Bursztynowy szlak i niespodzianka

Czerwiec 2012: oddaję na studiach z prognozowania trendów pracę zaliczeniową, w której piszę m.in. o powrocie bursztynu do łask. Wrzesień 2014: odzywa się do mnie województwo pomorskie i zaprasza do siebie, żeby zaprezentować nowoczesną odsłonę bursztynu i sposoby spędzania czasu na Pomorzu jesienią. Gdyby nie to, że maila przeczytałam w tramwaju, powiedziałabym sobie głośno „ha, a nie mówiłam?!”.

Propozycję przyjęłam z ogromną radością, jestem pod wrażeniem działań promocyjnych polskich regionów – z Bieszczad wróciłam zachwycona. No i cieszę się, że tak piękny kamień zyskuje lepszy PR, naprawdę nie zasługuje na bycie kojarzonym wyłącznie ze staroświecką biżuterią i kiczowatymi obrazkami. Bardzo chętnie dowiem się o nim więcej.

Mam jeszcze jeden, już zupełnie osobisty, powód do radości – w podstawówce byłam wielką fanką książki „Wielkie Zasługi” Joanny Chmielewskiej, gdzie bursztyn odgrywa znaczącą rolę w przygodach Pawełka, Janeczki i ich psa Chabra. Później przeczytałam jeszcze jedną książkę Chmielewskiej z bursztynem w tle i od tamtej pory marzyłam, żeby zobaczyć morze jesienią czy zimą, ale jakoś nigdy się nie zebrałam.

Sama wyprawa czeka mnie w październiku, a dzisiaj chciałabym Wam dać znać o niespodziance czekającej nie na mnie, ale właśnie na Czytelniczki mojego bloga. Kiedy czytałam materiały prasowe związane z bursztynem i oglądałam prace polskich bursztynowych marek i artystów, od razu rzuciła mi się w oczy biżuteria NAC. Ich projekty nie tylko bardzo mi się spodobały, wiele z nich jest też tak bardzo w moim stylu, że mogłabym je nosić – a w kwestii biżuterii jestem strasznie marudna i wybredna.

Dzięki uprzejmości województwa pomorskiego to właśnie biżuteria NAC została nagrodą w konkursie, jaki dzisiaj dla Was szykuję. Osoba, która wygra, będzie mogła wybrać sobie jeden z trzech wzorów widocznych na voucherze poniżej. Tak tak, czerwony i czarny kamień to też bursztyn (ja byłam w szoku!), oprócz niego użyto też kryształków Swarovskiego.

NAC-voucher_styledigger

 

Zasady konkursu są bardzo proste – dajcie mi znać w komentarzu, jak Wy zaplanowalibyście swój „bursztynowy szlak” po województwie Pomorskim. Co chcielibyście zobaczyć na takim wyjeździe, co zrobić, jak spędzić czas? Chętnie przeczytam i konkretne propozycje, i bardziej marzycielskie koncepty. Macie czas do 28 września, do końca dnia, wyniki pojawią się do 30 września. Ze zwycięzcą skontaktuję się mailowo, więc wpisujcie proszę przy zatwierdzaniu komentarza aktualny adres – nie musi być w treści, wystarczy w polu przeznaczonym na adres email. Regulamin znajdziecie tutaj. Powodzenia, trzymam kciuki!

 

ROZWIĄZANIE KONKURSU

Przeczytałam mnóstwo świetnych historii, bardzo Wam dziękuję! Postanowiłam nagrodzić wypowiedź Jagienki, bo znam dobrze ten dreszcz ekscytacji i staram się za nim ciągle podążać. Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrowienia!

27 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Śliwkowska

    Zbieraniu bursztynów oddaję się bez reszty już od 20 lat. Jako pięcioletnie dziewczynka chodziłam po plaży z Tatą i uczyłam się trudnej sztuki odróżniania bursztynu od kamyczków, zanurzając bursztyny w wodzie lub stukając nimi o zęby. Czasy dzieciństwa już dawno przeminęły, nie chodzę już po plaży w Pleśnej, ale między Jelitkowem i Sopotem mam własny bursztynowe miejsce, z którego zawsze przynoszę w specjalnym okrągłym pudełeczku nowe okazy do kolekcji :) Jak mawia moja rodzina – tylko ja jestem w stanie wszędzie znaleźć bursztyny, dlatego z przyjemnością wybrałabym się na wyprawę po plażach w okolicy, gdzie spędziłam dzieciństwo: Pleśna, Gąski, Sarbinowo, Chłopy, Mielno i Unieście. Koniecznie z Tatą, żeby uczcić 20-lecie zbierania bursztynów :) (wybieram nagrodę NPE259)

  2. Marysia

    Marzy mi się właśnie spędzenie czasu nad Morzem Bałtyckim poza sezonem. Kocham Bałtyk, ale nie lubię zapchanych dzikim tłumem plaż. Wyobrażam sobie bardzo dokładnie ten czas, kiedy turystyczne miasteczka są już opustoszałe. Taki widok jest z jednej strony troszkę smutny, ale ta delikatna melancholia powinna towarzyszyć jesiennym wyprawom. Czas spędzałabym wędrując po plażach. Najchętniej zrobiłabym sobie taką wędrówkę, która co dzień kończyła by się w nowym miejscu. Chciałabym zobaczyć miejsca bardziej dzikie i mniej znane, ale też chętnie odwiedziłabym turystyczne centra, gdy są właśnie puściutkie. Taka na przykład Łeba jest bardzo ładnym miasteczkiem. Chciałabym porozmawiać z mieszkańcami, pochodzić po portach, posmakować smacznych ryb. Wyobrażam sobie wczesne pobudki, oglądanie wschodu słońca. Taki wyjazd kojarzy mi się z wypoczynkiem. Totalnym wypoczynkiem. Morze jest dla mnie czymś magicznym, czymś co się albo kocha bardzo mocną miłością, albo i nie. Ja kocham morze. Uspakaja mnie, wycisza, ale pozwala mi też pięknie marzyć. Ten czas spędziłabym też na siedzeniu na plaży pod kocem. Chciałabym być sama na takiej wędrówce. Skoncentrowałabym się całkowicie na kontakcie z naturą i kontakcie z sobą. Jedyne miasto o jakie bym zahaczyła, to Gdańsk, który jest w kanonie moich ukochanych polskich miast. Rzecz jasna też było by tam puściej i spokojniej i mogłabym sobie spokojnie połazić po urokliwych, wąskich uliczkach.
    Bursztynów nigdy mi się nie udało znaleźć na plaży.. a szkoda. Jest to kamień bardzo dla mnie ważny,. Mam wisiorek w tradycyjnym stylu, z pięknym matowym bursztynem. To mój amulet, który dodaje mi dobrej energii :) pozdrawiam!

    1. haniaje

      Pomorskie zachwyca na tyle, że aż przyciągnęło mnie do siebie na studia. 5 lat temu, zauroczona trójmiastem, wprowadziłam się tam mając w głowie swój własny mały szlak – na początku typowo turystyczny, skupiony głównie wokół Gdańska. Jednego dnia Gdańsk, stare miasto, Długa, żuraw, stocznia, innego Skmka i Gdynia, na koniec molo w Sopocie. Z czasem te standardowe trasy okazały się oczywiście niewystarczające – na szczęście. Dziś mój szlak zamiast typowych turystycznych atrakcji obfitowałby w ukryte zakamarki i miejsca znane głównie mieszkańcom pomorskiego. Gdańsk oznaczałby przejście Długą, ale na początku maja, gdy robi się ciepło, a jeszcze nie ma turystów lub w grudniu, kiedy ulica jest zasypana śniegiem a na środku stoi ogromna choinka. Stocznię i nowe centrum należałoby odwiedzić nie tylko za dnia, lecz także wieczorem (wskazane zahaczenie o koncert w b90 lub chociaz zajrzenie do ich galerii!). Gdybyście szukali nowych mijesc na wieczorne piwo w plenerze – polecam siedzenie wieczorem na murze stoczni i kontemplowanie dźwigów, brzmi dziwnie ale naprawdę warto! Poza tym nie zapominajmy o tych bardziej artystycznych miejscach – odchamiamy się w łaźni, filharmonii lub operze (pick at least one!). W leniwą niedzielę skaczemu z książką do parku w Oliwie lub jedziemy na rowerach do Brzeźna, Jelitkowa albo (jeśli lubimy porządne zastrzyki adrenaliny lub też preferujemy styl kaptur i dresy) na Stogi. Latem koniecznie wybrałabym się tam wieczorem na spacer brzegiem morza i szybką obczajkę potencjalnych bursztynów! W Sopocie oprócz standardowego bujania się po molo, odwiedzamy Józefa K. (knajpka ma klimat!), jemy w afrykańskiej restauracji lub skaczemy do budki z rybami przy wejściu nr 28 (!!!111!!), a wracając odwiedzamy genialną bookarnię, gdzie najprawdopodobniej przepuszczay pół penji. W Gdyni idziemy na leniwy spacer nabrzeżem (zwiedzenie wojskowego okrętu naprawdę jest ok, nie przejmujmy się faktem, iż pozostali turyści to głównie piątoklasiści) . Warto też udać się do oceanarium. Wracając zahaczamy o biopiekarnię, zjadmay orzechowca, kupjemy chlebek, wsiadamy do skmki i podziwiamy odnowione koksy-stacje skm redłowo i rumia , a nastęonie żałujemy, że jednak nie mieszkamy w Mieście-szczęśliwych-ludzi, jak zwykło się nazywać Gdynię.. W samym Trójmieście jest do zobaczenia tyle, że łatwo zapomnieć o innych atrakcjach w pomorskim – Łebie, gdzie wydmy odejmują mowę, Helu (te ryby, te foki! chcę być foką!), Kartuzach – spokój, cisza, czilax, aż chce się tagiwać na instagramie… Warto też kiedyś wybrać się nad jezioro o wdzięcznej nazwie Wdzydze – żeglarze będą wniebowzięci, historycy zwiedzą skansen, a żarłoki mają do wyboru dwa świetne miejsca: wędzarnię ryb i creepy lokalną Pizzerię(wierzcie lub nie, ale pizza,choć wygląda jak dziwny placuch, jest prze-pysz-na!). By poczuć prawidzwy folklor polskiej wsi, z nad jeziora obowiązkowo wracamy rozklekotanym autobusem, który pokonuje trasę w trzy godziny i cieszymy się, że udało nam się dawno temu zrobić prawko. Tak spędziłabym kilka dni, a może nawet i tygodni. Atrakcji jest mnóstwo, a niespodzianek, które czyhają w pomorskim jeszcze więcej. Warto wyszukiwać te dziwne, niespotykane miejsca, w końcu wspomnienia będą tylko nasze! Pozdrowienia, Hania.

  3. Aneta

    Bursztyn kojarzy mi się ze statkami pełnymi skarbów, więc moją podróż rozpoczęłabym od wizyty w Gdańsku, spacerem nad ruchliwą Motławą. Czymże jednak jest podróż bez dobrego towarzystwa? Z pewnością byłby razem ze mną mój najlepszy przyjaciel Filip. Jedno spojrzenie w jego oczy i już wiem czym jest blask bursztynu w zachodzącym słońcu. A potem wyruszylibyśmy szlakiem bałtyckiego wybrzeża, by każdego dnia oglądać zachód słońca w innej nadmorskiej miejscowości. Jednego dnia w Gdyni, drugiego we Władysławowie,wciąż dalej i dalej przez kolejne miejscowości. I wiem, że czułabym się jak w domu – bezpiecznie. Na koniec przygody chciałabym oddać szacunek osobie, która pierwsza pokazała mi bursztyn. Mojej babci Marysi. Pojechałabym do niewielkiej wioski – Szczodrowa, by znaleźć się tam, gdzie ona była szczęśliwa i w duszy podziękować jej za to, że była wspaniałym człowiekiem.

  4. Dandy

    Pomorze niezmiennie kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem i spędzanymi tam co roku wakacjami. Z budowaniem zamków, zajadaniem sie lodami i poszukiwaniem razem z tatą delikatnej, bursztynowej biżuterii dla mamy. Oraz z oparzoną skórą od tych godzin spędzanych na słońcu :) Z chęcią wróciłabym do tych wszystkich nadmorskich miejscowości Łeby czy Władysławowa – w szczególności Karwi – zobaczyć co zmieniło się przez tę parę lat. I przypomnieć sobie te wszystkie cudowne chwile. Dzisiaj na moim szlaku nie mogłoby też zabraknąć sopockiego molo – marzy mi się spędzić tam cały dzień, zachłannie wpatrując się w morski krajobraz od wschodu aż do zachodu słońca. Koniecznie wróciłabym też na wydmy w parku narodowym nacieszyć sie pięknem dzikich plaż. I równie chętnie bym takową gdzieś odkryła. Przespacerowałabym się lasem odzielającym plaże od miasteczek. I przespacerowałabym się samym brzegiem morza, robiąc jakąś niemiłosiernie długą wędrówkę. Najlepiej byłoby zwieńczyć ją ogniskiem i szantami. Wspiełabym się na szczyt latarni na Przylądku Rozewie, najchętniej nocą, choć nie wiem na ile to możliwe. Na koniec mojej wyprawy musiałabym zjeść kręcone lody z automatu, które zawsze starałam się wymusić na rodzicach, zazwyczaj z pozytywnym skutkiem. Jako, że marzyłoby mi się również uniknąć największych tłumów, złota polska jesień byłaby najdogodniejszym momentem na tę moja wędrówkę szlakiem wspomnień.

  5. Justyna

    Ależ śliczne! Marzy mi się biżuteria z bursztynu, niestety większość tego, co zazwyczaj znajduję robiona jest według zasady „im większe tym lepsze”. Czyli zamiast delikatnego pierścionka mamy ogromny sygnet, zamiast lekkiej zawieszki – wielki kamlot. Ciężki (dosłownie!) orzech do zgryzienia.
    Idę wymyślać zadanie konkursowe :)

  6. facebook.com

    If your rental is for several hours or the whole day,
    consider when your chauffeur will have a break or a meal.
    If there was an alternative which surpasses the volume of this pool there would be no chic.

    At the very outset, you have to be very clear that you will only deal with a company that is well known in the business.

  7. inkaniekawa

    Moje wymarzone spotkanie z bursztynem zaczyna się w Muzeum Bursztynu w Gdańsku, gdzie można zobaczyć zatopioną w żywicy jaszczurkę oraz setki innych przedmiotów bursztynowych jak i sam bursztyn o różnych barwach i kolorach. Potem przeszłabym się ulicą Mariacką by zobaczyć sklepy gdańskich bursztynników i co tam w modzie bursztynowej piszczy, jak już tam jestem to na samym końcu czycha na mnie Muzeum Archeologiczne, gdzie również znajduje się kolekcja przedmiotów bursztynowych. Jeśli byłby luty poszłabym na targi bursztynowe Amberif, a jeśli wrzesień na Ambermart popatrzeć na wystawców z krajów nadbałtyckich- zasobność ich w produkty jak i sam surowiec jest zdumiewające, niemałe wrażenie robią też kupujący, którzy niezmiennie od setek lat oglądają, warzą w dłoniach, podświetlają i targują się o ten surowiec. Pod wieczór ( oczywiście jest to mój idealny wieczór) wybrałabym się na Wyspę Sobieszewską, poszukać w piasku szczęścia a następnie na fireshow z bursztynowego pyłu jakie robi Eryk ( https://www.youtube.com/watch?v=OpdEZtflPXs ) by siąść na piasku, zdjąć buty i wdychając zapach palącego się bursztynu, racząc się bursztynowym piwem (mogę na plaży, bo to wciąż mój wymarzony dzień bez policji :) ) patrzeć jak zachodzi słońce na horyzoncie, tonie w morzu, a gasnące promienie dają jantarową poświatę. Bursztyn zachwyca nieprzerwanie od tysięcy lat… czy kolorem, możliwościami, wytworami, kształtem, zapachem i przecież historią… każdy znajdzie coś dla siebie, a ja tu przecież tylko o Gdańsku, a całe pomorskie? Echhh…

  8. Asia

    Nie znam Pomorza tak dobrze, aby coś polecić w ramach zwiedzania, bywam tam bardzo rzadko. Jednak najchętniej bym się wybrała do zakładu, gdzie bursztyny się obrabia. Może nie jest to tradycyjne miejsce do zwiedzania, ale naturę mam raczej odkrywcy, nie turysty. Z przyjemnością bym poznała proces, gdzie od zwykłego „kamyczka” przechodzi do formy lśniącego oczka. Móc podpatrzeć tajniki tego niezwykłego rzemiosła. Gdzie indziej szukać takiego miejsca, jak nie na Pomorzu? :)

  9. amano

    Jestem z Krakowa i od maleńkości nad życie kocham góry. Tatry, Bieszczady, cały Beskid. Osypane śniegiem, spowite jesienną mgłą, zalane słońcem – to moja miłość. Ich magia przyciąga, odzywa się chroniczny niedobór wysokości i nieustannie pcha mnie na południe. Mogłoby się wydawać w związku z tym, że morze to coś nie dla mnie, nie mój klimat, nie tędy droga. Cóż za błąd! Od lat regularnie jeżdżę do Trójmiasta, od lat odkrywam kolejne miejsca które kradną po kawałku moje serce. „Bursztynowy Szlak” – to samo w sobie już brzmi magicznie! A więc:
    CZĘŚĆ PIERWSZA – PORANEK. Stare Miasto. Po sezonie, wrzesień, może październik. Staje w Złotej Bramie i patrzę w Długą. Pusto, słońce pod kątem ostrym kładzie się na kamienicach. Idę w kierunku Długiego Targu, pod światło patrzę na Neptuna, na skrzącą się wodę fontanny. Międzyczasie zaglądam do bram kamienic i w maleńkie uliczki. Przechodzę przez Zieloną Bramę i spacerując Długim Pobrzeżem podziwiam zabytkowy żuraw, starą i doskonale wpasowaną nowoczesną architekturę, wodne tramwaje i luksusowe jachty. Siadam na ławce i wygrzewam twarz w porannym słońcu. Wracam ulicą Mariacką pełną urokliwych schodków prowadzących do kamienic, oglądam wystawy pełne bursztynu. Daje sobie czas na kawę i śniadanie w jakiejś przytulnym miejscu.
    CZĘŚĆ DRUGA – POŁUDNIE. Wsiadamy na jacht wożący turystów na Hel. Płyniemy przez stocznię, w dokach stoją statki w remoncie lub w budowie, obok powoli przesuwają się wielkie żurawie, tworząc nieco nierealny, jakby wyjęty z filmów SF krajobraz. Wypływamy w głąb zatoki, przez jakiś czas nie widać lądu, jedynie na horyzoncie majaczą boje i chyba latarnia morska. Na miejscu wybieram się na sam koniec mierzei i odkrywam niewiarygodnie piękną plażę. Biały, drobny piasek, krystalicznie czysta woda. Po kolana w wodzie oglądam piaszczyste dno układające się w fantazyjne wzory. Tak bardzo chciałabym zobaczyć fokę na wolności! Póki co tylko majestatycznie przepływające promy do Szwecji. Helskie plaże są tak niesamowite, że aż żal wracać na statek. Warto jednak, bo tym razem płyniemy do Gdyni gdzie jem Dorsza smażonego w cieście (<3!). W porcie urzeczona wręcz gapię się na Dar Młodzieży. Jaki musi być piękny pod pełnymi żaglami!
    CZĘŚĆ TRZECIA – WIECZÓR. Kierując się w stronę Gdańska zatrzymuję się na sopockim Molo. Wiatr od morza pachnie solą i targa mi włosy. Przypomina mi się scena z Titanica więc opieram się o końcową barierkę i rozkładam ręce. Zamykam oczy i jest bosko. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi a ja idę małymi uliczkami Gdańskiej Oliwy, w których skrajni rosną gęsto przystrzyżone, charakterystyczne drzewka. Domki z drewnianymi gankami aż proszą żeby w nich zamieszkać. Mijam wodny młyn z XVII w, który funkcjonuje do dzisiaj i wchodząc do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego kieruję się do wierzy widokowej Pachołek. Szczyt tuż nad koronami ogromnych dębów. Słońce zachodzi i rzuca ciepłe światło na Oliwę z czerwonymi dachami domków. W oddali widać hel, bardziej na prawo stare miasto i stoczniowe żurawie. Za plecami urocze górki porośnięte przebarwiającym się już lasem dębowym, bukowym i wiecznie zielonymi sosnami. W tej scenerii jemy przyniesioną w piknikowym koszu kolację. Słońce zachodzi a my jeszcze długo oglądamy spektakl kolorowych chmur.
    CZĘŚĆ CZWARTA – ŻYCZENIA. Z racji tego że miejsca z pierwszych trzech części są mi dobrze znane czwarta zostaje na jeszcze nie do końca odkryte atrakcje. Bo chciałabym wybrać się w teren na Tinkerze ze stajni iHaha (najlepiej na plażę!), odwiedzić ZOO, a także miejsca poza Trójmiastem: Słupsk, Żuławy. Zobaczyć Malbork, zwodzone mosty i oczywiście ZNALEŹĆ PRAWDZIWY BURSZTYN!

  10. Jagienka

    No wreszcie coś dla mnie! Jest tylko jedna możliwość spędzenia czasu w pomorskim, ale tylko dla ludzi o stalowych nerwach – udział w ekspedycji archeologicznej i poszukiwania Bursztynowej Komnaty. Zawsze chciałam namówić na to swoją drużynę harcerską, ale zazwyczaj kończyło się na obozie w kolejnym lesie. Co więcej – wydaje mi się, że wiem, w którym miejscu Bursztynowa Komnata może być zatopiona…Takie tam dziwaczne marzenie jeszcze z czasów, kiedy leżałam z latarką pod kocem i czytałam Pana Samochodzika i Wyspę Złoczyńców. Niby nic, a jednak takie skarby dziedzica Dunina wyzwoliły we mnie chęć do podmorskich poszukiwań Bursztynowej Komnaty i choć lata lecą, na samą myśl o tym mam gęsią skórkę. Dokładnie tak samo, jak wtedy pod kocem z latarką.

  11. Rossie

    Prawdziwe bursztyny udało mi się znaleźć tylko raz, i wcale nie było to na plaży, po długich poszukiwaniach i grzebaniu w piasku. Wpadłam na nie przypadkiem, na leśnym parkingu w samym środku Litwy. Wciąż je mam, zamknięte w małym woreczku, i do dziś przypominają mi, że czasami najlepsze rzeczy znajdujemy w najmniej spodziewanych miejscach.
    Dlatego też mój bursztynowy szlak nie wiódłby utartymi ścieżkami przez najbardziej znane pomorskie atrakcje. Zamiast tego kupiłabym dokładną mapę województwa, wyciągnęła z garażu rower i sakwy, spakowała namiot, kilka ciuchów na przebranie, kompas, latarkę i płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłabym z mojego rodzinnego domu na północ – w stronę morza. Nie wybierałabym jednak najkrótszych dróg do celu, ale starałabym się jeździć tymi bocznymi, rozglądając się za ukrytymi skarbami Pomorza, za małymi wioskami w których czas stanął w miejscu i pełnymi uroku leśnymi drogami przecinającymi lasy i pola. Jechałabym tam, gdzie mnie droga poniesie zatrzymując się gdzie tylko mi się żywnie spodoba.
    Jest jednak jedno miejsce, które chciałabym odwiedzić szczególnie, a są to Kartuzy – małe miasto na Kaszubach, gdzie urodziła się i dorastała moja babcia. Porzuciłabym na chwilę rower, by przejść trasę, którą pokonywała z odosobnionej leśniczówki do pięknego zabytkowego kościoła, i wpadłabym do cioci Zosi, by zjeść pyszny sernik „z rosą” i posłuchać, jak mówi po kaszubsku.
    Ciężko powiedzieć gdzie skończyłby się mój bursztynowy szlak, ale wiem, że chciałabym dotrzeć aż do samego morza, poczuć na twarzy wiatr wymieszany ze słoną wodą i położyć się na piasku, dając wytchnienie zmęczonym nogom. Pewna jestem, że do tego czasu zapełniłabym już kieszenie i głowę całą masą „bursztynów” – wspomnień i obrazów nazbieranych po drodze, które ciężko jest dostrzec w pędzie codziennego dnia.

  12. kasia es

    Paradoks współczesnego świata – mój mąż pracuje w Pomorskim, w Gdyni gwoli ścisłości, a ja nawet nigdy tam nie byłam. chyba tylko marzeniami ;) Szczęście w nieszczęściu – praca to zdalna, a marzenia od czasu do czasu się spełniaja, wystarczy się zabrać za ich realizację.
    Pamiętam jak jeszcze na wczesnej podstawówkowej geografii byłam dumna, że „Polska to kraj z dostępem do morza”, jak nie mogłąm się doczekać, by zobaczyć Bałtyk. I co? I nadal mieszkam w Krakowie, a jedyne morze, jakiego zasmakowałąm to Śródziemne. Wstyd.
    Prędzej czy później jednak spakuję męża i dzieci do walizki i pojedziemy nad polskie morze, pociągiem oczywiście, żeby było romantycznie…Bez specjalnych planów, grafiku do zrealizowania i listy rzeczy do zwiedzenia. Bez odhaczania.
    Pewnie, chcielibyśmy spojrzeć na świat z malborskiego zamku, docenić wolnośc na Westerplatte, zaniemówić w Gdyńskim Akwarium, poczuć sportowe emocje na Arena Gdańsk czy zakochać się w przyrodzie Słowińskiego PN.
    Pewnie.
    Ale jeśli przyjdzie nam cały pobyt spędzić nad morzem, przełąmując fale, pływając, szukając muszelek, puszczając włosy z wiatrem
    i budując zamki z piasku, to też nie będę żałowała.
    Bo przecież o to właśnie chodzi, by podróż zostawiała w nas coś więcej, niż tylko zmęczenie i wyrwane kartki z kalendarza – byśmy z niej przywieźli wspomnienia, które dodadzą nam energii w przyszłości. A morze może mieć taką moc, może i Pomorze pomoże? ;)

  13. Nox

    Krótka historia mojej inspiracji

    Było to zeszłej wiosny, nad Bałtykiem. Idąc brzegiem morza dostrzegłam zakonnicę, która zaopatrzona w laskę dziarsko przemierzała plażę co chwila się schylając. Gdy nasze szlaki się przecięły, a ja z uśmiechem rzuciłam słowa powitania, zaczęła mi opowiadać o swoim zajęciu. Zbierała malutkie bursztynki, które układały się na granicy wody wyznaczanej zasięgiem fal. Przez chwilę spacerowałyśmy razem, a ja słuchałam jak zaczarowana. Zbieranie tych skamieniałych na wieki kropelek żywicy okazało się znacznie bardziej skomplikowane niż myślałam, ale sprowadzało się do jednego – do błysku. Bo tylko drobne kryształki bursztynu, gdy pod odpowiednim kątem padają nań promienie słoneczne, są w stanie wyemitować ten chwilowy intensywny blask, który wyróżnia go spośród ziarenek piasku i wodorostów wyrzuconych na brzeg. Za każdym razem gdy siostra dostrzegała ten na pozór niewielki skarb, jej twarz rozjaśniała bezgraniczna radość. Z niezwykłą pasją powtarzała, że to przeogromne szczęście odnaleźć tak przepiękny drobiazg stworzony przez Artystkę Naturę. Po raz pierwszy w życiu było mi dane na własne oczy zobaczyć uosobienie tej na pozór wyświechtanej dewizy by „cieszyć się z małych rzeczy” i zdać sobie sprawę, jak daleka jestem od prawdziwego jej realizowania we własnym życiu. Od tamtego czasu ilekroć dostrzegam ów charakterystyczny błysk, gdy stopy poniosą mnie skraj wody, przypominam sobie słowa tej niezwykłej kobiety, a na twarz mimowolnie wpływa mi uśmiech.

    To właśnie jest mój bursztynowy szlak – skamieniała esencja szczęścia pod postacią kryształków bursztynu rozrzuconych przez fale wzdłuż morskiego brzegu, ludzie, którzy ich śladem podążają praz historie, które mogą nam opowiedzieć. Ścieżka, którą powinien przebyć każdy, kto pragnie na dobre zaprzyjaźnić się z Pomorzem i odkryć jego prawdziwą magię.

    PS Zostałam także obdarowana garstką tych pięknych kamyczków na pamiątkę. Poprawiają mi humor ilekroć zapominam, by czerpać radość nawet z największych błahostek – http://bit.ly/1vjIE09

  14. Olala

    Swoją wyprawę rozpoczęłabym zdecydowanie od Gdańska i Muzeum Bursztynu w okolicy rynku. Byłam tam już kiedyś i już wtedy odkryłam cuda, które można z tego kawałka starej żywicy zrobić – oczywiście klasycznie biżuterię (ale nie toporną, w stylu babcino-ciocianym, a właśnie delikatną, przypominającą raczej ozdoby wróżek), dekoracje mebli, różne bibeloty. Później poszukałabym jakiegoś miłego miejsca nad Wisłą i usiadłabym tam na dłuższą chwilę, by wypić Koźlaka z browaru Amber.Następnie złapała jakiś statek płynący na Hel, z tego co pamiętam jest tam coś w rodzaju wodnego tramwaju. Na półwyspie dłuuugi spacer wybrzeżem (z miłym dla oka widokiem windsurferów) oficjalnie w poszukiwaniu bursztynu wyrzuconego na brzeg. Może odwiedziłabym też delfinarium… Powrót pociągiem do Gdyni, większość trasy z morzem i nadmorskimi lasami za oknem. Gdzie wybrałabym się dalej? To niełatwa decyzja w tym wielkim porcie. Najchętniej wskoczyłabym na statek z piracką flagą i popłynęła szukać Bursztynowej Komnaty…

  15. Mary

    Bardzo cenię sobie bursztyn, jedno z bardziej szlachetniejszych cudów, jakie nam natura dała. Pierwsze skojarzenie jakie mi przychodzi na myśl ze szlakiem bursztynowym to nadmorska miejscowość Jantar – nazwa pochodzi od litewskiego odpowiednika „bursztynu”. Zresztą sam Jantar leży na prastarym Bursztynowym Szlaku. Zimą ciche, spokojne miejsce, gdzie nie gdzie z przemykającymi turystami wąskimi uliczkami. To właśnie tu, na plaży w Jantarze można natknąć się na liczne okazy złota, które Bałtyk wydaje na brzeg morza. Latem kurort zachęcający swoim niepowtarzalnym urokiem i klimatem przepełnionym morskim powietrzem z domieszkami jodu, rzesze turystów do korzystania z dobrodziejstw w tych rejonach. Nie wyobrażam sobie wakacji bez wyjazdu nad morze. A jak nad morze to tylko Jantar – perełka Mierzei Wiślanej i kuźnia bursztynu.

  16. Ola

    Włóż najlepszy kapelusz godny detektywa, ciepły sweter oraz wygodne kalosze i wyrusz na wycieczkę: „Szlakiem nielegalnych poszukiwaczy bursztynu”. W mroku nocy obejmij wartę na plaży lub zatorfionej łące. Przyłap złoczyńców na gorącym uczynku. Użyj aparatu by udokumentować nielegalny proceder. Zwykli ludzie, wpadający w dziury po nielegalnych poszukiwaniach, ekolodzy, sprzedawcy bursztynów z certyfikowanych źródeł oraz województwo pomorskie będą Ci wdzięczni, a Ty przeżyjesz przygodę życia z dreszczykiem emocji.

    Pozdrawiam serdecznie !!

  17. Sasha

    Dopiero od niedawna jestem mieszkanką Pomorza i na pytanie „skąd jesteś” nadal jeszcze zastanawiam się dłuższą chwilę by odpowiedzieć: „jestem z Gdyni”, bo tak naprawdę jeszcze dwa miesiące temu byłam z drugiego końca Polski..
    Chciałabym Cię oprowadzić po bursztynowym szlaku, ale moim – tym, który zaczął się zeszłego lata…
    Polecam tą trasę szczególnie tym, którzy chcą przeżyć niesamowitą przygodę i zmienić swoje życie…
    Skup się.
    Wyjeżdżasz w czerwcu by zacząć, jak wiele młodych osób, wakacyjną, sezonową pracę.
    Jesteś geniuszem, bo uda Ci się połączyć pracę z wakacjami życia (czego jeszcze nie wiesz).
    Obierasz za punkt Władysławowo tam zaczyna się twój bursztynowy szlak..
    Zabierasz siostrę i koleżankę (w grupie zawsze jest raźniej;), ale i tak poznasz masę nowych, fantastycznych ludzi z różnych krańców Polski.
    Dostajesz pracę w potocznie zwanej „imprezowni”, więc dzięki nocnym zmianom możesz za dnia oddać się wakacjowaniu – plażing, smażing, słońce – czego chcieć więcej! Nocami praca, ale i świetna zabawa. Twoja liczba znajomych na facebooku przerażająco rośnie, a wśród nich jest ON, ten z którym witasz słońce po pracy siedząc w objęciach na plaży… jest romantycznie, filmowo.
    I tak mijają tygodnie… Zakochujesz się bez pamięci.
    Hmm no cóż ale jak to z wakacjami bywa – kiedyś się muszą skończyć, ale Twój bursztynowy szlak nie, bo Ty jeszcze nie wiesz, że to wszystko to dopiero początek…
    Wracasz do siebie na drugi koniec Polski a ON zostaje na Pomorzu – dzieli was ponad 500km, ale myślisz sobie,” hmmm a może bursztynowy szlak poprowadzić przez całą Polskę”?
    Tak też robisz, wpisujecie kolejne wspólne punkty bursztynowego wspólnego już szlaku, kolejno są to – Wrocław, Brzeg, Lębork, Gdynia– nadal jest pięknie i romantycznie..
    Mijają miesiące… i co dalej? No tak PKP jest wdzięczne, że większość swoich dochodów inwestujesz w podróże – czyt. „w ich spółkę”, ale Ciebie to niekoniecznie cieszy – Ciebie cieszy możliwość spędzenia czasu z NIM, a więc nie masz wyjścia..
    Myślisz. Masz pomysł. Postanawiasz. Robisz – rzucasz pracę (wszystkie, jakie masz), odchodzisz z klasą, bo „nigdy nic nie wiadomo” (jak to powiedziała twoja matka na to, że wyjeżdżasz) – nie palisz mostów. Znajdujesz pracę marzeń w Sopocie. Wynajmujesz mieszkanie w Gdyni.
    Twój bursztynowy codzienny szlak to Gdynia-Sopot-Gdynia.
    Wzgórze św. Maksymiliana to najpiękniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek mieszkałaś.
    Masz 10min do morza pieszo a nie 10h pociągiem.
    Pracę marzeń. JEGO przy boku. Jesteś kochana, spełniona i najszczęśliwsza na świecie.
    A wiesz co jest najfajniejsze?
    Że to nadal dopiero początek tej bursztynowej trasy…
    <3

  18. popołudniowa drzemka

    Hmmm właściwie chciałabym poczuć bursztyn każdym zmysłem. Dla mnie bursztyny są hipnotyzujące, mogę je podziwiać bez końca. Ich różna struktura, kolor, kształt – są cudowne. Ale gdyby tak poznać zapach, smak, dźwięk bursztynów? to byłoby dopiero coś :)

  19. nika

    1985. Kończę pierwszą klasę. Wakacje w tym roku są wyjątkowe, bo dwa tygodnie spędzamy w Darłówku. Pokój wynajmujemy w prywatnym domu. Właściciel wędzi ryby i częstuje nas, kiedy są jeszcze gorące. Po sztormie zbieramy na plaży okruchy bursztynu. Znajduję też małe zielone szkiełko oszlifowane przez wodę. Swój skarb przez całe lata trzymam w pudełku po tuszu Celia.

    2005. Mieszkamy we trójkę w Malborku. Zamek nas zachwyca. Jest piękna pogoda, więc jedziemy do Stegny. Drogę prowadzącą na parking otacza rzadki lasek. Asfalt się kończy i zaraz za nim, nieco poniżej, rozciąga się dziwna granatowa płaszczyzna. Po dwudziestu latach znów widzę morze.
    Zwiedzamy. Na Kociewiu szukamy śladów mennonitów. Jeździmy do Gdańska, Sopotu, Oliwy, Krynicy Morskiej i na Hel. Jeśli gdzieś widać morze, zatrzymujemy samochód i po prostu patrzymy.
    W rześki dzień w Elblągu pijemy kawę. Następny przystanek to Frombork. Najpierw muzeum, potem koncert w katedrze. Na prospekcie organów wiruje promieniste słońce. Stoimy na przystani. Nad nami przewody wysokiego napięcia oblepione ptakami. Zbliża się jesień.

    2008. Jastrzębia Góra. Nie dowierzam, że będę mieć morze dla siebie przez pełne dwa tygodnie. Jest bardzo wietrznie, ale świeci słońce. Siedzę na pustej plaży. Słucham szumu fal, wiatr szaleje.
    Ścieżki koło naszej kwatery wysypane są niewielkimi kamykami. Przegrzebujemy je z córką i znajdujemy różowawe kamienne rurki z dziurką. Cieszymy się, że znalazłyśmy prastarą biżuterię. Po powrocie do domu okazuje się, że to belemnity.

    2014. Mamy wielkie plany. Tym razem już we czwórkę. Na początku lipca przekonuję się, że można nie jeść przez prawie tydzień i na pewno się od tego nie umiera. Dziewięć długich dni i nocy uświadamia mi, że nieważny jest pęd, żeby więcej, szybciej , lepiej. Szukam spokoju. Czuję, że znajdę go nad morzem. Zdrowieję, gdy zaczyna się rok szkolny.

    2015. Już wiem, że los bywa złośliwy. Wiem też, że w przyszłym roku uda mi się dotrzeć na ścieżkę pomiędzy karłowatymi sosenkami, za którymi…

  20. Zbieracz bursztynowych wrażeń

    Muzyka?! Tak, budzą mnie mistyczne dźwięki wydobywające się z cudu techniki zwanego smartphonem. Zza mgły odczytuję 5:30, grymas śpiocha ląduje na mej twarzy. Jednak po chwili znika, ponieważ dotarło do mnie, że to dzisiaj! Tak, D-Z-I-S-I-A-J ! Rozpoczyna się wielka przygoda, na którą tak czekałam! Wystrzeliłam z łóżka by tylko zdążyć ze wszystkim, upragniony łyk kawy z imbirem i już na dole odpalam samochód. Podczas jazdy zastanawiam się czy będzie, jaka będzie, jak to będzie, ciekawe co z pogodą … Po czym pukam się w czoło i zostawiam wszelkie wątpliwości za sobą. Na dworcu PKS jestem punkt 6:00, autobus planowo ma się zjawić 6:10. Poranek chłodny , dlatego dogrzewam się w aucie. Wybija 6:04 nadjeżdża znany mi dobrze pojazd, wyświetla się „Z Warszawa, D.A. Zach. – Do Słupsk, D.A.” – to ten! Podekscytowana wybiegam do miejsca wysiadki podróżujących. Tłumów nie ma i wtem moim oczom ukazuje się blond pofalowana czupryna, aha. Mam ją! Wita mnie wielki serdeczny uśmiech, nieco zmęczony po tylu godzinach podróży. Zaciągam mojego kompana nadchodzących wrażeń do samochodu i jedziemy do mnie dograć szczegóły naszego „Bursztynowego szlaku” po województwie pomorskim.
    Godzina 9:45 zbieramy sprzęt i już za kwadrans rozpoczynamy najbardziej żywiczną przygodę życia. Dochodzi 10:00 znajdujemy się w centrum Słupska, konkretnie na ul. Tuwima , wchodzimy w podwórze między dwiema kamienicami, pod numerem 9 znajduje się ciekawy konstrukcyjnie budynek z wielkim napisem Galeria. Podchodzimy do drzwi i widzimy kartkę „Proszę dzwonić, jestem w pracowni” – jak nakazano tak uczyniłyśmy. Po chwili otwiera nam miły Pan i zaprasza do środka. Właśnie weszłyśmy do Galerii bursztynowej i gdzie nie spojrzeć tam uśmiechają się do nas dziesiątki a może i setki odcieni rudości, żółtego, beżu. Biżuteria, lampki, figurki, zdjęcia nie wiemy gdzie oko zatrzymać. Z tej niepewności wyrywa nas właściciel tegoż przybytku i zaprasza po krętych schodkach na górę. Niemal w podskokach znajdujemy się na piętrze. Odnajdujemy tam jeszcze więcej Złota Bałtyku! Gospodarz rozpoczyna opowieść na temat pochodzenia tego niesamowitego surowca. Dowiadujemy się, gdzie i kiedy trzeba szukać bursztynu, jak go odróżnić od innych kamieni oraz falsyfikatów. Poznajemy jego znaczenie w medycynie oraz jakie ma właściwości lecznicze, oglądamy inkluzje. W pomieszczenie znajdują się również rekonstrukcje maszyn do wiercenia i obróbki bursztynu. Część gablot zawiera prawdziwe dzieła sztuki wykonane właśnie z bursztynu, są one stworzone przez towarzyszącego nam Mistrza Bursztynnika lub jego uczniów- zdecydowanie robią wrażenie! Nasze podziwianie, słuchanie i dociekanie wielu kwestii związanych z tym cudem natury trwało jeszcze ładnych chwil kilka bądź kilkadziesiąt. Kiedy w jakimś stopniu uzupełniłyśmy swą wiedzę na temat bursztynu, nasz Mistrz zdradza nam pewną ciekawostkę odnośnie kopalni Bursztynu , która znajduje się 20 km na północny zachód od Słupska – pytamy się, czy moglibyśmy się tam razem wybrać. Niestety nasz bursztynowy informator cały dzień ma już rozdysponowany dla innych głodnych bursztynowej wiedzy. W takim razie prosimy go o więcej szczegółów dotyczących tego miejsca. Jak się okazuje jest to jedno z najstarszych miejsc wydobycia bursztynu w czasach nowożytnych, znajduje się właśnie w Możdżanowie k. Słupska. Początek tej historii ma miejsce w roku 1780 kiedy to mieszkaniec Słupska Joseph Liepman postanawia wydzierżawić prawa do poszukiwań i wydobycia bursztynu od króla pruskiego. Dzięki zdobyciu cennych informacji lokuje swoje prace właśnie w Możdżanowie. Powstaje kopalnia, jedni twierdzą, że odkrywkowa, drudzy, że wydobycie odbywało się za pomocą szybów. Lokalizacja okazała się jak najbardziej trafiona ponoć udało się tak wydobyć Liepmanowi 5 ton bursztynu, niestety po kilku latach intensywnej eksploatacji została ona zalana a działalność przerwana. Miejscem tym na przestrzeni lat interesowało się wielu, w latach 70. Minionego stulecia przeprowadzono nawet gruntowne badania genealogiczne. Obecnie osobą, która ma plan stworzyć tu pokazowy szyb z uwidocznieniem przekroju geologicznego przez grunt, aż do warstw bursztynonośnych jest człowiek, który stoi przed nami, czyli ogromny pasjonat i właściciel słupskiej Galerii Bursztynowej. Poszukuje on inwestora, który pozwoliłby mu ten plan zrealizować. Kiedy będziemy miały już odpowiedni zasób godny inwestora obiecujemy się dołożyć. Nasz pobyt na piętrze pełnym wiedzy ulega końcowi i udajemy się na parter. Tutaj mistrz zaprasza nas do gablot z gotową biżuterią z naturalnego bursztynu, a także pokazuje nam wszelkiego rodzaju bursztynowe upominki. Naszą szczególną uwagę przykuwa słupski niedźwiadek szczęścia – po wysłuchaniu historii na jego temat, postanawiamy zaopatrzyć się w ten talizman, jak i wziąć parę dodatkowych sztuk dla najbliższych, bo szczęścia nigdy za wiele! Widziałam jak ma towarzyszka dobierała jeszcze granulat bursztynowy na nalewkę – ponoć leczniczą ; )Dziękujemy serdecznie bursztynowemu guru za ten ogromny łyk wiedzy i uciekamy na zasłużoną herbatkę z ciachem w urokliwej słupskiej Herbaciarni w spichlerzu Richtera. Pora omówić dalsze etapy tejże wyprawy.
    Po kilku kwadransach dyskusji dotyczącej nie tylko naszej misji, zorientowałyśmy się, że jest już zbyt późno na kolejny cel podróży, dlatego zdecydowałam, że zabiorę naszą dzielną łowczynię globu nad wielką wodę. Po 20 min. Dotarłyśmy do Ustki, aby rozkoszować się niesamowitym powietrzem, piękną plażą i tym ogromem wody, który tak koi zmysły. Tuzin zdjęć, spacer po mokrym piasku i poszukiwanie bursztynu w każdym większym zgromadzeniu kamieni, glonów i patyków, niesamowicie nas wymęczył, dlatego poszłyśmy na rybkę i wielkiego gofra- jak szaleć to szaleć.
    Kolejny dzień naszej eskapady rozpoczął się już o bardziej ludzkiej porze , niestety przygoda nie dopisywała, nieustannie siąpił deszcz. Pożegnałyśmy się ze Słupskiem i ruszyłyśmy na wschód. Ze względu na dość spore rozrzucenie naszych punktów zdecydowałyśmy się wybrać samochodem. Po 1,5 h rozmów, śpiewów i śmiechów dotarłyśmy na miejsce. Pogoda nie uległa polepszeniu, dlatego przyodziałyśmy nasze ultra-kolorowe foliowe płaszczyki, jak się okazało po otwarciu – posiadały również pasek- zrezygnowałyśmy jednak z niego, ponieważ jesienią jak najbardziej można być oversize. Tym sposobem byłam wielkim zielonym potworem, natomiast ma towarzyszka wybrała kolor niebieski iście workowy… powiedzmy , że robiła za pogodne niebo :P Płaszczyki do nabycia w większości kiosków ich ceny wahają się miedzy 6-10zł, polecamy. Z opisu naszego outfitu dnia przejdźmy do naszej lokalizacji, otóż znajdujemy się we wsi Bąkowo (gmina Kolbudy), na parkingu leśnym Rezerwatu „Bursztynowa Góra”. Zakamuflowane folią ruszamy na zwiedzanie. Jest to rezerwat archeologiczny, spaceruje się wyznaczonym po grzbiecie szlaku aby móc obserwować wyrobiska w postaci lejów, są to pozostałości po działającej tu od XVIII do początku XX wieku kopalni odkrywkowej bursztynu. Różnica w terenie robi wrażenie a sam spacer po lesie jest niesamowicie przyjemną częścią tegoż zwiedzania. Naładowane leśnym klimatem ruszamy dalej. Dotarcie z rezerwatu do kolejnego bursztynowego miejsca trwało jedynie 16 min.
    Jesteśmy w Faktorii w Pruszczu Gdańskim. Wybierając miejsca naszego szlaku, obie stwierdziłyśmy, że Rekonstrukcja Faktorii Handlowej i Międzynarodowego Szlaku Bursztynowego z okresu wpływów rzymskich w Pruszczu Gdańskim jest punktem obowiązkowym abyśmy mogły wczuć się jeszcze bardziej. Dlatego Pruszczu wieku II – V p.n.e. – nadchodzimy!
    Nasze kroki kierujemy ku Chaty Wodza, czyli główny drewniany obiekt. Po przekroczeniu progu naszym oczom ukazuje się drewniany wystrój i cała masa multimedialnych stanowisk poprzeplatanych z eksponatami muzealnymi. Można by zacząć narzekać, że jest to nieco dziwne połączenie, jednak obie stwierdzamy, że dzięki możliwościom techniki odbiorca jest w stanie doświadczyć czegoś więcej podczas tego typu turystyki. Przede wszystkim jest interakcja, która wciąga i zachęca do dalszych działań i poznawania z ciekawością historii- swoje odciski zostawiałyśmy gdzie się tylko dało. Kolejnym budynkiem jest Hala Targowa, najbardziej edukacyjna część Faktorii. Odbywają się spotkania z archeologią, dzięki zarówno multimediom jak i sporym zasobom zrekonstruowanych strojów z tamtego okresu. To co jest miłym dodatkiem to rekonstrukcja wykopu, w której można poszukać skarbu, dlatego moja towarzyszka była archeologiem, natomiast ja dokumentującym jej dokonania reporterem. Gdy obie wybawiłyśmy się w piasku postanowiłyśmy zajrzeć do kolejnego budynku jakim jest Chata Kowala. Jest to wierna replika domostwa wraz z kuźnią. Wskazywania wszystkiego paluchami nie było końca.
    Na koniec pozostawiłyśmy sobie budynek, który był najbardziej w tematyce naszej wyprawy, czyli Chatę Bursztyniarza. Mogłyśmy zobaczyć jak wyglądało miejsce życia i pracy tego rzemieślnika w tamtych czasach. Maszyny i narzędzia jakich używał, ogólny wygląd jego izb. To dało nam do zrozumienia jak stary jest to fach.
    Po intensywnym przyglądaniu się wszelkim kątom, wybrałyśmy się również na spacer między budynkami. Teren jest bardzo ładny, zorganizowany z ogromną dbałością. W sezonie odbywa się tu cała masa imprez i atrakcji. My natrafiłyśmy na spokojny dzień, jednak wiemy, że w grudniu organizowany jest jarmark świąteczny. Żegnamy Faktorię i marzy nam się tu wrócić na turniej łuczniczy- to by był klimat i ilu zdolnych łuczników zapewne:)
    Znów w samochodzie z ciągle rosnącą wiedzą w głowach zbieramy się na południowy zachód. Po niecałej godzinie dotarłyśmy do Malborka. Zdecydowałyśmy się wpierw uzupełnić nasze zapasy energii, dlatego zrobiłyśmy sobie przerwę żywieniową, podczas której nastąpił przegląd zdjęć i kontrola czasu.
    Po doładowaniu akumulatorów ruszyłyśmy na zwiedzanie zamku, byłam tu kiedyś za dzieciaka, jednak mało co pamiętam, zresztą wtedy sam wyjazd był na tyle aprobujący, że gdzie się dotarło nie miało wielkiego znaczenia. Teraz poznajemy to miejsce na nowo . Ogromna budowla zachowana w tak dobrym stanie robi wrażenie. Po przemierzeniu ładnych setek metrów naszym oczom ukazuje się kolekcja bursztynu, jest to nawiązanie do faktu, iż zakon krzyżacki był monopolistą w wydobywaniu i handlu bursztynem. Ciepła barwa naszego skarbu bardzo uspokaja nasze oczy jak i zdumiewa formami jakie komuś udało się uzyskać za pomocą wprawionej ręki.
    Nastał wieczór, wsiadając do samochodu wspólniczka krzyknęła- do Światowej Stolicy Bursztynu poproszę! Po godzinie przywitał nas Gdańsk. Zatrzymałyśmy się w bardzo przytulnym hostelu. Zrzuciłyśmy zdjęcia na laptopa i jak dzieci cieszyłyśmy się drugim dniem pełnym zabaw, przygód i poznawania. Pomimo tego , że nie przepadamy za piwem, postanowiłyśmy uczcić kolejny udany dzień tym złocistym, niemal bursztynowym trunkiem , zagryzając każdy łyk- orzechem w czekoladzie. Zbierając się do snu moja tymczasowa współlokatorka wypadła z łazienki w obłędnej pidżamie! Zdradziła, że właśnie wystartowała z nowym projektem i sprzedaje zaprojektowane przez siebie cudeńka. Po obejrzeniu reszty kolekcji w Internecie, zaproponowałam jej by może zrobiła limitowaną edycję „amber” pidżam. Można przecież dać guziki z bursztynem, do obłędnej koszulki nocnej doszyć bursztynowe koraliki. Na pomysł zareagowałam miłym uśmiechem. Ponieważ jestem ciekawym człowiekiem, jeśli chodzi o prowadzenie własnej działalności , nasza dyskusja biznesowa trwała do późnych godzin nocnych.
    Obudził mnie wdzierający się promień słońca do naszego pokoju. Nareszcie mamy ładną pogodę! Nie sprawdzając godziny zbudziłam naszego bursztynowego odkrywcę byśmy jak najszybciej wstały i wykorzystały ten piękny dzień do granic możliwości. Zebrałyśmy się w tempie ekspresowym i tym razem postanowiłyśmy wykorzystać komunikację miejską aby dostać się do Gdyni. Naszym punktem docelowym było Muzeum Inkluzji w Bursztynie. Na specjalne życzenie naszej bizneswoman udałyśmy się na oglądanie prawie 13 tys. zatopionych fragmentów roślin i owadów.
    Gdy już skończyłyśmy obserwację tych nie mającym szczęścia okazom postanowiłyśmy wybrać się na gdyńską plażę, ponieważ temperatura zdecydowanie zachęcała do plażowania.
    Gdy nasze oczy nasycił już błękit nieba i delikatnie falująca woda Bałtyku zebrałyśmy się z powrotem do Gdańska. Dotarłyśmy na Profesorską do Bazyliki św. Brygidy, znajduje się tu Bursztynowy ołtarz i jest to największe dzieło z bursztynu na świecie. Warto mu się przyjrzeć i podziwiać ogrom pracy włożony przez gdańskich bursztynników.
    Następnie udałyśmy się ku Bursztynowej Piątej Alei, czyli ul. Mariacka, Długa i Długie Pobrzeże. Jest tu istne zatrzęsienie pracowni i galerii z biżuterią wykonaną z bursztynu, aż nie wiadomo w którą stronę spojrzeć. Postanowiłyśmy wejść do jednej aby przyjrzeć się pracy bursztynnika na żywo, zauważając nasze ciekawskie spojrzenia, mistrz zaproponowałam nam abyśmy same spróbowały przeszlifować kawałek bursztynu. Uśmiech na naszych twarzach chyba nie mógł być większy – szło nam… cóż, jakoś ale własnoręcznie oszlifowane bursztyny są w naszych rękach! Dodatkowo dowiedziałyśmy się o wystawie zwanej „oddychające bursztyny” przy ul. Szopa. Szybko sprawdziłyśmy ile czasu nam zajmie dotarcie, ponieważ następna atrakcja ma wyznaczoną konkretną godzinę. Na szczęście mapa wskazywała 20 min spacerkiem, dlatego udałyśmy się w tymże kierunku. Szłyśmy wciąż podziwiając gdańskich rzemieślników- to był chyba najdłuższy window-shopping od lat! Na miejscu nasza wystawa okazała się intrygującą instalacja miejską. Tworzą ja osadzone w piasku kamienie, mające zamontowane oświetlenie a wykonane są z masy żywicznej co daje efekt bursztynu; co jeszcze ciekawe to każdy z nich zawiera coś w sobie i imituje oddech zmieniając natężenie światła! Strasznie żałowałyśmy, ze nie jest już ciemno, bo efekt był by pewnie intensywniejszy.
    Na koniec naszej przygody postanowiłyśmy wziąć udział w grze miejskiej Władcy Bursztynu. Około tydzień wcześniej dogadałyśmy się z organizatorami żeby dołączyli nas do jakiejś grupy i udało się. Zbierałyśmy się już w stronę umówionego miejsca aby wziąć udział w tym wyzwaniu. Na starcie o dziwo czekał na nas tylko kupiec, który poinformował o zaginionym bursztynie i wręczając zwój papieru nakazał odszukanie go. Czynnikiem niezwykle stymulującym było ograniczenie czasowe jakie miałyśmy w każdej z kolejnych wskazówek. Po Starym Mieście biegałyśmy jak szalone, wytężając nasz mózg do granic możliwości. Po kolejną wskazówkę udałyśmy się do wskazanej przez wtajemniczonego rzemieślnika –karczmy, tam otrzymałyśmy obłędne stroje. Sukienki łączone ze skórą , stylizowane nieco steampunkiem . Przed nami najtrudniejsze wyzwanie, dostać się do baru w porcie i zabrać skarb piratom. Stwierdziłyśmy, ze tu konieczny jest atak bezpośredni, dlatego : wchodzimy! Nasze wejście nie zostało nie zauważone, jednak dzięki strojnemu dopasowaniu się w tłum uszłyśmy z życiem. Znajdowałyśmy się jednak pod bacznym okiem Kapitana Piratów. W pewnym momencie podszedł do nas stawiając butlę rumu i trzy kubki z zapytaniem kto my? Skąd my? Czego szukamy? Na szczęście nasza Pani Kapitan, opłynęła świat wiele razy, więc zalała opowieściami naszych łowów i podbojów ów Pirata, którego oczy z każdym łykiem odpływały mocniej. Jako, ze sam gorszy być nie chciał zdradził jej opowieść o swym ostatnim łupie- był to bursztyn , ponoć niezwykle okazały i nietypowy w swej barwie, miał zamiar sprzedać go Anglikom. By nie dopuścić do tego Nasza Pani Kapitan dała mi znak , że mogę odejść, ponieważ ona musi omówić szczegóły z nowo poznanym bohaterem wypraw. Po 15 minutach czekania zjawiła się z kluczem do skarbca, który znajdował się na pokładzie ich pirackiego statku. Biegłyśmy jak szalone , łajbę rozpoznałyśmy od razu i przebiegle wdarłyśmy się na pokład mijając niezdarnego strażnika, któremu akurat butelka z ręki wypadła. Poszukując skarbca minęłyśmy tylko kota, który bawił się złotą monetą- trop był dobry. Nagle naszym oczom ukazały się wielkie drzwi. Włożyłyśmy klucz i … nie pasował! Lekko spanikowałyśmy, jednak po chwili przyjrzałyśmy się zamkowi i okazał się on szyfrem. Należało wybrać 3 cyfry. Próbowałyśmy wszystkiego i nic, nagle Pani Kapitan przypomniała sobie o tym jak wychwalał się on o 205 osobach, które zginęły spod jego miecza. Spróbowałyśmy tej kombinacji i drzwi odskoczyły! Ostrożnie weszłyśmy do środka i na samym końcu kajuty widzimy wielka skrzynię. W naszych głowach dźwięczy tylko myśl: „Udało się! Udało!”. Podbiegamy do naszego skarbca i … drzwi się zatrzasnęły! Przed nami stanął Kapitan Piratów. Wyciągnął swój miecz i powiedział, że już pora zmienić szyfr w zamku… Nagle zabujało statkiem i usłyszałam muzykę, taką mistyczną… O nie ! To mój budzik, może Joanno dokończymy naszą przygodę na „bursztynowym szlaku” ? :)

  21. Marta.

    „Bursztynek, bursztynek, znalazłam go na plaży
    Słoneczna kropelka, kropelka złotych marzeń…”
    Bursztyn, nie ukrywam, od zawsze kojarzył mi sie z moja babcią, która namiętnie nosiła bursztynowe koraliki na nadgarstkach, w uszach i duzy bursztynowy pierścionek na serdecznym palcu lewej dłoni, mimo że wiedziała, że za nią nie przepadam. Oczywiscie do czasu, kiedy to poznałam bursztyn od tej „drugiej strony”. Czysty, piękny, ekskluzywny, błyszczący, oszlifowany i niesamowicie tajemniczy wytwór natury, który tak łatwo poddaje się pod obróbkę gdańskim bursztynnikom… A ci przez to tworzą arcydzieła, którymi zachwycają sie ludzie z całego świata. Bursztyn istnieje nie tylko w biżuterii, ale tez jest swietnie komponowany w nowe modowe kolekcje młodych polskich projektantów, gdzie współpracują miedzy innymi z sopocką Ambermodą. Mam jedną jasną bluzeczkę, której kołnierzyk obszyty jest kilkoma ciemnymi, wpadającymi w czerń bursztynami. Jest obłędna. Prosta i elegancka. Oczywiscie nikt mi nie wierzy,że te piękne kamienie przy kołnierzu to bursztyn. ;) Od wieków nasi przodkowie mogą szczycić się swoim fachem w ręku jesli mówimy o bursztynie, przypomnijmy sobie tylko Bursztynową Komnatę… ;) nic dodać, nic ująć. A poza tym, osobiście, nie wyobrażam sobie żebym w swoim ” Bursztynowym szlaku” nie odwiedziła takich miejsc jak Stare Miasto w Gdańsku i spacer Bursztynową Piątą Aleją. Mozna tu podpatrzeć rzemieślników szlifujących i obrabiających ten niezwykły kamień. Ja na pewno z jednym z nich wdałabym sie w małą dyskusje, po której miły pan z pewnością sam zaproponowałby mi krótka lekcje warsztatu ;) A moze nawet zrobiłabym jakis amulet szczęścia dla babci… ;) to jest pomysł! Świetne doświadczenie gwarantowane. Bez dwóch zdań następnie wybrałabym sie na Wyspę Sobieszewską, nazywaną też Bursztynową Wyspą. Tam, na ciepłym słońcu wygrzewałabym kości z dobrą ksiazka w ręku. Co prawda pogody na to juz nie ma, tak czy inaczej kubek cieplej kawy, koc i na książkę tez znajdzie sie chwila. Duzo spokoju i uśmiechu z Bursztynowej Wyspy uwiecznilabym na swoim aparacie, oczywiscie zamiast kawy moze byc bursztynowa nalewka ;) co kto woli ;) Akurat jesienny lekki wietrzyk sprzyjałby teraz w poszukiwaniu jakiegoś małego „złotego skarbu” w piasku. Taki dzien trzeba koniecznie zakończyć spotkaniem z przyjaciółmi przy małym piwku z pobliskiego browaru Amber. Kolejny dzien to Sopot, spacer po sopockim molo i Monte Cassino, głównym deptakiem nadmorskiego uzdrowiska. Czuć tu magię zaklęta w bursztynie. Miejsce robi wrażenie. Po spacerze polecam rewelacyjny, mega odprężający i przenoszący myśli w stan totalnego relaksu firmowy masaż z prawdziwym pyłem bursztynowym w nowym gabinecie kosmetologicznym Balola w Sopocie. Sztab profesjonalistów z jakimi sie tam spotkałam miło mnie zaskoczył. Ale wracając do masażu, polecam każdemu, akurat na jesienne chłodne wieczory. Następny poranek to Gdynia i klify w Orłowie. Niesamowite widoki, lekka, świeża bryza hula we włosach, pod stopami drobny złoty piasek, a w nim nie jeden swieci sie bursztynek. Kobieta czuje tu wolność i ogromna radość zycia. Poza tym bursztyn sam w sobie jest trochę jak kobieta. Ciepły, magiczny i tajemniczy. Ma swój urok, jest wyjątkowy. Wydaje mi sie, ze wlasnie tak rozplanowalabym trojmiejską przygode z bursztynem. Prócz tego miejsc na Pomorzu związanych z bursztynem jest mnóstwo. Mogłabym na ten temat napisać konkretny esej. ;) polecam rownież Faktorie w Pruszczu Gdańskim, dawna osada handlowa z okresu wpływów rzymskich, handlowano tam rownież bursztynem. Niedźwiedziówkę – wieś, w której znajdują sie relikty neolitycznego centrum przetwórstwa bursztynu. Bursztynowa Góra w Kolbudach czy tez Kopalnie Bursztynu w Możdżanowie koło Ustki. Warto zapoznać sie z kilkoma takimi punktami, które opowiedzą nam cos o historii Gdańska i całego polskiego wybrzeża w rożnych okresach rozwoju handlowego i nie tylko. Życzę udanej podróży i bursztynowej pamiątki z Pomorza ;))

    1. Marta.

      Gdynia, klify i oczywiscie nie moze tam zabraknąć wizyty na kawie oraz wystawie bursztynu w Domku Żeromskiego. Spacer plażą zapewni nam niezapomniane wrażenia szumu morskich fal, przy których Żeromski pisał swoje niezwykłe dzieła, zachwycając sie miedzy innymi Złotem Bałtyku.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *