Malezja – Kuala Lumpur

Od paru lat moim ulubionym sposobem na dalsze podróże jest „gdzie mnie Fly4free poniesie”. Zamiast szukać lotów do konkretnych krajów, wybieram z dostępnych aktualnie ofert miejsce, które wydaje mi się interesujące. Czasami są to miejsca, o których niewiele wcześniej wiedziałam. Lubię ten tryb, bo nie buduję wtedy przed podróżą nadmiernych oczekiwań i nie czuję rozczarowania, gdy miejsce okazuje się inne, niż w moich wyobrażeniach.

Tym razem było trochę inaczej. Pewnie nie zdecydowalibyśmy się na podróż do drogiej Australii, gdyby nie to, że od kilku miesięcy mieszkają tam moi przyjaciele. My, czyli ja i Michał, mój brat. Cieszę się, że ich zobaczę, ale mam też wrażenie, że to dobry pretekst, żeby wybrać się na drugi koniec świata. Inaczej pewnie odkładałabym podróż na Antypody w nieskończoność.

Co w takim razie w tytule posta robi Malezja? Mieliśmy przesiadkę w Kuala Lumpur, więc postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i spędzić tam kilka dni.

Po długiej podróży i wieczornym lądowaniu jedyne, na co mieliśmy chęć, to szybki nasi lemak z jednej z wielu chodnikowych budek i pójście spać. Pokażę Wam go później na zdjęciu – to klasyka malezyjskiego street foodu, który uważany jest za jeden z najlepszych na świecie. Mieszają się w nim kuchnie trzech największych narodowości Malezji – malezyjska, chińska i indyjska. Większość dań jest nie tylko pyszna, ale i tania – nasi lemak kosztuje 5 zł, podobnie chicken rice, różnego rodzaju makarony i zupy też nie przekraczają 8 zł. To wszystko sprawia, że wielu Malezyjczyków w ogóle nie gotuje w domach.

nasis

Jedno z moich lepszych wakacyjnych wspomnień to pobyt w lesie deszczowym w Peru, dlatego od razu pomyśleliśmy, że porównamy go z dżunglą malezyjską. Zwiedzanie Kuala Lumpur zaczęliśmy więc od… całodniowego wypadu za miasto. Chcieliśmy dotrzeć w mniej popularne miejsce i przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej, więc skorzystaliśmy z oferty firmy oferującej „adventure trips”.

Chen, nasz przewodnik, przyjechał po nas o 6 rano. Rozmawiało się z nim fantastycznie, był bardziej cool niż najbardziej wyluzowany australijski surfer i miałam wrażenie, że jest mniej więcej w naszym wieku. Byłam w ciężkim szoku, kiedy powiedział nam, że ma 45 lat i prawie dwadzieścia lat spędził, pracując w korporacji.

Pojechaliśmy do małego miasteczka Kuala Kubu Bharu, około godzinę drogi od KL. Przed wyruszeniem w drogę (oprócz tego, że zebraliśmy drużynę), zatrzymaliśmy się w lokalnej restauracji na naleśniki – jeden z jajkiem, jeden z cukrem i masłem, na słodko. Ten drugi smakował nam zdecydowanie bardziej.

kl2s

kl1s

Naszym celem był trzystopniowy wodospad Medang. Wcześniej jednak czekała nas półtoragodzinna wędrówka przez las i wspinaczka na wzgórze – miejscami bardzo strome. Sam marsz nie był szczególnie wymagający, ale wilgotne powietrze sprawiało, że trudno nam było oddychać. Miałam wrażenie, że ostatni porządny oddech wzięłam na lotnisku w Stambule. Na szczęście trafiliśmy na niezbyt ciepły dzień, jak na malezyjskie standardy, no i w lesie było dużo chłodniej.

Las deszczowy okazał się nieco mniej spektakularny, niż ten w Peru – nie było w nim aż tak gigantycznych drzew, małpy też nie skakały nam nad głowami jak w Księdze Dżungli, chociaż było je słychać. Ale i tak był ciekawy – momentami przypominał plan Jurrasic Parku, widzieliśmy dużo dziwnych roślin, które uciekają przed dotykiem, gigantyczne mrówki i motyle wielkości małego gołębia.

mix2

kl9s

mix12

W końcu przed nami wyłoniło się pierwsze piętro wodospadu – wyglądał imponująco. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów w górę, przeprawienie się przez rzekę po śliskich kamieniach (to nie było łatwe, bałam się, że wyląduję w wodzie razem z aparatem) i dotarliśmy na miejsce. Byliśmy tam sami, przez całą drogę zresztą nie spotkaliśmy żywej duszy. Było idealnie czysto i cicho.

hdr

kl4s

Kilka razy pływałam już w wodospadach, ostatnio chyba na wakacjach w Chorwacji, ale zawsze były to pełne turystów miejsca. Wielki wodospad w dżungli to zupełnie inne doświadczenie. Było wspaniale, mimo że trochę się poobijałam na śliskich kamieniach – były między nimi niespodziewane przerwy i zdarzało się, że robiłam krok i byłam po kolana w wodzie, robiłam następny i sięgała mi już do ramion. Chen pokazał nam też miejsce, nadające się do skoków. Nie chciało mi się drugi raz przebierać w strój kąpielowy, więc pomyślałam, że wyschnę w drodze powrotnej. Nie wzięłam pod uwagę, że pierwsza zasada malezyjskiej wilgoci głosi, że wszystko co zostanie zamoczone, pozostanie mokre aż do wylotu. Nie mogę doczekać się prania u Laury i Kuby!

mix1

Kiedy skończyliśmy pływać, Chen ugotował dla nas wodę na herbatę, zjedliśmy też nasi lemaki, które mieliśmy ze sobą. To zawinięty w liść bananowca ryż z ostrym sosem, który na szczęście można dozować, jajkiem, małymi rybkami i orzeszkami. Często występuje też w bogatszej wersji, z kurczakiem. Brzmi jak nic specjalnego, ale wszystkie składniki świetnie się komponują, a sos, oprócz samej ostrości, ma też ciekawy smak.

kl5s

kl8s

Posiedzieliśmy jeszcze trochę nad wodospadem i zeszliśmy na dół, mijając domki rdzennych mieszkańców tych terenów, wybudowane na skraju dżungli. Wyglądały na naprawdę przyjemnie miejsce do życia.

kl11s

Chen opowiadał nam, że buduje właśnie swój mały ośrodek wypoczynkowy w okolicy. Dżungla to jego pasja, brał udział w wielu wyprawach i od zawsze marzył o własnym miejscu, w którym będzie mógł pokazywać innym jej uroki. Poprosiłam go więc, żeby pokazał nam plac będącej już na ukończeniu budowy. Spodziewałam się tradycyjnych domków albo chatek bez wyrazu, a zobaczyliśmy wyglądający super nowocześnie zespół mieszkalnych kontenerów, skupionych dookoła basenu. W planach jest industrialny wystrój, bar i domek na drzewie. Już sobie wyobrażam zachwyty na Instagramie!

Przy okazji dowiedziałam się też, całkiem niespodziewanie, jak rosną ananasy.

mix15

Zmęczeni marszem i pływaniem, z przyjemnością usiedliśmy w małej chińskiej restauracji. Zamówiliśmy laksę – zupę z mlekiem kokosowym i mnóstwem innych rzeczy. Była bardzo dobra, ale tak ostra, że trudno mi było ją przełknąć – jestem kiepskim zawodnikiem, jeżeli chodzi o pikantne potrawy.

kl15s

mix3

kl13s

Po powrocie do miasta pojechaliśmy zobaczyć Petronas Towers, jedne z najwyższych budynków na świecie, najbardziej rozpoznawalny symbol Kuala Lumpur. Są pięknie oświetlone i naprawdę robią wrażenie.

kl3s

Co chwila padał deszcz, ale nie robiło się przez to jakoś szczególnie mniej ciepło.

mix4

Chcąc rozmienić pieniądze na bilet, kupiłam na stacji hipsterski sok, który okazał się jednym z lepszych, jakie kiedykolwiek piłam.

kl24s

Ponieważ zbliżał się Chiński Nowy Rok, wybraliśmy się do China Town obejrzeć dekoracje. Wiele się naczytałam o tym, jak trudno jest poruszać się transportem publicznym po Kuala Lumpur, ale moje doświadczenia były dokładnie odwrotnie. Wszędzie, gdzie chcieliśmy, mogliśmy łatwo dostać się bezobsługowym metrem, które było świetnie oznaczone. Na wielkim dworcu głównym było mi się odnaleźć łatwiej, niż w podziemiach warszawskiego Centralnego. A już zupełnie rozłożył mnie na łopatki pociąg na lotnisko. Nie dość, że był w nim darmowy, szybki internet, to jeszcze na samym dworcu można było nadać bagaż, który sam trafiał później do właściwego samolotu – niestety tylko w niektórych liniach.

mix7

kl17s

widok z naszej stacji metra

Chińska dzielnica była głośna, kolorowa i zatłoczona, ale równie czysta, co reszta Kuala Lumpur – to zdecydowanie najbardziej uporządkowane azjatyckie miasto, w jakim byłam. Nie, żebym była w szczególnie wielu, ale ład i czystość naprawdę robiły wrażenie.

mix11

kl26s

kl27s

mix5

W Kuala Lumpur spędziliśmy jeszcze trochę czasu przed wyjazdem w inną część Malezji i lotem do Australii. Będziemy to jeszcze na jeden dzień w drodze powrotnej, więc wrócę do Was z resztą relacji.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Zawsze po podróżniczych postach dostaję od Was mnóstwo pytań, więc pomyślałam, że odpowiem na te, które pojawiają się najczęściej.

Nocleg: spaliśmy w hostelu Bohdi Lodge, jedną stację od dworca centralnego. Dwuosobowy pokój kosztował nas 35 zł/dobę/osobę. Raz mieszkaliśmy w typowym hostelowym pokoju, raz w klitce z matami na podłodze, ale na krótki pobyt był ok. Lokalizacja była super, cena śmieszna, a obsługa bardzo miła i pomocna.

Trekking po dżungli: korzystaliśmy z usług Primal Creations i było super.

Transport: kilka miesięcy wcześniej kupiliśmy dzięki promocji na Fly4Free bilety przez Stambuł do Kuala Lumpur, bardzo przyzwoitymi liniami Turkish Airlines. Kosztowały około 1500 zł/osobę w dwie strony. Z lotniska do miasta przyjechaliśmy autobusem (11 zł, około godziny), a wracaliśmy na nie pociągiem (55 zł, 20 minut). Po mieście poruszaliśmy się metrem i, okazjonalnie, taksówkami, trochę tańszymi niż polskie. Próbowałam używać Ubera, ale nikt nie chciał nas brać.

Zdjęcia: zdjęcia robiłam Canonem 6D, jak zwykle z obiektywem 50mm 1.4, kilka zrobiłam też telefonem Huawei Honor 7 i parę ukradłam Michałowi – robił je kompaktem Sony Cybershot RX100.

PS Jeśli chcecie być na bieżąco ze zdjęciami z naszej podróży, zapraszam Was na mojego Instagrama – wrzucam je tam znacznie częściej, a komputera staram się nie otwierać, o ile naprawdę nie muszę.

insta

PS2 A jeśli macie jakieś rekomendacje co do nietypowych, ciekawych miejsc w Sydney, to też chętnie przeczytam!

35 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Kicia

    Odkąd zobaczyłam na fejsbuku, że wybierasz się w daleką podróż, nie mogłam doczekać się relacji na blogu! <3

  2. joanna

    Ale idealnie trafiłaś z tym postem, przedwczoraj kupiłam właśnie bilety do Malezji, także w maju będę miała okazję tam spędzić 3 tygodnie:) Wypad do dżungi wygląda super, muszę koniecznie zapisać sobie namiary na Chena, które podałaś. Czekam z niecierpliwością na dalsze relacje!

  3. Kasia

    Hmm…ciekawe, że miałaś problem z Uberem. W moim przypadku świetnie się sprawdził w KL. Ale to może dlatego, że głównie korzystałam z niego poza centrum.

  4. czmiel / Autumn in Berlin

    Księga dżungli <3 Bajka! Udanego pobytu w Australii teraz Ci życzę! I och, widzę, że nie jestem jedyną Asią która nie przepada za ostrymi przyprawami (a znajomi z Indii śmieją się, że imię "Asia" zobowiązuje! ;) )

  5. Annaaaa

    Koniecznie sprawdź bloga Where is Juli+ Sam! Mieszkają w Brisbane, ale pewnie znajdziesz też informacje o Sydney.

  6. Dominika

    Piękne miejsca… totalnie inny świat od naszego – europejskiego. Coraz bardziej ciągnie mnie w tamte rejony. Jakaś taka chęć poznania czegoś nieznanego :)
    Udanego wyjazdu!!

  7. Ewka

    Jak będziesz miała więcej czasu koniecznie wyjedź na południe od Sydney, do Jervis Bay – zatoki z podobno najbielszymi piaskami na świecie. Najładniejsza i łatwo dostępna jest na Hyams Beach, ale jadąc dalej przez busz dojezdziesz do dzikiej Murrays Beach. Koniecznie przejedż przez piękny Royal National Park do Wattamolla Beach i wcześniejszej, przy Marley Lagoon. Polecam też dziką i wietrzną Cronullę i historyczne La Perouse ze świetnym drewnianym mostem prowadzącym na małą wyspę. Okolica jest znana z dużej ilości rekinów ;) Najmniej zatłoczona miastowa plaża to Maroubra z wielką kostką Rubika na piachu. Najbezpieczniej ponurkujesz i zobaczysz najwięcej podwodnych okazów na Clovelly Beach.
    Pasiasta latarnia na Watsons Bay to przymus, a z pólnocnych plaz koniecznie zobacz Dee Why i wdrap się na górkę przy polu golfowym. Nie zapomnij o wyspach w samej zatoce. Popłyń promem na Cockatoo Island – wyspę byłego więzienia i stoczni – cos niesamowitego. Na dłuzsza wycieczke na północ polecam tez Nelson Bay.
    Luty to koniec sezonu, wiec bedzie dobrze! Udanej wyprawy! :)

  8. Anna M.

    Piękne zdjęcia. Zazdroszczę kąpania się w wodospadzie – był pusty specjalnie dla Was:)

    Udanego wypadu w Australii. Mam nadzieję, że będziesz tak zajęta, że przeczytasz komentarze po powrocie:D

  9. A.

    :) Sydney jest wspaniałe i najlepiej zejść je całe wzdłuż i wszerz…pewnie na każdej typowej liście zwiedzania znajdują się opera, Harbour bridge (można się na niego wspiąć :D), oceanarium, Sydney Tower Eye itp., a ja polecam sprawdzić, co się dzieje w Art Gallery. Miałam to szczęście, że akurat trafiłam na moment, gdy wystawiano prace Picassa i dla mnie to było kosmiczne przeżycie! Jeśli zechcesz poleniuchować : Bondi beach. A nie tak daleko od Sydney znajdują się Blue Mountains, Kanangra Walls… przecudowne, kojące widoki, naprawdę warto się wybrać…

    Życzę Ci udanego pobytu i samych pięknych chwil :)

  10. makate

    Działa na wyobraźnię :) czekam na kolejne wpisy z podróży, podróż na Antypody to wielkie marzenie, które kiedyś na pewno zrealizuję :))

  11. Karolina | Definiuję blog

    No proszę, właściwie nigdy nie myślałam o Malezji jako miejscu, które chciałabym odwiedzić, ale Twoja relacja naprawdę zachęca :) Jednak bardziej zazdroszczę tej Australii i nie mogę się doczekać kiedy na blogu opowiesz trochę o swoich wrażeniach z tego odległego zakątka :))

  12. pstra matrona

    Super! Piękne zdjęcia. Nie mogę doczekać się Australii, nigdy tam nie byłam! Też jestem teraz w miejscu gdzie to co raz zamokło pozostaje mokre do wyjazdu- tyle, że tu wszystko jest mokre od razu bez skakania do wody. Ślę deszczowe pozdrowienia z Yakushimy i łączę w pragnieniu prania.

  13. Madam Malonka

    Bardzo ciekawa relacja. Po niej chętnie bym to miejsce odwiedziła. Chciałam też w ten sposób podróżować, tj. z flay4free, niestety cierpię na wieczny brak urlopu. Uważam jednak, że warto czasem nawet na jeden dzień wybrać się w jakieś miejsce. Wylecieć z samego rana i wrócić wieczorem. Lepiej zobaczyć trochę, niż w ogóle. Próbuję do tego przekonać swoją drugą połówkę, na razie niestety opornie :)

  14. Natalia

    Sydney:
    wiadome miejscówki: Opera, Circular Quay, Martin Place CBD, The Rocks, Harbour Bridge, Botanic Gardens, Oxford Street, Kings Cross nocą, choć to już nie ta sama czerwona dzielnica – niestety, Manly Beach, Bondi Beach, Coogee Beach.
    Mniej oczywiste: Cockatoo Island, Palm Beach, Blue Mountains (Charles Darwin Walk i Wentworth Falls , Three Sisters dość przereklamowane ale ładne, strona: http://www.wildwalks.com super strona z treckingami, świetne ścieżki wzdłuż Bondi-Cogee, The Spit to Manly – pięknie i mniejszy tłum, Watsons Bay też ładne, Nielsens Park), Glebe i Surry Hills, Newtown, Redfern to dzielnice dość hipsterskie, super kawiarnie i restauracje Potts Point (Llankely Lane ma ciekawe miejscówki), Elizabeth Bay – Posh ale fajne restauracje i kawiarnie.
    A propos kawiarni: Po pierwsze to All Press i Campos kawy są pyszne, w CBD kawiarnia The Nook, The Bunker na Darlinghurst, Coffee Tea and me – jest kilka lokalizacji, Burke Street Bakery, Aqua Bar (Bondi), Manly Beach ulica Belgrave – Cartel Cafe i dosłownie tyyyysiąc innych.
    Bronte Beach i kawiarnie tam też są super.
    Muzeum – Powerhouse Museum na Darling Harbour/Pyrmont, China Town, Contemporary Art Museum (The Rocks), Macqarie Street.
    Na południe od Sydney:
    Bundeena – można tam dotrzeć pociągem z centrum do Cronulla i z Cronulli wziąć prom oldschoolowy do Bundeeny. Royal National Park kryje piekne plaże i Bush Walk Tracks, Jervis Bay – kangury i biały piasek.
    Północ Sydney: Port Stevens, Fingal Bay, Port Nelsons, The Entrance, The Ku-rring-gai Chase National Park, Na północy jest szansa zobaczyć koale.
    Na Palm Beach jest wypożyczalnia łodzi – nie drogo można popływać po zatoce, która jest przepiękna! Tam można zobaczyć goanę i wallabies. Palm Beach jest cudowne, osobiście wole od strony zatoki.
    Po drodze do Port Stevens jest plaża ‚pustynia’ Stockton Beach.
    Mudgee – cudowny region z winnicami! Od razu nie polecam przereklamowanego Hunter Valley.
    Co do opinii o restauracjach polecam: eatability.com.au, urbanspoon.com.au, beanhunter.com
    Ah, właśnie właśnie – Kurtosh w Kurtosh na Darlinghurst, mniam mniam mniam!
    Troche chaotyczne porady, ale od razu pojawiła mi się cała masa pomysłów na Sydney, więc pisałam pod wpływem ‚natchnienia’.
    Udanego pobytu i jakby co, pisz Asiu na @, na pewno odpowiem.
    Pozdrawiam
    Natalia

  15. Agata

    Moze nie jest to typowa turystyczna atrakcja, ale mi sie podobalo – w ratuszu jest model calego miasta w skali 1:500, uzywany do lokowania w skali miasta inwestycji powyzej konkretnej sumy czy metraza (czyli nie prywatne domy, raczej wielkoskalowa mieszkaniowka, komercyjne budownictwo badz publiczne budynki). Zanim udzielone zostana wszelkie pozwolenia na budowe, widac jak taki budynek bedzie sie wpisywal w miasto. Dla mnie bulo super zobaczyc w ten sposob miasto „z lotu ptaka”. Tu znalazlam na youtubie filmik pokazujacy ten model: https://www.youtube.com/watch?v=Q1ONcDRyy90

  16. Marta

    Rewelacja! Masz rację, żal byłoby nie skorzystać z przesiadki i nie poznać choć trochę Malezji… Marzy mi się daleka podróż, już jakiś czas minął od ostatniej…
    Póki co czekam na dalsze relacje i życzę udanego pobytu, zero nudy, maksimum frajdy z każdego dnia! :)

  17. Pingback: Podsumowanie lutego + tapeta z kalendarzem. - simplife.pl

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *