Michał, straci się przy tym soczewki kontaktowe. Przez resztę spaceru, kiedy chciałam pokazać mu coś ładnego, żeby cokolwiek zobaczyć, musiał robić zbliżenie aparatem, a każdy mój pomysł pójścia na skróty czy wspinania się na skały kwitował zrezygnowanym „nie widzę przeszkód”.

syd3as

na plaży było chyba więcej psów niż ludzi, w tym wiele cudacznych kundelków

smix4

syd7s

to zatoka, więc woda jest raczej spokojna, ale jest fragment z większymi falami do surfowania

Po spacerze wsiedliśmy razem w samochód i pojechaliśmy do Sydney. Zwiedzanie rozpoczęliśmy nietypowo, bo od… oglądania mieszkania na wynajem. Laura i Kuba planują przeprowadzkę bliżej miasta i akurat załapaliśmy się na piętnastominutowe okienko dla oglądających. Proces poszukiwania mieszkania to podobno w Australii ciężka sprawa, nie dość że chodzi się na castingi, to jeszcze często działają one na zasadzie „kto da więcej”. Trudno się jednak dziwić, że było dużo chętnych, bo i mieszkanie, i lokalizacja były super, zdecydowanie mogłabym tam mieszkać.

smix3

syd5s

W porze lunchu pojechaliśmy do hipsterskiej dzielnicy Surry Hills, trochę przypominającej mi niektóre części Londynu. Napisy na murach – są. Niszowe, modne sklepiki – są. Marmurowe blaty i miedziane dekoracje – też są.

Było już dosyć późno i wszystkie restauracje zaczęły się zamykać na popołudniową przerwę, więc rzutem na taśmę zjedliśmy po burrito w meksykańskim barze. Zaprosiłam chłopaków i po tym, jak za trzy naleśniki z fasolą zapłaciłam 150 zł, postanowiłam przestać się dla świętego spokoju zastanawiać, co ile kosztuje w złotówkach. Nie da się ukryć, Australia jest koszmarnie droga – jeśli w sklepie czy restauracji kwota w dolarach jest zbliżona do kwoty, którą zapłacilibyśmy w dużym polskim mieście w złotówkach (przelicznik 1:3), możemy uznać, że trafiliśmy w bardzo rozsądne cenowo miejsce.

syd11s

syd8s

smix5

syd10s

syd9s

smix6

po lewej: poprosiłam Kubę, żeby stylowo jadł burrito, po prawej: po obiedzie dołączyła do nas Laura, możecie ją pamiętać z tego posta, jest też autorką przepisu na banana bread, swoją drogą bardzo w Australii popularny, niedawno założyła też bloga!

Już wszyscy razem pojechaliśmy na Bondi Beach – słynną, malowniczą, miejską plażę, znaną z dziesiątek filmów i seriali. Pełno na niej surferów, joginów, osób ćwiczących boks i mnóstwo innych sportów. Przed wyjazdem czytałam, że ponad połowa Australijczyków jest otyła. Nie wiem gdzie oni są, ale na pewno nie w tych częściach Sydney, w których byłam. Nigdzie indziej chyba nie widziałam takiego nagromadzenia ludzi jak z okładek magazynów – pięknych, opalonych, idealnie wyrzeźbionych i generalnie sprawiających, że człowiek zaczyna się czuć jak buła. Na każdym kroku są studia pilatesu czy siłownie, tradycyjne i na świeżym powietrzu. W sklepach, restauracjach czy nawet kioskach z gazetami są bogato zaopatrzone sekcje organic, gluten free, vegan i co tylko sobie w ten deseń zamarzymy.

syd15s

Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę słynny basen przy plaży. Na żywo jest tak samo stylowy, jak na zdjęciach na Instagramie. Szybko dowiedziałam się też, na czym tak właściwie polega sens pływania w basenie ze słoną wodą, jeśli tuż obok jest morze – ale tutaj może zastosuję suspens i zostawię to sobie na kolejny post.

smix7

syd12s

syd13s

smix8

syd14s

Nasz pierwszy dzień w Sydney zakończyliśmy, jedząc steki w restauracji przy Bondi Beach. W Australii zjadłam więcej pysznych steków, niż przez całe swoje dotychczasowe życie, podobnie sprawa wygląda z jajkami w koszulkach. W ogóle wszystko, co zjadłam, było przepyszne, a zupełnie się na to nie nastawiałam. No może oprócz Vegemite – koszmarnie słonego smarowidła do kanapek o smaku zaschniętej mazi zbierającej się na niedomkniętej buteleczce Maggi.

Drugi dzień rozpoczęliśmy już jak porządni turyści – od obejrzenia opery i okolic. To niesamowite, że jej budowę rozpoczęto jeszcze w latach pięćdziesiątych. Dla mnie ten budynek wygląda tak współcześnie, że równie dobrze mógłby powstać w ubiegłym roku.

syd17a

Circular Quay, czyli wybrzeże w okolicach opery, naprawdę robi wrażenie. Jest przestrzennie, wielkomiejsko. Jakimś cudem oprócz smukłych wieżowców, pięknych wiktoriańskich budynków i mnóstwa rozbuchanej zieleni udało się tam upchnąć sporo wolnego miejsca, które pozwala miastu błyszczeć. Londyn w porównaniu wydaje się ciasny i zapyziały.

syd19a

po lewej fantastyczny, otwarty ogród botaniczny w centrum miasta

Później przeszliśmy się do najstarszej dzielnicy Sydney, The Rocks, która faktycznie przypomina dowolne europejskie miasto, jest pełna turystów i nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Ale zaraz potem czekała nas przechadzka monumentalnym Harbour Bridge. Widoki, które się z niego roztaczają, naprawdę są warte spaceru po rozgrzanym asfalcie.

syd16s

smix9

na moście, jak wszędzie indziej w Sydney, można spotkać biegaczy

syd18a

smix12

ten sępo-bocian to ibis, spotykany w Sydney na każdym kroku

Później wskoczyliśmy na jeden z promów, które zastępują w poprzecinanym zatokami Sydney tramwaje, i popłynęliśmy do Darling Harbour, pełnej turystycznych atrakcji zatoki. Przechodziliśmy obok obiecująco wyglądającego muzeum morskiego, ale ponieważ chcieliśmy zobaczyć jeszcze kilka innych miejsc, zostawiliśmy je sobie na następny raz.

smix10

syd21s

smix11

Po lewej wielka meduza w zatoce – wbrew pozorom, często bardziej niebezpieczne są te malutkie. Po prawej polski jacht.

syd22s

jeden z najlepszych burgerów, jakie kiedykolwiek jadłam

Po lunchu oddaliliśmy się od zatoki i pospacerowaliśmy po mieście. Centrum Sydney przypominało mi Londyn, ale mniej płaski i z ładniejszą pogodą. I z milszymi ludźmi – zastanawiam się, w którym momencie nastąpiła przemiana z uprzejmych, ale sztywniackich Brytyjczyków, w przyjaznych i wyluzowanych Aussie. Bycie super miłym i pomocnym to australijski standard. Kiedy raz czy dwa zdarzyło się, że pani w sklepie powiedziała mi po prostu „dzień dobry” i „dziękuję”, przyzwyczajona do zagadujących ekspedientek i żartujących sprzedawców pomyślałam sobie w duchu „ale nieuprzejma”.

syd32s

syd31s

syd30s

Schowaliśmy się przed słońcem w Queen Victoria Building, pięknym, dziewiętnastowiecznym domu towarowym, pełnym eleganckich kawiarni i małych sklepików. Nas najbardziej wciągnęły te z zabawkami i gadżetami związanymi ze sztuką.

syd27s

smix16

Uwielbiam spektakularne sklepy z zabawkami i zawsze do nich zaglądam – na czele listy mam londyński Hamleys.

syd24s

smix14

syd33s

smix15

syd28s

smix13

syd25s

uwielbiałam Barbara w dzieciństwie, zupełnie o tej bajce zapomniałam!

syd23s

syd26s

Popołudniu dołączyła do nas Laura i Kuba i wybraliśmy się promem do Manly – dzielnicy reklamowanej na AirBnb hasłem „why wait for Sunday to feel lazy?”. Słynie nie tylko z pełnej surferów plaży, ale też z licznych kawiarni i barów, często na świeżym powietrzu. Wieczorem spotkaliśmy się z parą znajomych Kuby i Laury, którzy opowiadali nam, że mają w pracy prysznice i specjalne stojaki na deski, żeby móc codziennie surfować w przerwie na lunch – to chyba najlepsze podsumowanie tej dzielnicy.

syd36s

W pierwszych dniach pobytu bardzo mnie frustrowało, że sklepy zamykają się punkt piąta i nie ma szans, by cokolwiek załatwić w weekend. Później przywykłam i zaczęłam doceniać australijski szacunek dla odpoczynku. W końcu jak się mieszka w tak pięknym miejscu, to nie można nie korzystać z jego uroków!

smix17

Tego dnia było wyjątkowo pusto, po popołudniu popsuła się pogoda. Normalnie podobno plaża jest pełna odpoczywających po plaży ludzi, grillujących (czyli robiących barbie, od barbecue), pijących piwo i po prostu spędzających miło czas.

syd38s

syd37s

smix18

zostawiłam w malezyjskim autobusie mój ukochany słomkowy kapelusz, więc kupiłam sobie czapkę, jaką nosili moi koledzy z liceum – so cool!

syd35s

Przyjechałam bez większych oczekiwań, wróciłam z poczuciem, że mogłabym w Australii zamieszkać, najlepiej od razu. Mam jeszcze mnóstwo zdjęć i historii do opowiedzenia, więc posty na pewno będą się pojawiać, razem z informacjami praktycznymi. A jeśli tylko macie możliwość, to koniecznie rozważcie australijskie wakacje – nie tylko się zrelaksujecie, ale też poczujecie się bardziej cool, niż w filmach dla nastolatków. 

85 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Marta

    Witaj Asiu!
    Jeśli mogłabym Cię prosić o poradę, nie mającą nic wspólnego z Australią, będę wdzięczna :)

    Od naprawdę dawna marzy mi się porządny, trwały szary sweter.
    Czy myślisz, że sweter o składzie 83% poliamidu, 17 % alpaki ma szanse być trwały? Tyle się mówi o odporności poliamidu na ścieranie…
    http://www.laredoute.pl/ppdp/prod-324510440.aspx?docid=742115#description

    Dodam, że nie potrzebuję swetra super-ciepłego, ani nie mam żadnych problemów z noszeniem sztucznych włókien, mało się pocę.

    Zależy mi na trwałości (niezmienności wyglądu po długotrwałym noszeniu i praniu) braku mechacenia i kulkowania. Co byś mi doradziła??

    Będę ogromnie wdzięczna za pomoc.

    pozdrawiam
    Marta

    1. Iza

      Jeżeli mogę coś doradzić, to szukałabym odwrotnego składu – więcej wełny, a mniej sztucznego. Taki bedzie o wiele bardziej trwaly, przyjemniejszy w noszeniu i dlugo bedzie wyglądal jak nowy :) Często welny tylko na poczatku sie pilinguja, a w miare użytkowania przestają (np. kaszmir) :) a jezeli nie welna, to może bawełna z dodatkiem? Taki sweter bedzie bardziej uniwersalny, na kazda porę roku…

      1. Marta

        Dziękuję za odpowiedź. Powiedz, dlaczego uważasz że sweter o odwrotnym składzie będzie o wiele bardziej trwały? Czemu przyjemniejszy w noszeniu to rozumiem, ale czemu będzie trwalszy? Jeśli wełna ma naturalne tendencje do pilingowania, zaś poliamid nie?

        1. Iza

          Hmm, nie mam na to żadnych naukowych dowodów ;) ale z doświadczenia wydaje mi sie, ze sweter z wełny nawet, gdy troche bedzie znoszony bedzie zawsze lepiej wyglądał niż znoszony poliamid (bo nawet on nie jest wieczny). Mam w ogóle taka teorie (na własny użytek nazwana teoria skórzanej torby :D), ze naturalne materiały nawet podniszczone wyglądają lepiej niż te sztuczne – właśnie na przykład skórzana torba nawet zyskuje niż ta ze sztucznej skóry.
          A wracając do swetra, to nie jestem całkowitą przeciwniczka sztuczności, bo na przykład w swetrach bawełnianych lubię jej maly dodatek. Wełna jest naprawde wytrzymała i uważam, ze nie potrzebuje tak naprawde w ogóle poliamidu, a jezeli juz to minimalnie – właśnie miedzy innymi, zeby ograniczyć pilingowanie (świetnie sie to sprawdza tez w welnianych plaszczach).
          Na Twoim miejscu poszukałabym jeszcze, bo za te cenę swetra z LaRedoute można znaleźć cos w lepszym składzie, a jak nawet w podobnym, to tym bardziej :)

            1. Style Digger Autor wpisu

              Właśnie myślę od wczoraj co napisać i nie wiem, bo nie do końca rozumiem, dlaczego ktoś miałby robić sweter z prawie samego poliamidu. To nie jest włókno przeznaczone na swetry, tylko takie, które pełni rolę wspomagającą i wzmacnia naturalne włókna. Pierwszy raz się spotykam z takim składem w swetrze, nie powiem Ci na pewno, bo nie widziałam nigdy takiego na żywo, ale ja bym go nie kupowała – bo nie wiem zupełnie, co producent chciał tym składem osiągnąć. Co do trwałości, nie umiem nic powiedzieć niestety w tym przypadku, bo nigdy się z czymś takim nie spotkałam.

            2. Marta

              Dziękuję za odpowiedź!

              Z czystą wełną mam pewien problem. Mam 2 kominy, robione przeze mnie własnoręcznie z 100 % wełny (jeden z Alaski Dropsa, drugi z Big Merino Dropsa) i choć są bardzo ciepłe, miłe i miękkie, to mechacą się jak szalone. Zwłaszcza Big Merino. Alaska wymaga zgolenia raz na 2 tygodnie, może miesiąc. I wkurza mnie to niepomiernie. Podobnie swetry.
              Mam jeden za 100 % wełny merino, jeden z 56 % wełny. Ten 100 % kulkował się pod pachami codziennie. Autentycznie codziennie wieczorem je ściągałam, następnego dnia po kilku godzinach pracy już były. Lepiej trzyma się ten sweter 56 %, ale też raz na miesiąc trzeba go zgolić.
              Czasem mam wrażenie, że brodzimy we mgle, jeśli chodzi o trwałość. Skład to oczywiście wyznacznik podstawowy, ale jak wiemy wełna się od wełny różni jakością często bardzo, podobnie jak i akryle i wiele innych włókien. Mój najtrwalszy sweter, który mam od 1,5 roku, pochodzi z Zalando, ma 85 % akrylu i 15 % wełny, Wygląda jak nowy. Golę go raz na pół roku. I bądź tu człowieku mądry…
              Skorzystałam ze zniżki – 40 % i kupiłam ten poliamidowy sweter. Przetestuję trwałość i noszalność i jeśli ktoś jest zainteresowany to dam znać :)

            3. Ola | Mikmok blog

              Marta, daj znać koniecznie, bo poruszyłaś bardzo ciekawą kwestię!

              Osobiście skłaniam się do teorii Izy, że naturalne materiały ładnie się starzeją, a sztuczne i syntetyczne „dziadzieją”. I bardzo lubię, kiedy materiał naturalny posiada wsparcie syntetyku. Z kolei syntetyków z naturalnymi dodatkami nigdy nie rozumiałam – zawsze wydawało mi się to czysto marketingowym podejściem.

              Poza tym, tak jak piszesz wełna wełnie nie równa itd. Niestety przed zakupem pozostaje to „niesprawdzalne” :(

            4. Style Digger Autor wpisu

              Przy zakupach online faktycznie, ale jak się trochę człowiek wyrobi, to na żywo można ocenić – lepsze materiały są zwykle bardziej konkretne, mięsiste, ciężkie – trudno to opisać słowami, potrzeba trochę prób i błędów, żeby się wyspecjalizować:)

    2. Pi

      Może ja pomogę :) Ponieważ mam cudowną instytucję babci robiącej na drutach, to nanosiłam się w życiu mnóstwa swetrów z różnych rodzajów wełen i wiedzę czerpię z lat doświadczenia. Jeden z moich ulubionych swetrów z czasów nastoletnich, z czystej owczej wełny, musiałam wyrzucić, gdyż na skutek naprawdę częstego używania, wręcz nadużywania, przez lat bodajże pięć, przetarły się w nim rękawy na łokciach. Babcia zastrajkowała i powiedziała, że dorabiać nie będzie, bo sweter jest już stary i JEJ się znudził ;) Drugi z dokładnie tego samego powodu, mimo braku jakiegokolwiek uszczerbku, po latach sześciu po prostu wyrzuciła. Swetry z włóczki naturalnej się pilingują, ale tylko w miejscu częstego styku, czyli w obrębie styku rękawa z bokiem swetra. A i tych kulek nie jest za dużo i wystarczy zebrać je palcami. Dla porównania: kupiłam kiedyś, jakoś idiotycznie natchniona po jednej z pierwszych wypłat, sweterek Mexxa z mieszaniny sztucznej i naturalnej (poliamid, akryl, wełna) w proporcjach zbliżonych do tego co podałaś i zmechacony był stale, i na całej swojej powierzchni. Już nie wspomnę, że poliamid jako dodatek do wełny jest bardzo nieprzyjemny w użytkowaniu i nawet ja, nosząc moher na nagie ciało nie byłam w stanie w tym chodzić. Włóczki naturalne faktycznie, tak jak pisze Iza, nabierają patyny. I po latach nadal wyglądają świetnie. Wyjątkiem może być czysty moher, bez właściwej pielęgnacji posłuży zdecydowanie krócej, gdyż ten długi włos ‚przykleja’ się do splotu i nie wygląda tak imponująco, dodatkowo zdarza się też, że mogą wyciągać się z niego długie włosy. Jeśli chcesz sweter w wersji budżetowej, poszukaj akrylu z domieszką naturalną. A nawet od biedy samego akrylu. Ta włóczka nosi się naprawdę przyjemnie (nie jest prawdą, że tylko naturalne włóczki są takie, bo taki moher czy lama nie są gładkie i ‚gryzą’ jeśli ktoś ma delikatną skórę) i jeśli ktoś ma wrażliwa skórę – bezproblemowo. Dodatkowo dość długo w dobrym stanie. Trzeba jednak liczyć się ze zwiększonym pilingowaniem włóczki. Bawełna w moim odczuciu nie jest najlepszym rozwiązaniem na swetry. Raczej takie bluzko-swetry wiosenno – letnie.

      1. Marta

        Dziękuję za odpowiedź.

        Absolutnie nie chodzi mi o wersję budżetową. Mogę zapłacić naprawdę dużo, jeśli sweter będzie trwały. Ale po prostu nie mogę zgodzić się z teorią, że naturalna wełna mechaci się tylko na styku albo tylko na początku. Bo sama z doświadczenia wiem, że tak nie jest i siedzę z golarką raz na 2 tygodnie i golę cały sweter/komin.

        Wełna wełnie nierówna. Z jakich włóczek Twoja babcia zwykle robi?

        1. Monika

          Ja rownież nie znoszę tego mechacenia sie i tych okropnych kulek :) ale od okolo 6 miesiecy mam sweterek w 70% z merino wool i 30% z kaszmiru i jeszcze ani razu go nie musialam golic! Pojawily sie drobne kuleczki pod machami, ale zebralam je moze trzy razy do tej pory, a sweterek nosze dosc czesto bo i kroj mi pasuje i cieplutki.

          1. Marta

            Oooo to mnie żywo interesuje :) Mogłabyś powiedzieć gdzie go kupiłaś? Tylko nie mów, ze w ciucholandzie, bo się zapłaczę ;) często tam chodzę, ale jakoś nie mam szczęścia.

          2. Marta

            Najchętniej, jeśli to możliwe, to poprosiłabym o namiar na TEN dokładny sweter, bo jak wiemy, wewnątrz każdej marki znajdują się nierówne linie odzieży, a nawet modele :)

            1. Anna

              Ja jesienią kupiłam kaszmirowy sweter Wólczanki http://www.wolczanka.pl/swetry/dzianina-damska-lambert,id-71682 i w ciągu tych chyba juz 5 miesięcy noszenia (dość często), pojawiło się ledwie kilka małych kulek pod pachami. Też myślałam wcześniej, że kaszmir będzie się strasznie mechacił (choć nie miałam wcześniej doświadczenia z żadbym kaszmirowym swetrem), a w ogóle nie ma z tym problemu.

            2. Marta

              Dziękuję Ci bardzo Aniu za radę!! Sweterek jest już dostępny tylko w rozmiarze 32, więc niestety się nie wcisnę, a szkoda, bo śliczny… :) chyba ich zapytam, czy będą mieli dostawę. To świetna cena jak na kaszmir.

      2. Iza

        Jednak wełna wełnie nierówna :)

        Marta, ja jestem bardzo ciekawa jak sprawdzi Ci się ten sweter z LaRedoute, daj koniecznie znac! :) robiłaś tam wczesniej zakupy? Juz kilka rzeczy mnie kusiło, ale jakoś nie wiem czemu ten sklep nie wzbudza mojego zaufania :)

        Pomysl tez nad kaszmirem – on wbrew obiegowej opinii wcale sie strasznie nie mechaci, a jest cudownie mily w dotyku. Podobno sprawdza sie zarówno zima, jak i latem, ale jeszcze nie miałam okazji sprawdzić. Chyba zalezy to od grubości splotu…

        1. Magda

          Dziewczyny, ja mam z ciuchlandów kilka swetrów kaszmirowych i merino. Tylko jeden z nich, kaszmirowy, nieco się kulkuje, ale te kulki można oderwać palcami. Kilka tych swetrów jest z M&S- są naprawdę świetnej jakości! I zgadzam się ze stwierdzeniem, że wełna jakoś lepiej wygląda mimo upływu czasu, niż akryl :)

        2. Marta

          Iza – na pewno dam znać, nie sądziłam, że tyle osób zainteresuje się tematem, dziękuję Wam wszystkim Dziewczyny za super rady :) zakupów wcześniej tam nie robiłam, skusiła mnie Kasia z Szafy Minimalistki. Ona ma sweter co prawda kaszmirowy, ale mówi, że jest z niego bardzo zadowolona. Myślę intensywnie nad kaszmirem i on na pewno będzie „testowany” w następnej kolejności :)

          1. Iza

            Ja właśnie też od Kasi dowiedziałam sie o tym sklepie i myślałam o kaszmirze :D jezeli myślisz o takim swetrze, to ja mam kilka kaszmirowych swetrow i często te sieciowkowe wcale nie są gorsze od tych z drogich, kaszmirowych sklepow :) na przykład te z Mango sa genialne, a jeden mam juz 3 zimę i jest jak nowy. Nie wiem tylko, czy sa do kupienia stacjonarnie, bo u nich zakupy robię tylko w Internecie.

  2. Antonina

    Ahh, Australia… Oglądając i czytając Twoją relację aż chce się spakować w mały plecak, kupić bilety, wszystko rzucić w kąt i polecieć :)
    Gdy byłam mała to książka o Babarze też była moją ulubioną! Mam nawet kasetę magnetofonową, na której moi rodzice nagrali jak z przejęciem opowiadam o przygodach Babara… Miałam wtedy jakieś 4 lata, więc nagranie jest prześmieszne :)

  3. Pyza

    Having fun isn’t hard when you’ve got a library card — boskie! No i ta Sailor Moon… (krajobrazy piękne, relacja faktycznie taka, że nic tylko wsiadać w samolot, ale pozwolę sobie wyrazić zachwyt tymi dwiema drobnymi rzeczami :)).

  4. artdebridge

    Bajeczne miejsce i fantastyczne zdjęcia! Tyle słońca i błękitu <3
    Po przeczytaniu Twojego wpisu chce się tylko spakować walizkę i wyruszyć na takie słoneczne plaże :)

  5. Ania

    hej! swietna relacja, a na zdjęciach Sydney wygląda jak małe miasteczko, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Najbardziej kwapi mnie jednak kwestia, która nie została tutaj poruszona- co z owadami, pająkami, wężami, rekinami itp? Faktycznie trzeba uważać na każdym kroku?:)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Ja żadnego rekina nie spotkałam;) Węża chyba też nie, mignęły mi parę razy jaszczurki, pająki były, ale mało spektakularne. Generalnie raczej o tym nie myślałam, starałam się tylko nie chodzić boso po wysokiej trawie, nie zostawiać na noc butów na zewnątrz samochodu itp.

    2. Ania

      Przez prawie 5 miesięcy byłam w Melbourne i tylko raz widziałam tam pająka, nie wyglądał aż tak źle, ale moja host family mówiła, że to mały huntsman i lepiej na niego uważać. Sydney jest klimatem zbliżone do Melbourne, więc pewnie fauna wygląda tam podobnie. Kolega z uniwersytetu pochodził za to z Brisbane (w stanie Queensland – tam w środku zimy 20 stopni to minimum) i mówił, że ma w domu 29 węży, bo za każdym razem, jak jego rodzina wypatrzyła jakiegoś na podwórku, przygarniała go jako zwierzątko domowe. W ogóle był pełen tych niesamowitych australijskich historii! Morał tylko taki, że w poszukiwaniu „atrakcji” należy wybrać odpowiedni stan w Australii ;)

  6. edithM

    Fajnie piszesz, wzruszylam się jakbym to ja widziala to piękno ;) i uśmiecham się pod nosem ciesząc się twoim szczęściem. Ciągle się zastanawiam gdzie by się tu wybrać żeby również przeżywać takie ekscytacje hmm… Spodobał mi się twój wpis o Kulala Lumpur, czekam na więcej. Podróżuje jednak samotnie, czy myślisz, że Malezja to nie zbyt duże wyzwanie? Nie byłam jeszcze w dalekiej Azji, za to w kilku arabskich krajach (hardcore hahaha). Powodzenia i niekończących się zachwytów nad światem :*

    1. Style Digger Autor wpisu

      Byłam głównie w miastach, ale wydaje mi się, że Malezja to właśnie taka Azja dla początkujących, ani przez moment nie czułam się tam niebezpiecznie:) Jest bardzo nowoczesna i stosunkowo mało „egzotyczna” – przynajmniej takie ja miałam wrażenie.

    2. muki

      Słyszałam, że niektóre miejsca w Kuala Lumpur są niebezpieczne, ale mój chłopak i ja chodziliśmy „na oślep” i w nic złego się nie wpakowaliśmy, wręcz przeciwnie :) Same miłe rzeczy nas spotkały, poznaliśmy mnóstwo miłych osób. Na moje odsłonięte nogi (wylądowałam w KL przez przypadek i się nie przygotowałam – miałam ze sobą tylko spodenki do połowy uda) nikt nie zwracał uwagi, mimo, że prawie wszystkie miejscowe dziewczyny chodziły w chustach, miały długie rękawy i nogawki. Może to nie jest najpiękniejsze miasto na świecie, ale warto spędzić tam kilka dni, pysznie zjeść i pogadać z ludźmi :)

      1. Style Digger Autor wpisu

        Ja nie powiedziałabym, że prawie wszystkie, nie wszystkie Malajki są muzułmankami, to bardzo różnorodny kulturowo kraj. Krótkie sukienki czy spodenki to standardowy widok na ulicy:) Cieszę się, że podróż Wam się udała!

  7. Justyna

    Babar to najlepsza ksiażka na świecie! Miałam tom „W domu” i „W lesie”, a Ty? Kazałam sobie czytać jedną z tych książek minimum raz dziennie, co doprowadzało mamę i babcię do szału :))

  8. Bartololo

    A możesz zdradzić jakimi liniami lotniczymi leciałaś, że bilety były w przystępnej cenie ? Sam się chcę wybrać do Australii na początku listopada tylko, że do Perth i szukam ciekawej okazji :) Z góry dzięki za odpowiedź a Twoje relacja świetna !!

  9. Marta Diuu

    Australię ominęliśmy, ale kilka miesięcy temu byliśmy w Nowej Zelandii. Wiele z Twoich opisów pasuje także do niej – tak miłych ludzi jak tam nigdy w życiu nie spotkałam (i chyba nie spotkam;), a steki były niewyobrażalnie dobre. Ale jakie mogły być skoro na każdym kroku pasły się krowy i owce na ogromnych trawiastych, niezanieczyszczonych terenach :) To czego w Nowej Zelandii nie znajdziesz to wielkomiejskość, o której piszesz w kontekście Sydney – tam nawet stolica jest dość skromna ;) Jednak mnogość krajobrazów zapierających dech w piersiach jest po prostu nie do pobicia! Jest to bezsprzecznie najpiękniejszy kraj w jakim byliśmy (a z mężem mamy na liczniku sumując ok. 40 krajów;) Więc do listy podróżniczej polecam oprócz Australii wrzucić Nową Zelandię – raj na ziemi :)
    A żeby podkreślić uprzejmość i prawdziwą bezinteresowność Kiwi powiem tylko, że gapiosko zgubiłam telefon na plaży, co odkryłam jakieś 250km serpentynowych dróg dalej, po zmroku w deszczowy dzień. Telefon oczywiście spisałam na straty, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności, po przejściu przez co najmniej kilka par rąk (znalazcy nie poradzili sobie z menu w języku polskim;) – ktoś się ze mną skontaktował i telefon do mnie wrócił! Już w Polsce :)

  10. Kasia

    Świetne jest właśnie to, że w Australii ludzie są tak mili a sprzedawcy są nastawieni bardzo prokonsumencko. Aż chce się żyć. Pewnie to słońce też na nich tak działa.
    Widziałam coś takiego w Kanadzie i kiedy wróciłam do Polski zderzyłam się z naszą ponurą stroną osobowości, zwłaszcza w sklepach czy urzędach. Praktykują to też w USA, ale chyba z mniejszą intensywnością.Musimy nad tym popracować, więcej się uśmiechać i być dla siebie milszymi. A telewizji i polityków obrzucających się błotem najlepiej wogóle nie oglądać bo od tego człowiek jest od razu bardziej agresywnie nastawiony.

  11. australia

    Lece do Australii za niecały miesiąc. Ile dni radziłabyś przeznaczyć na zwiedzanie Sydney? Będziemy tam 4 dni, i jeden dzień chciałam przeznaczyć na Blue Mountains, myślisz, że 3 dni na ‚must see’ w Sydney wystarczą?
    Pozdrawiam!

  12. Dagmara Sen

    Przepiękne zdjęcia! Szczególnie urzekł mnie dom nad oceanem. To musi być niesamowite, budzić się z takim widokiem za oknem. Kiedy dziś spoglądam za swoje i widzę śnieg, Twoje zdjęcia jeszcze bardziej działają na wyobraźnię :) No i ludzie, ćwiczący na matach tuż nad wodą – mmmm…

  13. Ania

    Nie byłam w Australii, ale poznałam wielu Australijczyków i fakytcznie, regułą jest to, że są bardzo mili, bardzo gadatliwi i bardzo… głośni ;)

    Natomiast jeśli chodzi o Brytyjczyków polecam BARDZO północ Anglii, jest zupełnie inna niż południe/Londyn, ludzie są przemili i wcale nie „sztywniaccy”, niebo a ziemia :) Poza tym jest tam przepięknie, wystarczy wpisać w Google Images „Peak District” i dech zapiera! :) No i są OWCE! Wszędzie! :D

    1. Ania

      Jeszcze tylko dodam, że niezliczona ilość angielskich filmów kostiumowych jest kręcona w Yorkshire, między innymi Pemberley z Dumy i Uprzedzenia (w rzeczywistości Chatsworth House) :)

  14. Marta

    Ojej jak ja bym chciała teraz tam być a nie tonąć w Krakowie w strugach deszczu:( zawsze marzyłam o Australii ale przeraza mnie ilość żyjących tam robaków i innych dziwnych stworzeń. Czy na prawdę jest ich tak wiele?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Niee, widziałam parę większych robaków przez całe 2 tygodnie, mój brat raz dotknął parzącej dżdżownicy i to tyle – naprawdę nie ma się czego bać, w ogóle o tym nie myślałam.

  15. Dominika

    Asiu, przez Ciebie jeszcze bardziej chcę pojechać do Australii! Kiedyś moim marzeniem było, aby tam zamieszkać, po Twojej relacji widzę, że jeżeli kiedykolwiek pojadę tam na wakacje to albo będę chciała ciągle tam wracać albo zostanę na stałe ;)

  16. Thoughts Blender

    Pod kilkoma względami ta część Australii przypomina wschodnie wybrzeże USA : )Tu ludzie też są dla siebie mili (no może poza większą częścią Nowego Jorku), a jak ekspedientka nie odpowie „dziękuję” to mam poczucie, że jest bardzo nieuprzejma. Poza tym też nie wiem, gdzie niby ci wszyscy otyli Amerykanie. Są tu w znakomitej mniejszości (południowe i środkowe stany to główne regiony, gdzie wystepują otyłe osoby).

    Poza tym, mieszkanie Twoich znajomych – świetna lokalizacja. Zazdrość na maksa! Pięknie. Chciałoby się codziennie jeść śniadania na takim tarasie :)

  17. My Home Rules

    Pamiętam jak byłam na Jamajce, przyleciałam tam w nocy i tak jak Ty nie mogłam od razu zobaczyć piękna jakie mnie otacza. Czytając początek Twojego posta od razu skojarzyłam Twoją poranną reakcję z moją. Totalny zachwyt. Nigdy nie byłam w Australii, ale zawsze pociągały mnie odległe miejsca. Australia is next on my bucket list!

  18. Dorota

    hej:)
    a ja mam pytanie : a jak ze zmiana czasu? jak się czułaś, jak sobie z tym radziłaś, ze zmęczeniem, niewyspaniem …?
    bardzo mnie top interesuje, ponieważ nigdy nie byłam na drugiej stronie świata a mamy lecieć z mężem do Japonii i chyba to mnie najbardziej przeraża, jak sobie radzić z ta zmianą rytmu dzień/noc ….

    1. Style Digger Autor wpisu

      W tamtą stronę nie miałam właściwie żadnych problemów, za to po powrocie chodziłam przez kilka dni spać o 19:) Nie dotknęło mnie to jakoś szczególnie, ale to pewnie indywidualna kwestia. Zazdroszczę bardzo Japonii!

  19. Sławomira

    Ten napis o bibliotece <3 Ta książeczka ze sklepu z zabawkami :D Te krajobrazy <3

    Co do basenu – niech zgadnę, jest o tyle fajnie, że nie ma w nim meduz ani innych niebezpiecznych stworzeń?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Meduzy to akurat chyba mogłyby się przelać górą, przede wszystkim nie ma w nich prądów, które w oceanie potrafią być naprawdę silne i niebezpieczne.

  20. Aleksandra

    Przepiękny post, a te zdjęcia – aż chciałoby się tam pojechać :) Takie wspomnienia są magiczne i potrafią później, gdy w Polsce zima i okropna pogoda, podnieść człowieka na duchu :)

  21. Anika

    Posta czyta się jak relację z raju. Australia jest moim wymarzonym miejscem do życia… Niestety jest też dość droga jak na nasze europejskie kieszenie…

  22. Kasia

    Witam! To mój pierwszy komentarz choć bloga czytam od początku! Serio serio :-)
    Australia to moje marzenie, kiedyś chciałam tam zamieszkać, ale jednak ta odległość mnie przerażała. Teraz często z mężem żartujemy że spakujemy synów, kilka książek i kupimy bilety w jedną stronę – do Australii, ech takie tam nierealne wizje w szary poniedziałek przy kawie.
    I jeszcze w temacie swetrów: odpowiedzią jest 100% kaszmir i meriono wool. Kaszmirowych swetrów mam z 7 ( sorki Marta wszystkie z ciuchlandów ;-) ) są genialne, cienkie i ciepłe i w ogóle się nie mechacą lub baaardzo delikatnie. No poza jednym z Zary. ten z Zary jest tragiczny, ale z ręką na sercu mogę polecić te z Marks&Spencer linia Autograph oraz Tesco linia F&F! Oczywiście piorę je ręcznie, wyciskam w ręcznik i suszę rozłożne… 100% Wełna merynoska także się nie mechaci! Tu niezastąpiony będzie GAP, który oferuje bardzo porządną jakość lub wszelkiego typu firmy norweskie, które specjalizują się w takiej odzieży. Z tej wełny mam sporo ubrań dla swoich chłopaków i nigdy nie użyłam golarki. Przysięgam na Australię ;-) Uff, ale się rozpisałam…mam nadzieję, że nie zanudziłam i pomogłam. Pozdrawiam Asię i czytelniczki! :-)

  23. crissy

    Rewelacyjna relacja!. Czekam na więcej. Uwielbiam oglądać na youtube filmiki osób tam mieszkających. Pewnie nigdy do Australii nie pojadę (nie za dobrze się czuję podczas długich podróży samolotem), ale cieszę się, że ktoś może swoje marzenia realizować i z wielką przyjemnością oglądam wspomnienia innych.
    Zdjęcia przecudne!
    Dwa razy byłam w Kanadzie (jedyne 9-10 godz. lotu) i ludzie tam są podobnie przyjaźni. I od razu człowiek (a przynajmniej ja) nabiera jakiejś takiej wolności jeśli chodzi o ubiór czy makijaż. Kanadyjczycy bardzo na luzie podchodzą do tych kwestii i jakoś automatycznie się ten luz załapuje. Nie miałam problemu z wyjściem do galerii handlowej w dresie (chociaż w Krakowie, w którym mieszkam, do sklepu staram się przebrać w coś mniej domowego) czy też bez makijażu (jestem wtedy totalnie bezbarwna).
    Czy w Australii zaobserwowałaś podobne zjawisko? Czy jednak te tłumy pięknych ludzi działają jakoś deprymująco?
    Przy okazji jeden mały pomysł – czy myślałaś może o poście jak ogarnąć organizacyjnie, ubraniowo, etc tak długą podróż? Chętnie bym o tym poczytała.
    Pozdrawiam gorąco!

  24. AnnRK

    Podróż-marzenie! Co prawda raczej z tych marzeń odległych, ale mam nadzieję – dających się spełnić. :)

    Mam do Ciebie pytanie odnośnie zdjęć i z góry bardzo dziękuję za odpowiedź. Jakim aparatem/obiektywem zrobiłaś australijskie zdjęcia?

  25. Wiola

    przyjemnie się czytało i ogladało, niesamowita egzotyka, nie tylko natury ale i architektury i stylu życia, ale czuć niedosyt, koniecznie opublikuj następną część :) A i przy okazji – nie zrozumiałam tego fragmentu czemu pomyślałaś, że pani ekspedientka była nieumprzejma, mówiąc „dzień dobry”? chodzi o napraszanie się, tak? pozdrawiam :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Nie, chodzi o to, że wszyscy inni byli tak niesamowicie mili, zagadując i żartując, że w porównanie zwykłe dzień dobry wydawało się ponurackie:)

  26. Pingback: Polecanki – marzec 2016 – Inne miejsca

  27. Sorbet

    O Australii opowiada na swoim kanale Hania, się to nazywa Kącik Hani. Jest to starsza pani, która mieszka tam od 30 lat, opowiada jak to z mężem uciekła z Polski. Ciekawe, coś innego od kosmetyków i robienia fryzury.

  28. Justyna

    Cudowna relacja z podróży. Świetne zdjęcia! Bałam się podróży do Australii ale po Twojej relacji marze by tam się znalezc i juz planuje wyjazd :)

  29. monika

    Piękny post i obłędne miejsca! Jestem niesamowicie ciekawa motywu z basenem mam nadzieję, że niedługo się dowiemy co miałaś na myśli :)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *