5 powodów, dla których nigdy nie masz się w co ubrać

W sieci krąży mnóstwo memów z cyklu „stoi dziewczyna przed szafą pełną ubrań i jak zwykle nie ma się w co ubrać, he he he”. Założę się, że nie raz Was taka sytuacja spotkała, mnie spotykała swego czasu co rano. Długo wydawało mi się, że taka jest kolej rzeczy i nic nie da się z tym zrobić.

Błąd. Problemy z szafą to problemy jak każde inne, da się je rozłożyć na czynniki pierwsze i najzwyczajniej w świecie wyeliminować. Najpierw musimy jednak wiedzieć, skąd się biorą i o tym jest dzisiejszy wpis. A więc, dlaczego wydaje Ci się, że nie masz się w co ubrać?


Masz za dużo rzeczy


Ubrania, do których kiedyś schudniesz, te, których nie lubisz, ale jakoś głupio Ci wyrzucić, rzeczy, które czekają na doszycie guzika albo zaniesienie do pralni. Ten cały bałagan sprawia, że trudno jest Ci się dokopać do ubrań, które faktycznie masz ochotę nosić. Wydaje Ci się, że żeby dojść do ładu ze swoją garderobą, potrzebujesz nowej szafy, bo Twoja obecna jest za mała/zbyt ciemna/nie ma miliona akcesoriów do organizacji? Jeśli pozbędziesz się ubrań, w których nie chodzisz, te wszystkie rzeczy nie będą już problemem.


Masz za mało rzeczy


A konkretniej, za mało bazy. Będzie Ci dużo łatwiej się ubierać, jeśli przynajmniej 70% Twojej szafy będą stanowić pasujące do siebie, bazowe elementy. I wbrew temu, co często sugerują magazyny, wcale nie muszą to być białe t-shirty, czarne sukienki czy baleriny. To powinny być rzeczy, w których czujesz się jak w drugiej skórze, absolutnie bezproblemowe w noszeniu i przynoszące Ci radość. I to, czy będą to białe koszule i spodnie z zakładkami, czy kolorowe bluzy i sportowe buty, zależy tylko od Twoich upodobań.

U mnie bazę stanowią proste koszule i lejące się bluzki z dekoltem V, wkładane przez głowę swetry, proste lub lekko rozszerzane spódnice do kolan, spodnie z zakładkami i rurki, sukienki z kołnierzykiem i kurtki/marynarki o kroju ramoneski.

Jeśli nie skompletujesz sobie porządnej bazy, do tych szałowych czerwonych szpilek zawsze będzie Ci brakować stonowanej sukienki, a tłoczona we wzory spódnica wyląduje nigdy nienoszona w szafie, bo nie będziesz do niej miała pasującej gładkiej bluzki. Cała trudność leży w tym, że dużo łatwiej wydaje się pieniądze na rzeczy spektakularne, ale bez dobrej bazy nie zbuduje się sprawnie funkcjonującej garderoby.


Twoja garderoba ma złe proporcje


Po latach szarpania się z własną szafą odkryłam bardzo prostą prawdę – górne części garderoby brudzą się szybciej niż te dolne, zwracamy też na nie zwykle większą uwagę, dobrze jest więc mieć 3-4 pasujące bluzki, koszule czy t-shirty, przypadające na każdą spódnicę czy parę spodni. Oczywiście, liczą się tylko te ubrania, w których naprawdę chodzisz.


Masz garderobę, która powinna należeć do kogoś innego


Czyli ubrania niedostosowane do swojego stylu życia. To był kiedyś mój wielki problem – miałam tony szpilek i wieczorowych sukienek, w których kompletnie nie miałam gdzie wyjść, a kiedy ubierałam się rano na uczelnię, okazywało się, że nie mam żadnych sensownych butów czy płaszcza, który mogę włożyć, gdy pada deszcz. Długo mi zajęło zrozumienie, że wydawanie pieniędzy na ubrania, których nigdy nie założę, nie sprawi że będę wyglądać lepiej.


Twoje ubrania są zbyt wymagające


To bardzo subiektywna sprawa, mocno powiązana ze stylem życia i naszymi przyzwyczajeniami. Najczęściej jest zupełnie pomijana we wszystkiego rodzaju publikacjach o budowaniu garderoby. Często zaleca się tam stawianie wyłącznie na naturalne tkaniny, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że jeśli jedwabną sukienkę o skomplikowanej konstrukcji kupimy w celu noszenia jej do biura, czeka nas cotygodniowa wizyta w pralni chemicznej. Nie każdy ma na to ochotę i odpowiednio dużo samozaparcia. Lepiej kupić sukienkę z wiskozy, którą będziemy regularnie nosić, niż najszlachetniejszy nawet jedwab, który zawiśnie nienoszony w szafie. Jeżeli nienawidzisz prasować, odpuść sobie czysty len czy bawełnę.

PS Jeśli te nazwy niewiele Ci mówią, zerknij do mojego mini-poradnika o materiałach


 

Udało się Wam zdiagnozować swoje problemy z szafą? Któryś punkt brzmi szczególnie znajomo? Na pewno będę jeszcze sporo pisać na ten temat i Wasze historie bardzo mi pomogą. 

No i tradycyjnie, jeśli podobał Wam się tekst, nie zapomnijcie kliknąć w guzik „Lubię to” na samym dole posta albo udostępnić – ponieważ Facebook płata mi ostatnio straszne figle, pomoże mi to dotrzeć do większej liczby odbiorców. Dziękuję!

 

101 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Pola

    Ja z kolei mam ten problem, że już nawet po „oczyszczeniu szafy” te rzeczy, które chciałabym nosić po 3 miesiącach użytkowania non stop (mam na myśli 5 swetrów, 4 pary dżinsów, 10 tshirtów, 2 kardigany i 3 sukienki) wyglądają okropnie niechlujnie (szwy się zniekształciły, materiały wyglądają na sprane, już nie leżą tak ładnie jak na początku), pomimo że bardzo o nie dbam. Nie stać mnie, żeby kupować drogie rzeczy, najczęściej kupuję w Zarze czy Mango, w czasie przecen szukam czegoś w Cosie. Czy w takim wypadku jedynym wyjściem dla mnie naprawdę musi być kupowanie rzeczy za grosze i wymienianie ich po dwóch miesiącach, bo teraz większość rzeczy po tym okresie normalnego użytkowania wygląda jak ścierka?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Zara to wg mnie całkiem drogie rzeczy, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę stosunek ceny do jakości. COS ma dużo lepsze t-shirty, a niewiele droższe, super trwałe dżinsy mam z Lee, Big Stara i Moto (Topshop), po swetry chodzę prawie wyłącznie do second handów, nie mają konkurencji. Ja mam 2 pary dżinsów (jedne z 5 lat już) i też w nich chodzę non stop, a mają się bardzo spoko, więc to jest do zrobienia, tylko trzeba znaleźć dobre źródła. I unikać np. akrylu albo bardzo taniej bawełny – Twoje swetry/kardigany nie są przypadkiem akrylowe? Może też pierzesz rzeczy w za wysokiej temperaturze albo za mocno wirujesz?

      1. Joanna

        Ja z kolei miałam w życiu dwie pary jeansów z Lee i jedną z Crossa – we wszystkich trzech na kolanach pojawiły się dziury (fakt, że po 2-3 latach noszenia, ale tylko w zwykłych sytuacjach – nie uprawiałam w nich sportów ekstremalnych). Natomiast dwie pary kupione półtora roku temu w H&M sprawują się bardzo dobrze.

        1. Ma

          Sama mówisz, że po półtora roku, a porównujesz je do takich co nosiłaś trzy lata. Według mnie wniosek nasuwa się sam :)

      2. Alicja

        Pamiętasz może jaki masz model z Lee? Ja mam moje ulubione czarne rurki Skyler od Lee, ale po ponad pół roku noszenia już widać zużycie – to jednak pewnie wina tego, że tak na prawdę mam tylko dwie pary spodni, które noszę i przy niemal co-drugo-dziennym (:D) noszeniu musiały to odczuć. Mój problem polega właśnie na za małej ilości ubrań, w których na prawdę świetnie się czuję. Szkopuł w tym, że kompletowanie dobrej garderoby, w której czuję się jak „w drugiej skórze” idzie powoli, ale w końcu sama nazwa slow fashion na to wskazuje ;)

      3. Karola

        Umarłabym ze szczęścia, gdyby powstało miejsce w sieci, gdzie można byłoby polecać dobrej jakości ubrania. Wiem, że nie jest to tak proste jak powiedzmy z kosmetykami, bo jednak kolekcje się zmieniają, ale na swoim fanpage’u pisałaś kiedyś np. o nowej kolekcji koszul w Wólczance – i właśnie takie info zabieganym ludziom takim jak ja jest potrzebne ;)

        1. Polalola

          Z tymi markami wartymi polecenia należy ostrożnie. Wiele razy czytałam na forach w wątkach typu „dobra jakość ubrań” zachwyty nad ubraniami z reserved, zary, czy house!!!!

      4. Agata Kurczak Chmielewska

        co do jeansów, to kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez nich, ale gdy „wyrosłam” ze starych, a znalezienie nowych, pasujących na mnie okazało się wyczynem tak od 1,5 roku nie miałam jeansów na sobie i…. żyję :-) takie ot spostrzeżenie, które teraz sobie uzmysłowiłam :)

      5. MM

        Zara i mango raczej nie sa najtanszymi. Poza tym ja mam zle doswiadczenia. Wydaje duzo (!) pieniedzy w ramach ktorych dostaje slabe jakosciowo rzeczy. No ew. To ja trafiam na takie. Dla przykladu moja zwykla bezowa koszulka z hm za 39,90 jest z3 mna juz ktorys rok podczas gdy kupiona w zarze bluzka zwykla biala za jakies 100 zl (nie pamietam dokladnej ceny) wytrzymala moze miesiac:(

  2. Beata

    Ja bym dodała jeszcze jeden powód, który – z tego co wiem – nie występuje tylko u mnie. Mianowicie: Twoją garderobę stanowią ubrania w nieodpowiednim rozmiarze ;) Czyli – za duże lub za małe. Z okresu przed dietą/w trakcie diety/motywujące „po diecie”. Albo: gdy jestem grubsza/gdy jestem szczuplejsza. Ech, radą na to jest niestety tylko „pilnuj swoich wymiarów/wagi”. A jeśli się odchudzasz, to nastaw się a to, że trzeba będzie wymienić całą garderobę ;)

  3. striveforperfectionblog.blogspot.com

    W mojej szafie w sumie nie ma ani za dużo ani za mało. Mam natomiast problem z tym, że ubrania szybko mi się nudzą, wydaje mi się, że ciągle chodzę w tym samym wiec wiecznie wydaje mi sie ze nie mam sie w co ubrac eh eh Wypadałoby czesciej chodzic na zakupy ale ani czasu ani funduszy :)

  4. Natalia

    Doskonałe podsumowanie, tak właśnie wygląda mój problem ;-) ale chociaż wiem już co należy zrobić, to zupełnie nie wiem od czego zacząć, a chodzenie po sklepach to dla mnie jak wyprawa po najdzikszej dżungli – nie radzę sobie :-/

    1. Natalia

      Hi five od drugiej Natalii! :) Mam to samo – rzeczy mi sie nudza i nawet jesli juz sobie postanowie, ze ide na zakupy, to czuje sie taka stlamszona w tych wielkich centrach…
      Najlatwiej kupuje mi sie z mama w rodzinnym miescie, bo raz, ze nie ma tylu ludzi, ekspedientki nie patrza sie na rece, to jeszcze jest mama, ktora zacheca. Gdy jestem sama na zakupach, na sile w kazdej rzeczy szukam wad.

  5. Małe Kulinaria

    czytam Twoje posty i powoli zmniejszam swoją garderobę, ale chyba potrzebują bardziej radykalnych środków. U mnie po prostu tworzy się bałagan- bluzki migrują na półkę ze spodniami, spodnie do swetrów itd. To efekt wpychania na szybko ubrań zdjętych z suszarki :(
    Poprawę widzę jednak w większej spójności garderoby, coraz więcej rzeczy do siebie pasuje. Z niecierpliwością czekam na Twoją książkę!
    Pozdrawiam,

  6. Olga Cecylia

    „Garderoba ze złymi proporcjami” to też mój kłopot, na szczęście były. Tak, „góry” brudzą się szybciej niż „doły”, ale zarazem bardzo ciężko kupić porządne „góry”. Pewnie dobrze o tym wiesz, bo sama robiłaś test t-shirtów. Ja dodatkowo mam wąskie plecy i zupełnie standardowy biust, więc jeśli coś nie jest elastyczne, to zazwyczaj oznacza to, że za wąskie w biuście albo z miejscem na garb na plecach.

    Dla wszystkich dziewczyn, które borykają się z podobnym problemem, mam radę: kupujcie sukienki. Problem solved :-)

    1. Aleksandra E.

      Słusznie powiedziane. Ja również miałam podobny problem, nie mogłam znaleźć dla siebie nic odpowiedniego, a do sukienek przekonać się nie mogłam(„jak ja będę jechała w sukience na rowerze?!”). W pewnym momencie jednak stwierdziłam „pal sześć” i przerzuciłam się na sukienki(co nie znaczy, że wyrzuciłam wszystkie spodnie-część tylko:P). Najlepsza decyzja szafowa, jaką podjęłam! A na rowerze nadal mogę jeździć- w sukience też się da:)

    1. Dominika

      Chyba jeden z największych problemów. Doszłam do takiego stanu mojej szafy, że większość rzeczy wybranych na ślepo by do siebie pasowała. Jednak gdy je zakładam, nie czuję się sobą, nie w kontekście, że ubrania do mnie nie pasują, bo wszystkie są w „moim” stylu, ale chodzi o brak samoakceptacji i wieczne niezadowolenie z siebie. Od prawie roku staram się coś z tym zrobić, momentami jest lepiej, ale zaraz potem moje postrzeganie samej siebie jest jeszcze gorsze niż poprzednio. Naprawdę mam dość takiego stanu rzeczy, więc myślę, że brak akceptacji samej siebie jest równie kluczowym problemem.

  7. Louisette

    Najgorsze jest to poszukiwanie stylu, kupujesz jakieś rzeczy, później podoba Ci się co innego i ubrania zalegają w szafie, a ponieważ są mało używane to szkoda wyrzucić/wynieść… Jeżeli nie ma się w miarę uformowanego stylu, to ciężko coś potem sklecić, albo „to za kolorowe”, „to za szerokie”, „ten wzór mi się już średnio podoba…” – o, i tu znowu skutek podążania za modą. Ja od siebie dodam, że podoba mi się bardzo dużo różnych rzeczy, fasonów-np. z jednej strony koszule, kołnierzyki, eleganckie bluzki, cygaretki, z drugiej strony-koszule w kratę, basicowe t-shirty, dżinsowe kurtki. Nie wiem, które rzeczy kupować, żeby mieć lepszą bazę, nie wiem jak to łączyć. I w efekcie ubrań i pomysłów dużo, a jak przyjdzie co do czego, to czuję się w nich nieswojo… Reasumując-wpis świetny, wszystko zebrane w całość, takie teksty motywują! Próbujemy dalej zwalczyć problem „Nie mam co na siebie włożyć”! :))

    1. Diana

      ja się zmuszam do noszenia czegoś co długo zalega- wtedy na prawde wiem, czy mi się to podoba, czy nie i nie mam żalu, żeby się tego pozbyć :D

  8. iwa

    Ja mam jeszcze jeden – niezadowolenie z własnego wyglądu i brak akceptacji siebie. Wtedy nigdy nie ma się w co ubrać

    1. Małgosia

      Tak…..to jest sedno sprawy.Mam 45 lat i nigdy nie mam się w co ubrać, zawsze źle i brzydko się czuję….czuję się gorsza w tych swoich naprawdę drogich rzeczach od kobiet w bazarowych ubraniach…..dlaczego?Bo tak mi wmowiono i wiem,ze juz zawsze tak będzie…dziewczyny uciekajcie z toksycznych związków!!!!!!

      1. minimalissmo

        Uwierz w siebie, zapomnij o tym, co Ci wmówiono. Zacznij od nowa z wiarą i odwagą w siebie. To nie jest proste, ale jest możliwe. Sama miałam w swoim życiu nieciekawy okres, związany z różnymi sprawami, więc wiem że się da, Ja mam 43 lata i czuję się świetnie:)

  9. gotycka

    O matko, post o mnie… Nieskończone morze wszelkiego dobra (zasługa szmateksów i wyprzedaży) a chodzę w trzech rzeczach na krzyż… A że pracuję z samymi facetami to już w ogóle się nie staram (jeden z nich od dwóch lat chodzi non-stop w trzech swetrach). Nie wiem też co zrobić z ubraniami w których już nie chodzę, szkoda mi wyrzucić czy oddać. Brakuje mi w Warszawie czegoś w stylu dużego swap party (czy jak to się nazywa). Poza tym prasować się nie chce, w szafie bałagan – kompletna degrengolada!

    1. Agnieszka

      Zupełnie się zgadzam. Też szukam jakiegoś miejsca w Warszawie gdzie można by się pozbyć często nawet dobrych jakościowo ciuchów bez ryzyka, że trafią do second handów. Najczęściej oddaje ubrania koleżankom, ale przecież nie jesteśmy identyczne i nie wszystkiego w ten sposób można się pozbyć. Asiu, jakaś porada? :)

  10. Diana

    Yeah! Ja niektórych problemów się pozbyłam. Mam mniej „gratów” w szafie, ale niestety wyzbyłam się gór, a doły mi zalegają z różnych powodów (eleganckie, sportow, workowate, na codzień). jakoś mi lżej na duszy! mam kilka podkoszulek, t-shirtów, koszul, sweterków i bluz, ale wciąż czuję, że coś jest nie tak. Trochę brak mi odwagi, żeby się z niektórymi „elementami” rozstać. Za niektórymi tęsknię, a o niektórych zapomniałam równie szybko jak się ich pozbyłam.
    Wchodzac do sklepu trzy razy zastanawiam się czy warto coś kupić, następnie wychodzę i jak nie mam ochoty wracać po tą rzecz to znaczy, że jest mi zbędna- no chyba, że to jest ciucholand :D

  11. Ania

    Mnie się ubrania nudzą. Nie wiem właściwie dlaczego, bo dalej je lubię, podobają mi się, ale po jakimś czasie jakiś element mi po prostu brzydnie. Na przykład jakiś czas temu nosiłam spódnice prawie codziennie—teraz patrzeć na nie nie mogę. Uwielbiam jakąś rzecz, chodzę w niej bez przerwy, a potem nagle stwierdzam, że właściwie to… Absolutnie nie mam ochoty już tego zakładać. I tak się zastanawiam, jak z takim podejściem zbudować kapsułową garderobę?

  12. Ania M.

    Przez ostatnie 2 lata wyeliminowałam z szafy wszystkie problemy, prócz jednego. Złe proporcje, jesteś genialna! Te 3-4 bluzki więcej to faktycznie musi być. Zwłaszcza, że zawsze wydaje mi się, że mam za mało spodni i tych wiecznie poszukuję, bluzki kupując przy okazji.
    Natomiast absolutnym odkryciem było dla mnie kupowanie ciuchów odpowiednich do stylu życia. Czyli coś specjalnie do ogrodu, a nie znoszone dresy. Coś specjalnego na rower, a nie luźny stary podkoszulek. Mniej eleganckich ciuchów, skoro na bankietach bywam dwa razy w roku. Teraz mam najmniejszą szafę w historii i najwięcej ciuchów, które lubię :)

  13. Justyna

    Jakiś czas temu odkryłam u siebie jeszcze jeden powód. Od kilku miesięcy w pracy noszę ciuchy służbowe, może nie mundurek, ale określony zestaw eleganckich ciuchów. W związku z czym codziennie staję przed szafą z myślą „szkoda mi tej koszulki na 10 minut drogi”, zresztą priorytetem w ciuchach dojazdowych jest wygoda (jadę rowerem) i to, żeby łatwo dało się z nich przebrać. I stoję, i wybieram, i całe szczęście że niedługo wracam do ciuchów cywilnych :)

    I drugi: brak odpowiedniej… bielizny. Albo jej zbyt mała ilość/złe dobranie. Na pewno większość dziewczyn to przerabiała. Nie założę tej białej bluzki, bo jasne staniki akurat schną po praniu. Nie założę sukienki, bo akurat spod niej stanik będzie wystawiał. Zmiana bielizny… no niee, ten ma wypukłe wzorki, odbiją się na koszulce. W końcu jeden ulubiony, ciągle noszony stanik rozpada się po tysięcznym praniu… i wtedy dopiero mamy problem.

    I bardzo się cieszę, że wspominasz o ostatnim punkcie. Brakuje mi tego przy różnych zachwytach nad jedwabiami, kaszmirami i wełnami. Chyba, że w pakiecie z ciuchem zaczną sprzedawać półdarmową pralnię pod blokiem :)

    1. Monika Kamińska

      Racja, ale trzeba wziąć też pod uwagę, że naturalne tkaniny się nie brudzą tak szybko jak sztuczne. Ewentualne mniejsze zabrudzenia można spokojnie zaprać ręcznie albo wyczyścić szczotką do ubrań. Trudno je też przepocić, nie łapią zapachów, często prostują się same, tylko dzięki temu, że wiszą na wieszaku.
      A akurat swetrów to się w ogóle nie zaleca za często prać ;) Jeśli już pierzecie to polecam robić to ręcznie w …odżywce do włosów – mistrzostwo świata! Swetry są mięciutkie :)

      1. zagubiony omułek

        o widzisz, a ja własnie miałam ten problem ze swetrami wełnianymi, że strasznie się w nich pociłam i mimo koszulki pod spodem robiły się nieświeże po 2-3 założeniach a mi się nie chciało tego prać. no i przy takiej częstotliwości to się szybko niszczyły. przez to ze swetrów przez głowę w ogóle zrezygnowałam a rozpinane, narzutki itp. noszę syntetyki, wiskozę albo bawełnę.

        Podobno dżinsów tez nie powinno się prać zbyt często ale ja sobie nie wyobrażam chodzić kilka miesiecy bez prania…no chyba że ktoś ma wiele par i ciągle zmienia więc nosi jedną 2-3 razy w miesiącu.

  14. Marysia

    O, proporcje! Nie zgodzę się może, że góra robi większe wrażenie, bo równie dobrze może być na odwrót, jeśli spódnica jest ozdobna, a na górze czarny sweterek. Ale faktycznie trzeba mieć sporo bazowych bluzek i sweterków, wtedy nawetnie tylko inna kiecka, ale inny szal czy biżuteria zmieniają wygląd :)

    P.s. Planujesz może Disqus?

    1. Style Digger Autor wpisu

      No tak, to już zależy od indywidualnych upodobań, ale obstawiam że jednak więcej osób ma ciemne/gładkie doły i jasne/wzorzyste góry niż na odwrót:) Disqusa nie planuję, nie lubię go bardzo.

  15. Pola - Odpoczywalnia

    Ogarnęłam w dużej mierze moją szafę, mój styl, buduję pomału, ale skutecznie fajną bazę, dobrej jakości, w której dobrze się czuję i wszystko do siebie pasuje. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie moje dzieci (rok i 3 lata), z ich brudnymi łapkami i buziami (podobno dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Chociaż nie można tego powiedzieć, o ich rodzicach), zawsze niechcący wytartymi o mnie, z gilami od płaczu, zawsze wypłakanymi prosto w moją bluzkę, szarpiące mnie i ciągnące za bluzki i sukienki, rozciągające dekolty. Wkurzająca sprawa, jako, że jestem z nimi cały czas, a mam potrzebę noszenia czegoś innego niż dresy i stare koszulki, których nie jest mi szkoda zniszczyć.

    1. JUK

      Jakbym czytała o sobie. Karmię piersią i dodatkowo muszę ubierać się tak, by można łatwo się rozebrać ;) Ale za dwa lata będzie lepiej ;)
      Mnie do porządków z ubraniami (i z innymi,, niezbędnymi,, rzeczami w domu) zmusilo macierzyństwo. Przejrzałam szafkę po szafce, ubrania rozdałam/inne rzeczy postawiłam koło śmietnika. Znalazły nowych właścicieli. A ja mimo przewijaka, zabawek, łóżeczka itp. mam przestrzeń. Pozdrawiam.

  16. pstra matrona

    Ostatni punkt to mój problem i nie chodzi tu o pralnie, ale o prasowanie. Niby nic wielkiego, ale z moim trybem życia często tygodniami nie mam czasu nic uprasować i ponad połowa moich ciuchów, które bardzo lubię leży nie noszona. Nie mam szafy, żeby poświęcić raz na jakiś czas dłuższą chwilę na prasowanie żeby wszystko już sobie wisiało przygotowane, ale zakupiłam taki wieszak na kilka (czyli wszystkie moje) spódnic- mam nadzieję że się sprawdzi. Co do bluzek już wiem, że nie ma sensu kupować żadnych do prasowania i tego nie robię, a te które zostały są na „od święta” czyli na te dni kiedy mam czas.

    1. Anaberry

      Do niedawna miałam ten sam problem; tym większy, że bardzo lubię nosić bluzki koszulowe, wymagające prasowania. Postanowiłam nie rezygnować z koszul, ale poszukać rozwiązania, które usprawniłoby nielubianą czynność. Stacja pary w miejsce żelazka okazała się być strzałem w dziesiątkę. Jest to spora inwestycja, ale efekt to wyprasowane, gotowe do założenia rzeczy w szafie, a przy okazji zawsze wyprasowana pościel i inne domowe tekstylia. Tempo prasowania takim wynalazkiem rekompensuje mi niechęć do niego.

  17. Kasia z Wyspy Inspiracji

    Kiedyś popełniałam właśnie te błędy. Ups! Dalej popełniam! Mam za dużo sukienek, które czekają na wielkie okazje, a gdy przychodzi co do czego, nie mam porządnej, pasującej spódnicy i pasującej marynarki do pracy, gdzie guzik by smutno nie widział, czy nie wystała nitka… Zainspirowana „Lekcjami Madame Chic” postanowiłam zmienić nawyki i odnaleźć swój styl, a teraz czekam jeszcze na twoją książkę. Wierzę, że się z niej dużo nauczę, więc oczekuję z niecierpliwością :)

  18. Praline

    W końcu ktoś odpowiedział na wszystkie moje pytania i rozwiał moje wątpliwości.

    Po lekturze Twojego bloga i nabraniu świadomości siebie, takiej śmakiej, ale jakieś w końcu, kupiłam dziś nowe okulary. Po dziesięciu latach w końcu nowe. Dwie pary. Jedne na co dzień, bazowe o klasycznym kształcie i delikatnym kolorze. Drugie kompletnie inne, różowo-czerwone do moje wersji siebie odważnej i przebojowej.

    Pozdrawiam!

  19. Ewelina

    Punkt szósty – jesteś w ciąży, szkoda Ci pieniędzy na ubrania w aktualnym rozmiarze „bo przecież po porodzie schudniesz” i dlatego nie masz się w co ubrać :D

      1. Ewelina

        Gorzej, jeśli takie ubrania nie są w czyimś stylu i nie będzie się ich chciało nosić po porodzie i powrocie do dawnej sylwetki ;)

        1. agnieszka zając

          Gorzej, jeśli nie schudniesz. I trzymasz te 10 par jeansów rozmiar 36 przez całą ciążę ( bo przecież schudniesz do nich po ciąży), oraz 7 mies. po porodzie ( no bo jeszcze nie schudłaś, i może jeszcze kiedys schudniesz, a przecież szkoda wyrzucic….) i nie kupujesz nic nowego w rozmiarze 38/40, bo szkoda na chwilę, bo zaraz schudniesz, i donaszasz spodnie dresowe z okresu ciązy, i już się prują, i nie wiesz co robić, kupować czy chudnąć? Moja sytuacja taka jest :D

          1. Ewelina

            agnieszka – ale idzie lato, więcej ruchu na świeżym powietrzu, lepsza dostępność warzyw i owoców, na pewno schudniesz – nie wyrzucaj starych, nie kupuj nowych w mniejszym rozmiarze:D Ja na lato mam mniejszy problem bo lubię takie sukienki, które są odcinane pod biustem i luźniejsze na brzuszku i mam ich sporo z przedciążowego okresu, ale kiedy jest zimno to rządzą u mnie przede wszystkim bardzo obcisłe rurki a takich ciążowych za nic nie mogłam dopasować :/

          2. eso

            Karmienie piersią pomaga w zrzucenieu nadmiaru kg.
            polecam kupowanie w ciąży bluzek z dekoltem w zakładowe v bo potem się przydadzą.

        2. Meva

          Nie chodzi o to, by nosić worki. Potrzeba tak naprawdę tylko „dołów” – 2 pary spodni + ew. spódnica w gruncie rzeczy wystarczą. Teraz ubrania ciążowe nie różnią się stylem od nieciążowych – mają tylko ten wszyty rozciągliwy pas na brzuch. Góry można właściwie dobrać z ubrań nieciążowych (lumpeksy jak zwykle rządzą). Marynarki i żakiety i tak nosimy najczęściej rozpięte. Ja tak ogarnęłam swoje obie ciąże. Powodzenia! :)

      2. Barbara Pióro

        No, z tymi ubraniami uniwersalnymi na przed-ciążą-w ciąży-i-po-ciąży to naprawdę różnie bywa. Ja już drugi raz w ciąży, i nawet nie żebym jakoś strasznie przytyła, nie, ale i tak mam ochotę wymienić większość ubrań kiedy tylko skończę karmić piersią. Ciąża i karmienie piersią to jest pod kątem odzieżowym temat chyba jeszcze przez nikogo nie ogarnięty, a to chyba przede wszystkim dlatego, że nie da się przewidzieć do końca zmian, jakie te stany w życiu wywołują. Dlatego postuluję wyłączyć te okresy życia z rygorów „organizowania szafy idealnej” ;)

        1. domi

          Hmm widze ze mialam szczescie,no w ciąży przytyłam 13kg czyli w normie,i właściwie prócz pożyczenia od kuzynki spodni ciążowych i zakupu jednej ciążowej spódnicy,chodziłam w mich normalnych ciuchach,wiec nie odczułam za bardzo tej całej problematyki ubrań ciążowych,Po porodzie wróciłam do wcześniejszego rozmiaru w 2 tygodnie,nie żartuję,Zostały tylko większe piersi w związku z karmieniem,czyli narzekać nie mogę :) szkoda że po jakimś czasie piersi zmalały,hmm

  20. minimalnat

    Moim problemem była bylejakość. Patrzę w lustro:”Może być”, spoglądam na swoją szafę:”Może być”. Zakładam koszulkę, której w sumie nie lubię, ma beznadziejny materiał, ale „może być”. Spódnica drapie mnie okropnie, ale kosztowała 20 zł i „może być”. Kompromisy, kompromisy, kompromisy jak okiem sięgnął… Bo nie chciało mi się szukać idealnej spódnicy, perfekcyjnej bluzki. Po co czekać, szukać i tracić czas jak chcę mieć coś już! Natychmiast! Na szczęście zdanie „może być” w ogóle przestało dla mnie istnieć. Nie idę na żadne kompromisy. Jeśli mam jakieś „ale” nie kupuje. Idę dalej i zapominam. A zapomnę na pewno! W pierwszych miesiącach byłam na prawdę zaskoczona jak wiele rzeczy nie kupiłam, bo nie byłam ich w 100% pewna. I nie mówię tu tylko o ubraniach, ale też telefonie, głośnikach, czy oponach zimowych :)

    1. agnieszka zając

      OO to święta prawda! Też tak mam, często rezygnuję z kupna czegoś, bo nie jest idealne, i potem nawet o tym nie pamiętam. A jeśli kupię, pomimo obiekcji, to potem to coś leży i nie podoba mi się….

    2. Magda

      Też kupuje mniej. Wybredna jestem. Jak nie jestem zachwycona w przymierzalni to nie kupuję. Zakupy w necie często oddaję. Nie kupuję jak sklep ma tę opcję jakoś skomplikowaną lub płatną. I o ile w mojej szafie jest mniej „kitów”, to „hitów” tez mało, bo trafić na coś co spełnia moje wymagania na 100% jest trudno. Z doświadczenia wiem tez, że czasem te ciuchy „z wątpliwościami” z czasem okazauja się byc trafione. I odwrotnie. Boże, czemu to musi być takie trudne!

  21. invidia

    Naprawdę pomocny post. Mojej szafie przyda się wreszcie jakaś bezlitosna diagnoza. Akurat jetem na etapie zrzucania kilku kilogramów i okazało się, że teraz mieszczę się w ciuchy, które wcześniej tylko leżały. Przy ostatniej próbie porządków okazało się, że nic się nie da wyrzucić (oprócz zbyt dużych spodni), bo przecież wcześniej w tych bluzkach nie chodziłam, więc trzeba im dać szansę! I w końcu nie pozbyłam się prawie niczego, bo przecież moja nowa sylwetka jeszcze tych wiecznie za małych ubrań nie widziała. Konieczne jest kolejne podejście do organizacji szafy!

  22. Alexandra

    Ostatnio robiłam wiosenny przegląd szafy i okazało się, że wcale nie jest tak źle, tylko brakuje właśnie kilku bazowych ciuchów. Poszłam na zakupy i teraz mogę powiedzieć, że zaczęłam swoją szafę lubić. To czego mi się nie udało jeszcze zrobić to skompletować zestaw do kilku spódniczek, które odeszły w niepamięć, bo nie mam co do nich włożyć.

  23. Renee

    Moim problemem (przeszłym) było także nadmierne przywiązanie do rzeczy, no i… skąpstwo też troche. Nadmierne przywiązanie ma takie skutki, że „nie wyrzucę przecież, bo tak to lubię” a w rezultacie i tak nie chodziłam w znoszonych spodniach czy bluzce. A skąpstwo to trochę w tym sensie, że ubrania byle jakiej jakości kosztują dosyć dużo – ZARA czy H&M. Po naczytaniu się Twoich postów zmieniłam natomiast nastawienie i teraz danej rzeczy szukam dłużej, z większą cierpliwością i zazwyczaj udaje się znaleźć coś lepszej jakości, tak, może drożej, ale zazwyczaj się opłaca – żegnaj skąpstwo!

    Z tworzeniem bazy podpisuję się rękami i nogami, przez lata też kupowałam (niekoniecznie nosiłam) rzeczy, które do mnie nie pasowały, bo przyjaciółka mi kładła do głowy, że trzeba coś szałowego i kolorowego. Przestałam słuchać, kupiłam kilka rzeczy w dwóch kolorach – czarnym i białym i we wzory ale w tych dwóch kolorach i czuje się fantastycznie – prawie wszystko do siebie pasuje.
    Tak więc dzięki Asiu! :)

  24. Yennefer

    O tak! Za dużo rzeczy, zbyt mało bazy. U mnie przyczyną było szukanie własnego stylu, którego nota bene jeszcze do końca nie odkryłam ;) Zachłysnęłam się swoją odwagą i swoją przemianą, po latach noszenia nijakich ubrań odkrycie mody i jej mozliwości zawróciło mi w głowie. Zdarzało się, że kupowałam ubrania „na próbę”, żeby zobaczyć, czy dobrze się w nich czuję… Czasami było tak, że coś podobało mi się w sklepie, jednak w domu wisiało bezużytecznie na wieszaku w szafie. Skutek – szafa pełna ubran od Sasa do Lasa, totalnie różnych i często nie pasujacych do siebie. Teraz powoli zmniejszam swoją garderobę na bardziej funkcjonalną i powstrzymuję się od nieprzemyślanych zakupów. Jednak mam wielki problem z pozbywaniem się rzeczy, ciągle się uczę panowania nad wewnętrznym „chomikiem”. Który przeszkadza mi pozbyć się niepotrzebnego balastu, bo przecież kiedys może mi się przydać… Ale małymi kroczkami daję radę i wierzę, że uda mi sie zbudować garderobę, która będzie w 100% moja :)
    Pozdrawiam, Yenn

  25. Maja

    Świetny tekst!
    Mój problem polega chyba ciągle na tym, że „baza” nie jest pełna. Ale staram się i od jakiegoś czasu kupuję zdecydowanie mniej, stawiam na rzeczy, których jestem pewna. Wciąż największą trudnością jest wyszukiwanie rzeczy, których jakość jest zadowalająca. Proste rzeczy muszą byc dobrej jakości, tylko wtedy wyglądają dobrze. Zwracam uwagę na skład, uważnie oglądam rzeczy przed kupieniem, a mimo to zdarza się, że po kilku miesiącach ubrania nie wyglądają dobrze. Jednak staram się wtedy korzystać z prawa do reklamacji! Dlaczego zmechacony po 2 miesiącach sweter ma zalegać w szafie i być wyrzutem sumienia, skoro mogę go zareklamować? :) I to kolejna podpowiedź – warto kupować w sklepach, które takie reklamacje uwzględniają.

  26. Paulina

    Dobry i przydatny tekst! Ja odkąd przestałam się oszukiwać, że mogę chodzić każdego dnia i wszędzie ubrana w lata 50 i 60, wreszcie czuję się dobrze w moich ubraniach. Nie przeszkadza mi w ogóle, że być może co dzień wyglądam tak samo, bo przynajmniej jestem sobą :) Połowa moich ubrań wylądowała w PCK, komuś na pewno się przydadzą bardziej niż mnie. Nadal mam wiele rzeczy, których nie noszę, ale nie pozbędę się ich, bo są to rzeczy typu – sukienka wieczorowa, którą nosiła babcia mojego chłopaka gdy była panienką, pierwsza koszula z kołnierzykiem bebe, którą sama uszyłam i jest idealnie wykończona… Poza tym przypomniało mi się, że nasze mamy i babci często powtarzają nam, żebyśmy kupiły ten ciepły płaszcz albo, że przecież butów na wiosnę nie mamy. To są super praktyczne rady, a mało kto ich słucha.

  27. Ola

    O tak! Moim zdaniem najważniejszy, najczęściej pomijany postulat to nie swoja garderoba – dla kogoś kto pracuje od czasu do czasu na budowie, woli weekendy spędzać na czytaniu niż imprezach – lista „10 rzeczy które powinnaś mieć” jest kompletnie z innej planety. Nie każda chce być celebrytką czy dziewczyną cosmo.
    Ja dodałabym jeszcze taka uwagę, że myśl „nie mam się w co ubrać” nachodzi (przynajmniej mnie) częściej gdy przejrzę internet. I stwierdziłam, że trzeba po prostu zachować spokój, przypomnieć sobie, że zapisałam sobie tytuł ciekawej książki, mam magisterkę do napisania, dawno nie byłam na koncercie, cokolwiek. Bardzo często z szafą jest wszystko ok, tylko te blogi, instagramy, newslettery działają jak narkotyki, a kiedy się wciągnie w co innego, po prostu się ubieramy :)

  28. Ala

    Jak zwykle świetny tekst. A ja chciałabym wspomnieć jeszcze o pewnym paradoksie. Mam bardzo spójną garderobę, dostosowaną do mojego stylu życia, czyli wygodne ciuchy dobrej jakości, takie pół sportowe, pół eleganckie, bo głównie pracuję w domu, ale jednak czasem wychodzę:) prowadzę na przykład zajęcia na uniwersytecie. Dla mnie, minimalistki przywiązanej do najwyższej jakości ubrań, w praktyce oznacza to dobrą bazę. No i tu jest problem. Czasem nie mam w co się ubrać, bo staję przed szafą i myślę sobie, że chciałabym wreszcie wyglądać inaczej, nie tak jak codziennie, nudno, coś ożywić. W końcu i tak wskakuję w jakiś mój mundurek, w którym czuję się świetnie. I wiecie co? Do końca dnia gratuluję sobie tej decyzji. A swoją drogą, jest kilka rzeczy, które chciałabym sobie kupić, takich, które może nie zrewolucjonizowałyby mojej szafy (oczywiście:)), powiedziałabym raczej, że odnowiłyby moją bazę. Ale problem polega na tym, że jestem strasznie wybredna i nie mogę znaleźć w sklepach takich ubrań czy dodatków w pełni satysfakcjonujących. Wiem, że to w sumie dobrze, ale te braki bywają dotkliwe i nic na to nie poradzę:)

  29. Aga

    Ehhh… jakie to wszystko ciezkie.. Moj problem to nadmiar okazji. Prace mam taka, ze czasem moge sobie chodzic w jeansach, sweterku i balerinach, a czasem (srednio 2 dni w tyg) musze bardzo profesjonalnie w garniturze, spodnicach i koszulach… Uprawiam tez sporty , a weekendy uwielbiam wyjezdzac za miasto, gdzie obowiazuja trampki, luzne jeansy i bluzy… I juz w ciagu jednego tygodnia przerobilam okolo 30 roznych ciuchow bo tyle okazji. I wcale nie chce sie zalic, bo bardzo lubie swoje zycie, bo sie dzieje i jest aktywnie…ale Ogarniecie szafy to wyzwanie! I tak juz zminimalizowalam doly do 3 jeansow, 3 eleganckich, 2 spodnic i 3 dresow. No ale gory….To inna sprawa :) Podziwiam osoby, ktore maja minimalistyczne podejscie (jak Coco z Light by Coco, co ma capsule wardrobe, 30 sztuk na sezon), bo wierze, ze to bardzo ulatwia zycie… No ale mi to chyba nie jest dane :)

  30. Pi1992

    Z tymi „górami” i „dołami” to święta prawda. Tak właśnie mam: zazwyczaj jest jeden idealny zestaw bluzka+spódnica (spodni w ogóle nie noszę), ale ile można w tym samym? Kończy się tak, że rzadko zakładam niektóre świetne spódnice i bluzki… Sukienki to moje najukochańsze rozwiązanie tego problemu, ale ponieważ jestem bardzo wymagająca, praktycznie nie mogę znaleźć w sklepach takich, które mi odpowiadają. Dlatego szyję. Często wybieram sukienki bez rękawa i noszę je potem na bluzki lub pod sweterki czy żakiety. I jakoś lepiej mi się nosi ciągle tę samą sukienkę niż ciągle ten sam zestaw bluzka+spódnica. Sukienki mają też tę niebagatelną zaletę, że zazwyczaj nie ma z nimi tego problemu co z zestawami góra+dół: nie ma podwijania się, wychodzenia bluzki ze spódnicy, różnych denerwujących fałdek i ciągłego poprawiania. Niech żyją sukienki!

    1. Ruda

      Zgadzam się, sukienki to strzał w dziesiątkę! Nie dość, że kobieca, to jeszcze nie trzeba się zastanawiać co do czego dobrać, i czy będzie pasowało. Do tego marynarka, albo bardziej na luzie – sweterek, i już stylówa jest :) A że teraz idzie wiosna, to można poszaleć!

  31. zagubiony omułek

    ja miałam problem z ubieraniem niektórych rzeczy „na siłę” – np. najlepiej się czuję w bielach, szarościach i granacie (lub odcieniach jeansu) a kupowałam usilnie rzeczy w kolorach które rzekomo pasują do mojego typu urody i żeby nie mieć szaro burych ciuchów. no i potem zmuszałam się żeby w nich chodzić albo do niczego mi nie pasowały. to samo miałam z częściami garderoby – nie noszę spódnic, szortów, swetrów wkładanych przez głowę, szpilek, bardzo rzadko ubieram sukienki – a i tak je kupowałam żeby zachować”różnorodność”.
    teraz kupuję tylko moje kolory i tylko takie części garderoby, w których się czuję dobrze- spódnic, szortów, swetrów, szpilek w ogóle, a sukienki mam 3 – dwie małe czarne na okazję (ale nadają się tez do pracy) i jedna letnią.

  32. Foster Marine

    U mnie problemem była głównie moja waga ;) Byłam za gruba, źle czułam się ze swoim ciałem i zakładałam ubrania, w które się aktualnie mieściłam i które były w stanie zatuszować niedoskonałości mojej figury. Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale udało mi się schudnąć prawie 10 kg, co przy moim wzroście (176 cm) stanowi około dwóch rozmiarów mniej. I teraz wszystko jest na mnie za duże :) Korzystam jednak z Twoich rad, staram się budować nową garderobę z myślą o „bazie”. Mam aktualnie trzy pary spodni, które leżą na mnie tak jak powinny i sporo koszul, którymi mogę rotować, tzn. większość koszul pasuje do większości moich dołów. Brakuje mi jeszcze białych i czarnych rurek, ale mam już upatrzone i pewnie niebawem kupię. Cały czas rozglądam się za ciekawymi koszulami, ale w tym względzie bez ciśnienia, raczej na zasadzie „jak trafi się okazja”. Szukam też fajnych kardiganów na chłodniejsze dni, ale z tym póki co bardzo ciężko. Dzięki lekturze Twojego bloga moja szafa zaczęła być lepiej zorganizowana, w pewien sposób kompatybilna, a nie jak wcześniej złożona z gotowych zestawów. Poczyniłam też pierwsze kroki w związku z bielizną – w lutym zakupiłam tzw. bieliznę bazową, czyli komplety klasycznych majtek i biustonoszy w bieli, czerni i kolorze cielistym, na gwiazdkę 2013 r. poprosiłam o dwie „nieobciachowe” ;) pidżamy, a niedawno sprawiłam sobie jedną z Lunaby :) Mam nadzieję, że dalej uda mi się podążać w obranym kierunku i moja szafa będzie nabierała coraz bardziej uporządkowany charakter :)

  33. Karolina

    „Masz garderobę, która powinna należeć do kogoś innego” – to była moja zmora przez pół życia. Uwielbiam eleganckie stylizacje, tak więc w mojej szafie było od groma sukienek, spódnic, koszul i butów na obcasie, a jak były płaskie to automatycznie musiały nadrabiać elegancją. Dlatego za każdym razem rano pojawiał się zonk i „W co ja mam się ubrać?”, bo latanie po szkole (nawet w liceum) w sukience i w szpilkach jest zarezerwowane raczej dla kadry nauczycielskiej, a ja wyglądałabym w tym dość głupio. Teraz co prawda nadal choruje na wszelkie sukienki i spódnice, ale zainwestowałam w kilka, wkładanych swetrów, lepszej jakości T-shirtów i nawet w trampki! Aczkolwiek do stylu stricte sportowego jak bluza i buty do biegania raczej nigdy nie dorosnę ;)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Poważnie głupio chodzić po szkole w sukience czy spódnicy? „Za moich czasów” to zupełnie normalne było:) PS Zerknęłam na Twojego bloga, świetnie piszesz!

      1. Karolina

        Mi też się wydawało, że jest normalne, ale kiedy po raz setny słyszałam pytanie w stylu „Czy jest dzisiaj jakiś apel?” lub „To diagnoza nie jest za tydzień?!” poddałam się i uznałam, że widocznie żyję w innych realiach :))

        Dziękuję bardzo, strasznie miło mi to słyszeć, a w sumie to czytać :))

  34. Agata Kurczak Chmielewska

    u mnei najgorsze jest to, że po zakupie danego ciuchu, mogę go przez kilka dobrych miesięcy nie nosić, bo nie mam na niego pomysłu, a potem nagle olśnienie i staje się on moim ulubionym ciuchem – ja to nazywam „nabieraniem mocy” :)

  35. Kasia

    Od niedawna podczytuję Twojego bloga i przyznam, że bardzo podoba mi się Twoje zdroworozsądkowe podejście. Ten post „kiełkował” we mnie kilka dni, aż dziś przyszło wiosenne popołudnie i ogromna chęć, żeby zrobić rygorystyczną selekcję ubrań, wedle zasady – „Jeśli nie założyłam czegoś ani razu przez ostatni rok, to znaczy, że już tego nie założę” :) Miałam takich rzeczy sporo, bo „w sumie to ładne”, „może kiedyś założę”, „szkoda wyrzucać”… Efekt? Ogromny wór rzeczy do wydania, więcej powietrza w szafie i bardzo przyjemne uczucie lekkości :) Dzięki za inspirację!

  36. hreczana

    A ja podbiję to, co wyżej wzmiankowała już „iwa” – niektórzy nie mają co na siebie włożyć mimo pełnej szafy, bo brak im pewności siebie i wydaje im się, że w niczym nie będą wyglądać dostatecznie dobrze, dostatecznie atrakcyjnie itp. We wszystkim marnie. Może wsadzę kij w mrowisko, ale czasem myślę, że sprzedawanie ciuchów żeruje na obniżonej samoocenie klientek – komunikat: „jesteś nijaka!” – recepta: „kup masę nowych modnych ciuchów i przestań być nijaka!”.
    Potrzeba bycia modnym może być funkcją niepewności siebie. Nie musi. Może.

    1. Style Digger Autor wpisu

      Tak, zgadzam się w 100%, pisałam o tym sporo w książce. Nie tylko ciuchów zresztą, ale też w naszym interesie leży, żeby sobie tą dobrą samoocenę wypracować i nie łapać się takie sztuczki – co oczywiście proste nie jest.

  37. Jot

    A ja mam jeszcze jedną rzecz- nieposegregowane ubrania. Nie mówię tu o bałaganie, ale o tym, że ubrania zimowe leżą obok tych letnich. I gdy codziennie patrzysz na sukienkę, której z czystego rozsądku w zimę nie zakładasz zdaje Ci się, że nigdy jej nie nosisz. To też problem małej szafy, ponieważ w obecnym mieszkaniu dysponuję dwoma półkami i jednym drążkiem i nie mam ich gdzie schować.

  38. Zuzka

    Ostatnio zdiagnozowałam główną przyczynę tego, że nie mam w co się ubrać – wychodziłam z zakupami poza swój styl. Jakoś do tej pory wydawało mi się, że skoro lubię szare swetry, białe i granatowe bluzki, to wystarczy po jednym egzemplarzu z tych kolorów. Myśląc błędnie, szukałam na siłę rzeczy, które nie przypominają tych wiszących już w mojej szafie. Czerwony sweter? Dlaczego nie! Nie mam takiego w szafie. Koszula w ptaki? Super! Wreszcie coś innego! Teraz widzę, jak pozbawione sensu były te zakupy. Oczywiście czerwony sweter i wzorzysta koszula zalegają na wieszaku, ubrane może dwa razy. Wniosek jest jeden: konsekwentnie trzymać się swojego stylu, nie myśląc, że to wielka nuda!

  39. Doti

    No to tak… mój problem z szafą związany był z dwiema sytuacjami: 1. – w tej szafie był ciągle bałagan. Wtedy znalezienie rano konkretnej bluzki czy swetra graniczyło z cudem i efekt był taki, że zakładałam w zasadzie ciągle kilka tych samych ciuchów. Bo były pod ręką. 2. – zakupy czynione za bardzo impulsywnie, bo coś wpadło w oko, bo fajne itd. Ale czy do czegoś, co mam w szafie, pasujące? To było bez znaczenia. Bałaganu się pozbyłam, a zakupy staram się robić już nie tylko z kartą płatniczą, ale przede wszystkim z głową. Oglądam bluzkę i zastanawiam się co do niej założę – które z już posiadanych spodni czy spódnica będą pasować? A może kupię kolorowe spodnie? No to jaka góra wtedy? Sukienka? Ok, ale czy mam odpowiednie buty do niej – inne niż trampki, półbuty? Itd… Nieskromnie powiem, że nawet to działa ;)

  40. Dona

    Mam wielki problem z ciepłymi górami, tzn ze wszelkiego rodzaju sweterkami, bluzkami itp, z dopasowaniem do nich koszulek pod spód. Bo jeśli ubiorę mój ulubiony sweter przez głowę, to będzie spod niego wystawać t-shirt, co wygląda niechlujnie ( a nie chodzę codziennie w koszulach), rozpinane sweterki zazwyczaj wyglądają jakby były na babcię, przez co ich nie kupuję, bluzy są zbyt sportowe na wiele okazji, a marynarki zbyt eleganckie (ewentualnie zbyt niewygodne:)). Wydaje mi się, że wiele dziewczyn w ogóle nie bierze pod uwagę tego, że kiedy wejdą do jakiegoś pomieszczenia, to może być im za gorąco żeby siedzieć w swetrze, i mają pod spodem jedynie bieliźnianą koszulkę na ramiączkach – co wygląda ładnie, ale nie jest uniwersalne. Macie jakieś pomysły na uniwersalne zestawy, które sprawdzą się zarówno w wersji „jest mi zimno chcę sweter” i „znajoma lubi mieć 30 stopni w mieszkaniu, jak się nie rozbiorę to się ugotuję”? Pomóżcie :-)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Też nie lubię, jak mi t-shirt wyłazi spod swetra, zwłaszcza górą, więc wybieram opcję z większym dekoltem niż to, co mam na górze:) Najczęściej t-shirt albo koszulka z długim rękawem. Z dołem jakoś nie mam problemów, czasem jak wystaje mi coś, co nie chcę żeby wystawało, po prostu wkładam spodnią warstwę do spodni:)

      1. Dona

        Hmm, chyba faktycznie powinnam bardziej zwracać uwagę na to jakie koszulki kupuję, patrząc pod kątem swoich swetrów. Tyyle zmiennych, które trzeba mieć w głowie podczas zakupów, z moją awersją do centrów handlowych i wybrzydzaniem na wszystko co nie jest 100% naturalne zakupy są udręką. Ale dam radę :-) Bardzo cenne uwagi, piękne dzięki!

  41. ElleEmvogue

    Ja należę chyba do tych kobiet, które mają za mało rzeczy. I za małą szafę, w której kilka bluz z kapturem, parę swetrów zapycha przestrzeń. Bywa że przez rok nawet nie zaglądam w półkę, bo wszystko jest słabo dostępne a grzebanie wiąze się z wywaleniem i upychaniem od nowa. Swoją drogą te „luzaki” dresy, tanktopy i moro jednak za bardzo dominują w mojej szafie.
    W planach mam teraz wyszukanie kilku dobrej jakości bazowych neutralnych ubrań, za Twoją radą. Dziękuję.

  42. Pingback: Tydzień 14.04 – 20.04.15 | Krasnoludki przy sterach

  43. Karolina

    Dziękuję ci za ten wpis… Ja często mam ten problem, że staję przed szafą i nie mam się w co ubrać… Regularnie (mniej więcej raz w roku) pozbywam się rzeczy w których nie chodzę, ale problem pozostaje….teraz już chyba wiem na czym polega mój problem – mam za mało tzw. bazy…lubię różne kolorowe i „fikuśne” bluzeczki albo spódniczki, ale jak przychodzi co do czego to nie mam tego do czego założyć…chyba muszę zacząć jakoś rozsądniej komponować swoją garderobę…tylko jak?

  44. antonina

    Post bardzo, bardzo przydatny, daje trochę do myślenia. Chociaż mogę się pochwalić, ze zawartość szafy jest bardziej dopasowana, od kiedy stosuję się do zasady ,,5 rzeczy” podczas zakupów: zawsze jak coś znajdę ładnego, to przeglądam w głowie szafę i szukam 5 rzeczy, które by do tego pasowały. Zdaje egzamin. Mam natomiast inny problem – nie znoszę galerii, i nie znoszę zakupów, sa dla mnie jak kara. Dlatego chodzę zazwyczaj wtedy, kiedy już naprawdę muszę kupić jakieś ubranie. Z czasem wypracowałam sposoby kupowania, m. in. chodzę zawsze w poniedziałki albo w środku tygodnia rano, jak tylko otworzą sklepy; nigdy w soboty; unikam też galerii w centrum miasta, tylko jeżdżę do tych dalszych – tam jest zresztą więcej towaru i wyboru. Może ktoś ma taki sam problem i mógłby mi coś jeszcze doradzić, żeby ułatwić sobie życie ?

  45. Aleksandra

    A ja mam problem z tym ze mam dwa style życia trochę, jestem fizjoterapeutka i joginka wiec 3/4 czasu spędzam w dresach itp. A lubie chodzic w rozszerzonych spodnicach przed kolano, tylko nie bardzo mam kiedy bo przebieranie się 4 razy dziennie plus ubieranie rano i rozbieranie wieczorem, zajmuje mi za dużo czasu.. I uwaga, fatalnie wyglądam w jeansowe, jakiekolwiek by nie były :D musze tez dostosowywać ubiór tak żebym nie miała nic obcisłego w kroku- a to eliminuje przynajmniej połowę fajnych rzeczy….

  46. gob

    bardzo dobry tekst, będę musiała przemyśleć zawartość swojej szafy. Od jakiegoś czasu też czytam bloga Garande Dore, uwielbiam ją i bardzo się ucieszyłam jak się dowiedziałam, że wyda książkę. Mam nadzieję, że Love styl life znajdę w końcu odpowiedź na pytanie dotyczące tego, jak się ubierać.

  47. Korolla

    Nienawidzę robić zakupów… Nie umiem. Nie wiem co na mnie pasuje, co nie. Co jest w moim stylu, co nie. Najchętniej weszłabym do sklepu i kupiła wszystkie rzeczy pokazane na manekinach, bo nie lubię chodzić pomiędzy wieszakami, przebierać, szukać, kopać, grzebać. W sklepach z ubraniami czuję się tak zagubiona, jak to tylko możliwe. Większość zakupów robię przez internet, rzeczy które kupuję są albo za duże albo za małe, odsyłam i znów zostaje z niczym. Mam prawie 30 lat i nie potrafię się ubrać :( kupuję rzeczy z przypadku, wywieszone w sklepach, gdzieś na widoku, bo mam wrażenie, że skoro tak ładnie wyglądają, to ja również będę w nich ładnie wyglądać. Niestety to się nie sprawdza… Chciałabym to zmienić, niestety nie wiem od czego zacząć… najchętniej pozbyłabym się wszystkich moich ubrań, bo w żadnych nie czuję się dobrze… ale tak się nie da, bo nie miałabym w czym chodzić. Nie wiem, co miałoby być moją „bazą”… Nie wiem co z czym łączyć… strasznie mnie to przygnębia i sprawia, że wiecznie jestem niezadowolona z tego, jak wyglądam… Nigdy nie założyłam ubrania i nie czułam się w nim jak milion dolarów. Bardzo ciężko mi się z tym żyje, bo mam wrażenie, że we wszystkim, co kupię wyglądam, jak przebieranie… jak nie ja.

  48. Kasia z brendi.pl

    Ja również nigdy nie lubiłam zakupów i brałam pierwsze z brzegu rzeczy nawet bez mierzenia. Ale końcu powiedziałam dość i z całej szafy ubrań w których nie chodziłam zostawiłam tylko spodnie i zwykłe t-shirty oraz ulubione dwie sukienki i obiecałam sobie, że dzięki inspiracjom na blogach nauczę się robić zakupy i może trochę je polubię :) Takie moje małe wiosenne postanowienie i muszę się pochwalić że szafa powoli się zapełnia odpowiednimi(moim zdaniem) ubraniami :)
    Bardzo fajny artykuł, Pozdrawiam

  49. Vilet

    Mam 23 lata i chyba od zawsze problemy ze stylem. Czasem bywały chwile olśnienia gdy byłam zadowolona. Długo moim problemem było kupowanie pstrokato. Niebieskie sandały, bluzki we wszystkich kolorach tęczy, sukienki czerwone, turkusowe, torebki różowe i bordowe.
    Teraz jest chyba lepiej, ale wpadłam w tryb czerń i biel. Owszem wielbie te kolory ale inne łagodne barwy również. Szkoda, że wiele firm upiera się na te same kolory i ciężko znaleźć coś idealnego np. idealny beż którego w tym roku mało.

  50. Anka

    Mnie natomiat zawsze brakuje jakiegoś elementu garderoby zazwyczaj butów lub torebki, mimo że staram się kompletować garderobę tak aby większość rzeczy do siebie pasowała, szczególnie kolorystycznie, ale wiadomo, że nie wszystko ze wszystkim da się zestawić. Zauwazyłam też u siebie inną rzecz – zazwyczaj nie mam problemu z zestawianiem ubrań w komplety na wakacjach – zabieram te ciuchy, które mam i w zasadzie nie przejmuję się tak bardzo wyglądem – efekt jest taki że nie wyglądam źle.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *