Fajnie być trochę snobem, czyli jak egoizm wspiera mądre wybory ubraniowe

Za moment się przeprowadzam. Niedaleko, bo w obrębie Warszawy, z Bemowa na Muranów. Stwierdziłam jednak, że to świetna okazja do ponownego odgruzowania się spod niepotrzebnych przedmiotów. Tym razem nazbierało się ich naprawdę niewiele – stosik magazynów, które oddałam komuś z Czytelników, trochę bliżej niezidentyfikowanych papierów, które trzeba przejrzeć. Zmobilizowałam się też do ponownego przejrzenia szafy. Nie wyleciało z niej wiele rzeczy, ale w końcu zebrałam się do sfotografowania wszystkich tych ubrań i dodatków, które od miesięcy leżą równo ułożone w pudłach i czekają na nowych właścicieli. Powystawiam je niebawem na sprzedaż i będę dawać znać na Facebooku.

Przy okazji tych porządków nasunęła mi się refleksja, którą zarysowałam już kiedyś krótko w jakimś wpisie. Uczucie, że nie mamy w szafie żadnych „ubraniowych śmieci” i że w ogóle wiemy, co w niej jest, jest absolutnie fantastyczne. Żadnych za wąskich spódnic, sukienek z nieoderwaną metką, które nie wiadomo skąd się tam wzięły, czy butów, w których nie da się chodzić. Poczucie uporządkowania i kontroli nad swoją szafą jest dla mnie nie do przecenienia. Moja garderoba nie tylko doskonale służy mi na co dzień, ale i nie ma z nią żadnych problemów przy pakowaniu się na wyjazdy czy podczas zmiany miejsca zamieszkania.

Serio, pakując te kilkanaście wieszaków sprawnie do walizki, gładząc swój kaszmirowy sweterek (no dobra, tego akurat nie robiłam, ale kojarzycie klimat) i widząc, że przeprowadzka pójdzie mi błyskawicznie, prawie współczułam ludziom, którzy dali się pogrzebać żywcem pod stosami kiepskich szmatek. Najpierw się zdziwiłam, że takie uczucie się w ogóle u mnie pojawiło, a później szybko do mnie dotarło, że to właśnie tego typu pobudki, pozornie dość wstydliwe, najczęściej kierują mną przy zakupach.

Taki zdrowy snobizm jest wyjątkowo skuteczną motywacją do mądrych wyborów odzieżowych. Dlaczego? Dlatego że na co dzień, zwłaszcza w chwilach słabości, znudzenia, zdenerwowania, gdzie szybkie zakupy wydawałyby się idealnym rozwiązaniem, działa dużo silniej niż odwołujące się do rzeczy bardzo odległych w czasie lub przestrzeni argumenty padające zwykle ze strony propagatorów ekologicznej/etycznej mody.

Zawalona fabryka w Bangladeszu? Tragiczne wydarzenie, zdjęcia, które przewijały się przez wszystkie media, z pewnością poruszyły każdego, kto je zobaczył. Jednak po kilku dniach codziennych zajęć, bieganiny i obowiązków, nawet najbardziej drastyczne obrazy może nie tyle wylatują nam z pamięci, co gdzieś się tam z tyłu archiwizują i nie zaprzątają nam myśli. Zagrożenia dla środowiska? Teoretycznie wiemy, że istnieją, ale ich skutki nie dotkną nas przynajmniej przez kilka lat, a kto by tam w obliczu codziennych spraw zawracał sobie głowę odległą przyszłością.

Z kolei to trudne do opisania poczucie luksusu, które towarzyszy nam przy kupowaniu ubrań z głową, kiedy celebrujemy proces zakupów i staramy się wybierać rzeczy, które będą coś dla nas znaczyć, obecne jest tu i teraz. I co najważniejsze, towarzyszy nam nie tylko w momencie zakupu, ale i gdy każdego ranka stajemy przed szafą.

Ekologiczno/etyczne aspekty powinny być po prostu standardem. Wciąż tak jeszcze nie jest, więc warto o nich mówić i edukować. Nie zmienia to jednak faktu, że decydowanie się na kupno jednej koszulki porządnej jakości zamiast trzech szmatławych wciąż wielu osobom kojarzy się z ponoszeniem jakiegoś wyrzeczenia. Sprawdzanie szwów czy jakości materiału brzmi często jak przykry obowiązek – co jeśli odkryjemy jakiś defekt w wymarzonym hicie sezonu i będziemy czuli presję, żeby z niego zrezygnować? Lepiej w ogóle o tym nie myśleć, tak jest zdecydowanie wygodniej.

Wydawanie pieniędzy na dobrze zrobione rzeczy, świetna obsługa klienta czy piękne opakowanie kojarzą się z kolei z rozpieszczaniem siebie. A że z natury jesteśmy egoistami i myślimy najpierw o sobie, chcemy żeby było nam dobrze tu i teraz. Taka ego-motywacja sprawdza się więc dużo lepiej. Jest z jednej strony czymś, co może przekonać do rozsądniejszego wydawania pieniędzy ludzi, do których eko argumenty w ogóle nie trafiają, z drugiej może pomóc osobom, które zdają sobie sprawę z zagrożeń szybkiej mody czy męczą się z przeładowaną, źle działającą garderobą, ale brakuje im silnej woli, aby zacisnąć zęby i po prostu wprowadzić zmiany.

Pewnie nasuwa się Wam teraz pytanie co z impulsywnymi zakupami pod wpływem zachcianek? Przecież one doskonale spełnią się w roli poprawiaczy nastroju i skoro kogoś nie obchodzi los środowiska czy ludzi żyjących na drugim końcu świata, to jaką miałby widzieć korzyść w rezygnacji z nich na rzecz dobrze zorganizowanej garderoby?

Seryjne zakupy po wpływem impulsu przynoszą jedynie krótkotrwałą przyjemność. Takie okresy szaleństwa szybko odbiją nam się czkawką i zostaniemy z szafą przypadkowych ubrań, które znudzą się nam w trybie tak samo błyskawicznym, jak ten, w którym do nas trafiły. Nie wspominając już o stresie generowanym przez nieogarnianie własnych finansów. Zero poczucia luksusu, które nieustannie towarzyszy nam w przypadku dobrze skompletowanej szafy.

Pcha mi się tu na klawiaturę porównanie do jedzenia. Kiedy marki czy instytucje opierają całą swoją komunikację na odwoływaniu się do poczucia winy konsumenta, każą nam kupować organiczną bawełnę z certyfikatem, bo inaczej runie ekosystem któregoś z odległych regionów świata, są jak wymagająca dieta dla turbo-ekologicznych zapaleńców, składająca się z zieleniny, konkretnych gatunków orzechów, czy nasion, do kupienia tylko w sklepach „bio eco organic”, modnych w danym momencie „superfoods” i tak dalej. Wszyscy wiemy, że jest zdrowa, ale męczy nas samo myślenie o organizacji tego spożywczego przedsięwzięcia i po tygodniu zdyscyplinowania mamy ochotę rzucić się na hot dogi z Ikei. Już pomijając fakt, że metką „eko”, czy to w przypadku ubrań, czy jedzenia, często macha się na pokaz – wiecie, że wielkim przegranym pierwszej rundy mojego testu t-shirtów okazał się egzemplarz pochodzący z ekologicznej kolekcji? Ale o tym za kilka dni.

Podejście slow to wykorzystywanie możliwości jedzeniowych w pełni. Stawianie na świeże, pełnowartościowe produkty, łatwo dostępne, bo kupowane w sezonie. Dbanie o miła atmosferę podczas zakupów – o ile przyjemniej jest pojechać na rowerze na targ warzywno-owocowy, niż przepychać się z wózkiem między oświetlonymi zimnym światłem półkami w supermarkecie. Celebrowane posiłków, skupianie się na jedzeniu, ładne nakrycie stołu, dobre towarzystwo. Jakość, a nie ilość – lepiej raz na tydzień zjeść w uroczystej oprawie prawdziwą czekoladę, niż codziennie opychać się batonami.

Szybka moda to siedzenie na kanapie przed telewizorem w poplamionych dresach i jedzenie wielkiej paczki chipsów o smaku sera. Przyjemność natychmiastowa, osiągalna bez wysiłku, za to bardzo krótkotrwała. Gwarantowane wyrzuty sumienia, pragnienie i cera, która następnego ranka woła o pomstę do nieba.

 


 

Slow fashion, czyli podejście, które ma zbawienny wpływ nie tylko na nas, ale i na nasze otoczenie, zaczyna się w głowie. Jest tyle bodźców, które nakłaniają nas do nieokiełznanej, przypadkowej konsumpcji – reklamy, blogi, magazyny, presja otoczenia, że warto jest rozejrzeć się za sprytnymi sposobami, które trochę ułatwią nam przejście na dobrą stronę mocy. Dzisiaj skupiłam się na jednym z nich, wiele już się na blogu przewinęło, kolejne też na pewno będą się pojawiać. Musimy jednak pamiętać, że jakich sztuczek byśmy nie stosowali, nic nie zrobi się samo. Możemy trochę sobie ułatwić sprawę, ale bez systematyczności i konsekwencji niczego nie osiągniemy. Trudno się jednak dziwić, w końcu nic naprawdę wartościowego nie przychodzi bez wysiłku.

90 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Missbungle

    W pełni się z Tobą zgadzam. jednak cały czas mam takie przeświadczenie, że nie stać mnie na bycie „slow” w kwestii mody. Kupowanie w sieciówkach, rzeczy tanich jest u mnie koniecznością, a nie zaspokojeniem kaprysu czy sposobem na poprawę nastroju. I wiem, że padnie pewnie argument – lepiej, kupić jedną porządną rzecz, niż 5 byle jakich. No i zgadzam się, ale wydaje mi się, że tak to funkcjonuje u osób, które mają wybór (czyt. pieniądze). Bo dla mnie, w tym momencie, ogromną różnicę stanowi to, czy kupię np. t-shirt za 39 czy 139 zł. Zapewne wyglądało by to inaczej gdyby w przypadku drogich rzeczy jakość byłaby pewnikiem. Niestety tak nie jest. A już na to, że by kupić drogą rzecz złej jakości zupełnie mnie nie stać. Tyle, że o tym jak coś się sprawdzi po kilku praniach wiemy dopiero po fakcie, więc lepiej nie ryzykować i nie przepłacać.

    1. simplicite

      Moim zdaniem, kupowanie w sieciówkach wcale nie musi automatycznie równać się „szmatkom”. Mam swoje ulubione produkty w sieciówkach, przykładowo koszulki Zara Kids (doskonała bawełna, za 19 zł) czy też kaszmirowe swetry z Mango (choć tu rzeczywiście cena jest nieco wyższa). To, co ogromnie cenię to harmonijna szafa i przemyślane zakupy. Komfort, który z tego płynie na co dzień jest dla mnie największą nagrodą.

    2. Style Digger Autor wpisu

      Hej Missbungle! Rozumiem, pewnie w takiej sytuacji jest dużo trudniej, ale nawet przy małym budżecie da się znaleźć rzeczy dobrej jakości. Można zamiast pieniędzy poświęcić czas i poszukać ubrań w second handach. Poza tym, tak jak mówi Simplicite, nie trzeba skreślać sieciówek, tylko warto oglądać to, co się kupuje – jak coś już w sklepie wygląda szmatławo, to trudno się potem dziwić, że szybko się zniszczyło. No i mały budżet nie oznacza, że trzeba rezygnować z przemyślanej i harmonijnej garderoby. Na slow fashion składa się wiele elementów. Fajnie jest myśleć o źródłach pochodzenie naszych ubrań, ale równie ważne jest kupowanie rzeczy, które naprawdę nam się podobają, pasują do naszego stylu i potrzeb, dbanie o ubrania itp – do tego wielkiego budżetu wcale nie potrzeba.

      PS Nie mówię tu o skrajnych przypadkach, bo kiedy naprawdę ma się problemy finansowe, to lepiej najpierw znaleźć sposoby na ich rozwiązanie, a potem myśleć o problemach związanych z ciuchami.

    3. ketele

      Hm… Ale sieciówki to nie jedyne miejsce gdzie da się kupić ubrania. Dla mnie ubrania w sieciówkach są drogie. Istnieją jeszcze targi na których można dostać tanie i dobre ubrania.

      1. Luna

        Dżinsy z sieciówki – najdroższe w mojej szafie->letnie przeceny :20 zł. Pokaż mi dżinsy na targu za 20 zł. Jak istnieją takie targi, daj namiary. To jest niestety zdanie wielu Pań (nie tylko, ale głównie) po 40, ,,że na targu to najtaniej”. Absolutnie się z nim nie zgadzam. Oczywiście, kupując nową kolekcję – nie ma o czym mówić. Przeceny – targ nie jest w stanie ich pobić. Amen.

        1. zagubiony omułek

          ketele, „bazarowe” ciuchy kosztują w tej chwili tyle co sieciówki, chyba dawno nie byłaś w sieciówce ;)

  2. zagubiony omułek

    no ja się własnie skusiłam na 2 t-shirty z kolekcji conscious i po pierwszym praniu widzę, że nie teges. mogłam kupić w tej cenie 1 lepszy. tylko właśnie – mam problem ze znalezieniem bazowych t-shirtów polskich marek. a to kolor nie taki, a to nadruki, a to wycięcie, a to surowy brzeg (nie mam nic do tego, ale mam już z 5 o takim wykończeniu i nie chce więcej). brakuje mi takich zwyczajnych ubrań w kolekcjach, i zawsze po takie uderzam do sieciówek a potem żałuję.

    1. Style Digger Autor wpisu

      Noo, u mnie po 2 praniach szwy się zupełnie wykręciły, t-shirt do wywalenia, z tej kolekcji właśnie. Ale muszę mu przyznać, że od początku nędznie wyglądał i gdyby nie testy, w życiu bym go nie kupiła.

      1. julia

        polecam sprawdzic tshiry a Gapa
        ostatnio (nie wiem czy wciaz) byla promocja 2 za 79zl
        100% bawelna, basic, w roznych kolorach, rowniez bialym, v-neck i normalny
        kupilam 4 i jestem bardzo zadowolona

      2. zagubiony omułek

        z moimi jeszcze nie tak źle ale nie będę chwalić przed drugim praniem ;) za to na pewno wiem ze nie był to zakup na lata (a miałam kilka sztuk z h&m które przetrwały długo)

        1. Rosane

          Ja polecam koszulki z bazowej kolekcji CUBUS, są z bawełny ale z niewielkim dodatkiem sztucznych włókien, mimo wieku i długiej historii prania nic się z nimi nie stało: kolor i kształt ten sam. Mają duży wybór kolorów, kształtów dekoltu, długości rękawa. Niestety ostatnio znajduję tylko jakieś powybierane resztki :/

  3. Justii

    Z niecierpliwością czekam na wyniki testu t-shirtów! W zeszłym roku latem kupiłam sobie kilka białych koszulek w sieciówkach, które teraz nadają się już tylko do wyrzucenia… Strasznie mnie wkurza, że znalezienie fajnego, białego t-shirtu, który będzie dobrej jakości to takie wyzwanie.

  4. Paula

    Ja sobie celebruję czytanie twoich tekstów ^^ Ale zgodzę się, do niedawna niby starałam się pilnować jedzenia, a potem szłam do kfc i wmawiałam sobie, że to tylko taki mały grzeszek. A potem przez dwa dni miałam wyrzuty sumienia, bo kiedyś nabawiłam się wrzodów i za każdym razem po śwince i kurczaczku wszystko w środku mnie bolało. Z modą mam tak samo. Stosy niepotrzebnych, nieładnych i nietrafionych szmat zalegają między perełkami, a potem mam wyrzuty sumienia.

  5. Mona

    Być może stanowię jeden z wyjątków, ale kompletnie nie rozumiem idei chodzenia na zakupy w celu poprawienia sobie nastroju ;) Bezcelowe wałęsanie się po sklepach z myślą, że „o, może znajdzie się coś fajnego” bardzo szybko mnie nudzi i zaczyna irytować – powiem nawet, że jestem wręcz chora, gdy muszę chodzić z kimś (z mamą, przyjaciółką, koleżanka, itd.) od butiku do butiku, nie bardzo wiedząc, za czym. W mojej opinii udane zakupy to takie, kiedy idę na nie z dokładną wizją tego, co chcę kupić i ze ściśle określoną sumą pieniędzy, i nie wydaję nic ponad to. Nierzadko też mój zakup ubrań poprzedzony jest dokładnym przeglądem zawartości sklepów kilka dni wcześniej w internecie, żebym wiedziała, czego mogę się spodziewać. Wtedy jestem najbardziej usatysfakcjonowana, bo wiem, że zakupione ubrania to dokładnie to, co sobie planowałam i o czym myślałam od dawna, i za tydzień, miesiąc czy rok nadal będę chciała w nich chodzić.

    Dobrze, że o tym piszesz, bo takie podejście naprawdę pomaga pozbyć się niepotrzebnych nerwów, kiedy stojąc przed szafą pełną ubrań, nie mamy co na siebie włożyć, ponieważ połowa z tych rzeczy jednak do nas nie pasuje, jest niewygodna, źle leży lub po prostu przestała nam się podobać.

    Teraz, kiedy stoję w przymierzalni z bluzką, która chwilę wcześniej na wieszaku wyglądała wprost nieziemsko, a na mnie już niekoniecznie, potrafię sobie powiedzieć: „Kurczę, przecież wiesz, że i tak nie będziesz w tym chodzić” i odwieszam ubranie na wieszak lżejsza o jeden niepotrzebny zakup. I to jest naprawdę fajne :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Noo! Ale najgorsze jest to, że nie można się o tym przekonać, dopóki się samemu nie przestawi na ten system, który sam w sobie działa bardzo sprawnie, ale na początku wymaga od nas silnej woli i wysiłki:)

    2. Ślubna Herbata

      Podpisuję się pod przedmówczynią! :) Też tak robię!
      A swoją drogą to ja jestem chora na myśl o jakichkolwiek zakupach… Po prostu nie lubię tej czynności, męczę się, przebywając w sklepach, drażni mnie przymierzanie ubrań itd. itp. Z tego powodu wszystkie moje zakupy są absolutnie konieczne (tylko gdy potrzebuję konkretnej rzeczy, wybiorę się do sklepu), przemyślane (czy na pewno tego potrzebuję?) i zaplanowane (konkretna rzecz, konkretny sklep, konkretna suma pieniędzy). Mam tak od zawsze, nauczyłam się tego od Mamy :)

    3. Ravela

      Staram się mieć podobne podejście, ale w praktyce jest ono dla mnie bardzo frustrujące. Ja także przeglądam na początku ofertę online, aby mieć pojęcie o asortymencie w sklepie, ale chyba mam zbyt wysokie wymagania (poważnie zastanawiam się nad szyciem u krawcowej ubrań na miarę). Nawet jeśli coś w internecie wydaje się być interesujące, to w rzeczywistości kompletnie nie to. Jeśli potrzebuję np. konkretnych butów to mam pewność, że znajdę je za jakieś 2 lata i stracę mnóstwo cennych godzin, by się do nich zbliżyć. Dla mnie najgorszym rodzajem zakupów są te najbardziej przemyślane i zaplanowane, o wiele bardziej wolę kupować ubrania, które nie są mi koniecznie potrzebne, ale pasują idealnie do mojego stylu i na które trafiam niejako przypadkiem. Polecam sh – o ile ma się trochę cierpliwości i samodyscypliny, by nie brać każdej szmatki, która na nas tylko pasuje. ;]

      1. Style Digger Autor wpisu

        Rozumiem Cię, bo też rzadko kiedy przeglądam oferty sklepów online, no a już prawie w ogóle się nie zdarza, żebym przeglądała je przed pójściem do fizycznego sklepu. Mam za to krótką listę sklepów, do których zaglądam (różnych dla różnych części garderoby:)), więc się nie plątam bez celu po całym mieście/centrum handlowym. No i też czasem kupuję ubrania poza sezonem, które nie są mi potrzebne w danym momencie, ale wiem że będą za parę miesięcy – na tyle znam swój gust, że wiem, że na pewno mi się nie znudzą.

      2. yennefer

        Zgadzam sie. Nie jestem typem zakupoholika sieciowkowego, wole rzeczy lepszej jakosci niz 5 bylejakich, ale w moim przypadku chodzenie na zaplanowane zakupy z wizja czegos konkretnego kompletnie sie u mnie nie sprawdza – nigdy nie moge tego znalezc w sklepach co chce. Kiedy ide na zakupy ot tak sobie czesto wpadnie mi cos fajnego w oko, natomiast jesli ide z konkrentym planem, po kilku godzinach poszukiwan wracam do domu z pustymi rekoma.

  6. truskawkowa

    O,motywator! Byłam,kupiłam i oddam:) nie,żeby wszystko,ale bluzka ‚do zastanowienia’ zmieniła status:):):) dzięki!

  7. G

    Zawsze kiedy dostaje mi sie za bycie ‚snobka’ (ubraniowa, kosmetyczna czy jedzeniowa) zawsze mam jedno pytanie. Jakie sa najgorsze skutki moich wyborow? Ze bede zdrowsza? Ze bede lepiej wygladac? Czy to,ze jestem bardziej swiadoma? Edukuj nadal:-)

  8. Karolina

    Polecam poczytać przed przeprowadzką : http://www.odblokuj.org/?p=654
    Bardzo fajna akcja, bardzo fajne stowarzyszenie. Jeżeli chodzi o zakupy to ja postanowiłam zbadać ile tak naprawdę kupuję wg. metody tabelkowej z bloga ubieraj się klasycznie. I wiesz co się okazało? Że od kwartału nie kupiłam sobie absolutnie nic z ubrań, butów, akcesoriów. Powiem więcej, nie pamiętam kiedy były moje ostatnie zakupy ciuchowe a nadal mam w czym chodzić :) Jedyna dziedzina w której finansowo płynę to kosmetyki, ale leczenie dermatologiczne jest po prostu b.drogie i tego żadna metoda slow nie uratuje. Niestety finansowo nie mogę sobie pozwolić na ubrania od polskich projektantów lub po prostu polskich marek, więc zazwyczaj ląduję w jakiejś sieciówce. Bo łatwo się mówi, że SH załatwia sprawę, ale trzeba mieć na to czas. Dużo czasu. I większość osób pracujących / studiujących i utrzymujących się samodzielnie nie może sobie na to pozwolić (a przynajmniej ja do takich należę).
    Mam natomiast jedno pytanie do Ciebie i czytelniczek: czy mogłaby mi któraś polecić, gdzie kupować bieliznę? Nie myślę tu nawet o biustonoszach, ale choćby zwykłych majtkach. Taką, która nie zacznie się pruć po miesiącu a nie będzie kosztować 30zł za parę majteczek…
    Pozdrawiam!

    1. achajka

      Pepco – ostatnio kupiłam hurtowo bawełniane hipstery za 3,99zł i nic się nie pruje, nie dziurawi, wytrzymują pranie bez cackania się i ogólnie dobrze się noszą :)

      1. Ania

        Prawie cała moja bielizna jest z Pepco i zazwyczaj nie mam jej nic do zarzucenia (mam mały biust i udało mi się nawet upolować tam świetnie leżące na mnie staniki), ale jest pewna linia (?) majtek, które niestety bardzo szybko mi się prują (a szkoda, bo podobają mi się ;))

    2. Kocimiętnik

      Outlet Intimissimi/Calzedonii w Factory przy większości większych miast. Staniki po 10/20 zł, doły po 10 zł. Do tego można trafić na jedwabne koszulki i bluzki w granicach 25/35 zł. Problemem mogą być ograniczone rozmiary staników (ja je często muszę zwężać w obwodzie, ale wtedy mam stanik za niecałe 30 zł zamiast 20, cenowo wciąż ok). Mają też spory wybór rajstop, pończoch i skarpetek zarówno gładkich jak i we wzory. Outlet Italian Fashion oferuje za to większy wybór prostej bawełnianej bielizny – figi, podkoszulki. Ogólnie polecam właśnie wycofane już kolekcje, także na najbardziej znanym w PL portalu aukcyjnym jest ich sporo.

    3. Style Digger Autor wpisu

      Hej Karolina!

      Dzięki, ale ta instalacja zakończyła się jesienią? Chyba że mówisz o historii dzielnicy ogólnie – ją znam, czytałam świetną Stację Muranów i nawet znam się z autorką, więc nie raz zaliczyłam spacer i odwiedziłam Stację:) Majtki – nie doradzę, bo zawsze dostaję zapas od babci z Niemiec pod choinkę:) Ale postaram się zrobić rozpoznanie.

      1. Karolina

        Dzięki bardzo dziewczyny!
        Co do instalacji to niestety nie pamiętam. W trakcie jej robienia miałam przyjemność być na warsztatach z jedną osób, które ją robiły, świetny efekt przestrzenny. A jedna „cegiełkę” dostałam w ramach promocji :)

    4. Joanna

      Polecam majtki M&S. Sześciopak kosztuje ok 50-70 zł w zależności od modelu, ale jakość bawełny, koronek i wykonania jest naprawdę bardzo dobra. Pierwszy komplet kupiłam prawie 1,5 roku temu i nie prują się, nie zbiegają się, nie robią się falbanki z rozciągniętych gumek i ogólnie bardzo dobrze wytrzymują częste użytkowanie i pranie. Niedawno zainwestowałam w drugi zestaw. A, i nie wpijają się w pośladki :)

    5. Aleksandra

      Szukaj firmy tex, kiedys była w carrefour, jakieś 2 lata temu kupiłam cały zapas, do tej pory mi jeszcze słuza, mają kształt i wyglądają dobrze. Ostatnio dopiero dwie czy trzy się nadpruly na szwie lub w miejscu dawno wyciętej metki.

  9. Elaine

    Uwielbiam te Twoje pouczająco-inspirujące teksty! To od Ciebie tak naprawdę zaczęły się zmiany w mojej świadomości w sprawie zakupów. Nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłam coś bez zerknięcia na skład. Teraz moja szafa jest znacznie mniejsza, ale za to nie ma w niej nic nieodpowiedniego i byle jakiego. Dzięki wielkie! :)

  10. Carmelova

    Ja właśnie przy okazji przeprowadzki zamierzam przeglądnąć swoją szafę. Mam wrażenie, że wyrzucę 3/4 zawartości. Ale jeśli mam się czuć dzięki temu szczęśliwa to warto! A co do zakupów to dla mnie ostatnio są katorgą. Mnóstwo ludzi, wszyscy gdzieś biegną, po centrum roznosi się zapach fast food’ów, po 30 minutach ma dosyć. Już wiem, że będę się musiała wybrać się na zakupy, ale teraz zaplanuje je , żeby spędzić tam jak najmniej czasu.

  11. Beata Kaczmarek

    Poruszyłaś bardzo ciekawy temat między linijkami, dotyczący żywnosci ekologicznej…. Wydaje mi się, że obecnie doszło do tego, że wszyscy chcą być eko, kupować na targach, zdrowo się odżywiać, czyrać skład itd. Kilka lat temu, może okoł 10, bbardziej by pasowało, stwierdzenie, że szybka moda to siedzenie na kanapie z paczką czipsów. Może to dotyczy 9 latków, ale chyba nie twoich czytelniczek. Bo przecież, my jeździmy na rowerze do pracy, ćwiczymy z Chodakowską, czytamy metki i etykiety i kupujemy warzywa na bazarku. Doszło do tego, że teraz każdy chce być eko i organiczny i wykorzystują to wielkie koncerny, wstawiając wszędzie gdzie się da „eko”. W Stanach, gdzie teraz mieszkam bardzo popularny jest sklep Trader Joe’s, gdzie możemy znaleźć nawet organiczny płyn do naczyć w organicznej butelce (wtf! że tak powiem). Ja uwielbiam TJ, ale trochę dało mi do myślenia to, kiedy zpbaczyłam organiczne, ugotowane, jajka w całości bez skorupek, z datą ważności na kilka tygodni. Amerykanie to narod dość leniwy i tak możemy znaleźć tu, pokrojony koperek, obrany lub wyciśnięty czosnek czy też mieszanke do jajecznicy, albo mix na brownie. Wszystko oczywiście z lokalnych produktów i eko. Gdzieś tam po drodze zgubiana została ta cała frajda z np. gotowania w tym przypadku. Czyli mamy tutaj eko, organic, slow, przyjazne dla srodowiska produkty, ale trochę to mało autentyczne, małe oszustwo.

    Świetny artykuł tak w ogóle.

    Beata

    1. Style Digger Autor wpisu

      Dzięki! No, to jest mega dziwaczne z tym jedzeniem, moi angielscy współlokatorzy zawsze się dziwili, że robię sos czy ciasto nie z proszku:)))

  12. Jagulka

    Kiedy prowadziłaś bloga czysto modowego/szafiarskiego przyznam, że nie bardzo go lubiłam, bo twój styl raczej mi nie odpowiadał. Ale kiedy zaczęłaś coraz więcej pisać o podróżach i przede wszystkim o „modzie” na slow, stałaś się moim natchnieniem do przyjrzenia się swojej szafie. Kiedyś co miesiąc kupowałam pełno ubrań, które zupełnie potem mi do niczego nie pasowały i tylko wisiały w szafie, a ja denerwowałam się na siebie, że znów wydałam pieniądze na głupoty. Dzięki twoim bardzo mądrym wpisom kupuję teraz dużo mniej i głównie rzeczy, które są mi potrzebne w szafie, choć czasami zdarzy mi się jakaś zachcianka. Nie mam już potrzeby kupowania co miesiąc nowej taniej chińskiej torebki, jak było kiedyś. Teraz staram się odkładać pieniądze na wymarzone modele, które wiem, że posłużą mi przez długi czas.

    Czytając twoje wpisy, często delektuję się nimi, bo masz fantastyczny styl pisania :)

    Tak na koniec tego przydługiego komentarza, z ciekawości zapytam, ile masz Asiu w szafie butów i ile torebek? :)

    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę wszystkiego dobrego :)

  13. Marta

    Ubrania z sieciówek najlepiej kupować z drugiej ręki – ma się wtedy pewność, że przeszło ono już co najmniej kilka prań i jeśli nadal wygląda super, najprawdopodobniej i nam posłuży dłużej :). Sama zakupów odzieżowych serdecznie nie znoszę, więc – jeśli to tylko możliwe – wybieram zakupy przez internet lub szukam małych butików, gdzie nie będzie dzikich tłumów oraz kilkudziesięciu sklepów, które koniecznie trzeba „zwiedzić” (tylko po to, żeby się przekonać, że jest w nich wszystkich dokładnie to samo).

  14. Ziu

    Zazdroszczę Ci bardzo tej sprawnej przeprowadzki, od pięciu lat mieszkam w miejscach typu akademik, bursa, więc przeprowadzam się dwa razy w roku i teoretycznie powinnam nauczyć się w końcu jakich ciuchów potrzebuję a co jest mi zupełnie zbędne. Niestety dalej tego nie zrobiłam, podobnie jak nie nauczyłam się sensownie ich kupować, chociaż moja Przyjaciółka Nana na naszym blogu, podobnie jak Ty, ciągle próbuje mi wpoić pewne zwyczaje i nawyki. Nie uważam się za wielką ignorantkę i osobę zupełnie nieświadomą, jednak do takiego poziomu jak Ty czy właśnie Nana, wiele mi jeszcze brakuje. Dobrze, że sprowadzacie mnie na ziemię ;)

  15. Catwoman

    Tekst dający do myślenia. Ostatnio zaczynam przekonywać się do slow fashion, szczególnie po tym, jak co sezon wyrzucam kolejne buty, ponieważ nie nadają się do już noszenia. Mam jednak spory problem ze skórzanymi akcesoriami. Wiadomo, że są one zdecydowanie lepszej jakości niż sztuczne i mogą przetrwać wiele lat (torebka mamy z czasów studenckich jest do dziś używana), ale jak pogodzić to z myśleniem ekologicznym i „prozwierzęcym”? Jako wegetarianka nie czułabym się chyba komfortowo mając na sobie kawałek czyjeś skóry. Jak więc kupować buty, czy torebki, aby jednocześnie można było korzystać z nich kilka sezonów, a jednocześnie nie mieć nikogo na sumieniu? Będę wdzięczna za odpowiedź, gdyż sama nie mogę dojść do konstruktywnych wniosków…

    1. Monika F.

      Jest taka francuska, „ekologiczna” marka ubraniowa Ekyog, która można kupić na stronie internetowej: http://www.eshop.ekyog.com . Niedawno zrobili torbę z recyklinowanego tweedu i rączek ze skory ale farbowanej barwnikami naturalnymi itd. Jest droga, ale pod koniec czerwca bedą przeceny i pewnie będzie dużo tańsza. Polecam tez torby z serii „pliages” marki Longchamps. Są z materiału i maja skórzane rączki – bardzo solidne i długotrwałe, maja rożne rozmiary i kolory. Moim zdaniem, oprócz kwestii czy torba jest z naturalnej skory czy nie najważniejsza jest jej trwałość by moc ja zakwalifikować jako jak najmniej wpływająca negatywnie na środowisko. Torby z „eko skór” po paru miesiącach wyglądają koszmarnie, wiec są bardzo nieprzyjazne środowisku itd.

    2. Style Digger Autor wpisu

      Oo, super te tropy od Moniki. Trudno mi pomóc, bo wegetarianką nie jestem i zawsze stawiam na prawdziwą skórę, między innymi właśnie ze względu na większą trwałość. Przyszła mi do głowy polska marka Recycled by Lenka, która jak sama nazwa wskazuje, tworzy torby z odzysku, skórzane, ale z innych materiałów chyba też. No i jest jeszcze cała gama toreb płóciennych, są workowate torby Ani Kuczyńskiej uszyte z materiału, pełno nowoczesnych materiałów – skóra czy sztuczna skóra to nie jedyne opcje:)

  16. exkonsumpcja

    Mogę się pod tym podpisać wszystkimi swoimi kończynami :) Ale niestety wyróżniłabym tutaj dwa typy ludzi zapychających szafę kiepskiej jakości szmatkami. Są tacy, którzy kupią 10 byle jakich bluzek z najtańszej sieciówki po 20 zł, zamiast jednej porządnej. Pewnie te rzeczy zniszczą się po miesiącu i znowu kupią kolejnych 10 sztuk, które skończą tak samo. Marnowanie kasy, czasu i niszczenie środowiska. Ale z drugiej strony inwestowanie w jakość wymaga pewnego zaplecza finansowego. Pamiętam jak to było, kiedy nie miałam kasy. Kupowałam tanie rzeczy, bo na takie było mnie stać. Część z nich szybko się niszczyła, więc znowu musiałam iść na zakupy. Nie za bardzo miałam jak i z czego coś odłożyć na porządniejszy ciuch. Dopiero teraz powoli nadrabiam braki. Przy małym budżecie zostają jeszcze ciucholandy, ale nie każdy ma czas na takie „przegrzebki” :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Na pewno jest wtedy trudniej, ale z drugiej strony mam wrażenie, że większość ludzi czuje po prostu presję regularnego robienia zakupów, nowego płaszcza co sezon itp – kiedy tego nie zrobią, wydaje im się, że nie mają w czym chodzić, co zwykle jest po prostu nieprawdą. Sporo uszkodzeń można zresztą naprawić, ale ludziom nie chce się chodzić z tanimi rzeczami z sieciówek do krawcowej czy szewca i….koło się zamyka:)

  17. Kasia

    Witaj Asiu!Super wpis!Zgadzam sie z Toba w 100%!…i uwazam,ze wcale nie trzeba miec masy pieniazkow zeby zmienic nawyki zakupowe..kupujemy poprostu duzo drozsze ubrania ale rzadko..i sa to zakupy przemyslane(czyli notabene wydajemy mniej).Ja ubraniowa filozofie slow wprowadzilam w moje zycie jakies 3 lata temu!Sprawdza sie swietnie i uwielbiam wszystkie swoje ubrania(nie jest ich wiele)//zazwyczaj zaopatruje sie w klasycznie i nietuzinkowe ciuchy w Cos-ie.Whistles ,Muji lub na flea marketach//w zasadzie do innych sklepow nie zagladam juz wogole.Slow jest super..czysta przestrzen..jasniejsze mysli:)pozdrawiam

  18. Agnieszka

    a ja dalej nie wiem jak ten stan harmonijnej szafy osiagnac… Nie jestem przypadkiem beznadziejnym, widze wszystkie swoje ciuchy (ale to tylko zaleta duzej szafy, ktora umozliwia mi ekspozycje wszystkich ubran), nie mam zadnych ciuchow z metka. Regularnie przegladam szafe 2 razy w roku i czesc ciuchow sprzedaje z czesc oddaje do SH. ale dla mnie to tylko motywacja do nowych zakupow „bo znow zrobilam sobie miejsce w szafie”. I wszystkie swoje ciuchy kocham i wszystkie nosze. Tylko nie wiem, jak te gabaryty zmniejszyc, w tym roku znowu przeprowadzka, i co, znow mam placic za wiekszy samochod do przeprowadzki?? Jak mozna zmniejszyc swoja szafe?! Przeciez w zyciu potrzebujemy ciuchow na tyle okazji, raz w roku jest wesele (sukienki, buty, mala torebka), kilka razy wchodze do teatru czy opery (eleganckie i stonowane), raz w miesiacu wychodze do klubu (kuse i blyszczace;)) ), 3 razy w tygodniu uprawiam sport (t-shirty, szorty i dlugie spodnie), pracuje w biurze (koszule, garsonki, eleganckie spodnie i zakiety), w weekendy kocham wyjezdzac za miasto (jeansy, bluzy, trampki). NIKT MI NIE POWIE, ZE MOZNA SKOMPONOWAZ SZAFE ZE 100 czy iles tam elementow. Somebody help me please!

    1. Style Digger Autor wpisu

      Trudno mi coś doradzić, z jednej strony to brzmi trochę jak szukanie wymówek (w końcu najpierw piszesz o tym, że to wolne miejsce w szafie, a nie różnorodne potrzeby są powodem Twoich zakupów), z drugiej nikt nie powiedział, że trzeba się ograniczyć do określonej liczby ubrań. Jeżeli masz się w co na te wszystkie okazje ubrać i nie denerwują Cię jakieś nieużywane ubrania czy nietrafione zakupy, to nie ma się czym przejmować. Harmonijna garderoba to taka, która dobrze służy potrzebom właściciela:)

    2. zagubiony omułek

      ja myślę, że „mała czarna” (to tylko hasło,w zasadzie mam na myśli prostą sukienkę dopasowaną do budowy ciała i typu kolorystycznego – niekoniecznie w kolorze czarnym) jest odpowiedzią na wszystko. w zależności od dodatków możesz ubrać ją na wesele, do opery i teatru, na imprezę i do pracy, a także z okazji innych okazji :P
      oczywiście kwestia tego, czy nie będzie Ci przeszkadzało, że „znowu mam na sobie tę samą kieckę podczas gdy inne laski kupują na każda okazję nową”. jeśli tak – minimalizm w szafie nie jest dla Ciebie :) a skoro lubisz i nosisz wszystkie swoje ubrania, nie magazynujesz bubli, to chyba wszystko z Tobą w porządku.

  19. Maggie

    Posiadanie zbyt wielkiej liczby ubrań i innych rzeczy materialnych to przyjemność, która na dłuższą metę nie daje nam satysfakcji. Nie oznacza to, że musimy być minimalistami. Lepiej po prostu otaczać się przedmiotami i ubraniami dobrej jakości, zgodnymi z naszymi upodobaniami i stylem, takimi, które są bardziej „nasze” i mają swoją historię. Poza tym większą satysfakcję i zadowolenie od kolejnych dóbr materialnych dają doświadczenia i przeżycia. Zwłaszcza takie, które dzielimy z innymi.
    Twój tekst przypomniał mi o książce „Stuffocation” Jamesa Wallmana, którą polecam, jeśli oczywiście jej jeszcze nie czytałaś ;)

    1. Ania

      Maggie, orientujesz się może czy jeszcze gdzieś można zdobyć tę książkę? Przeszukałam już chyba wszystkie internetowe księgarnie, włącznie z zagranicznymi i wszędzie niestety produkty jest już niedostępny.

  20. myga

    Od jakiegoś czasu staram się nie trwonić pieniędzy na bezwartościowe szmatki z sieciówek ( muszę przyznać,że Twój blog w znacznym stopniu mnie do tego zainspirował) to samo tyczy się zresztą jedzenia – dużo uważniej robię spożywcze zakupy.
    Ale moim największym „problemem” zawsze były second hand’y! Bez problemu zrezygnowałam z odwiedzania sieciówek ale z moimi ukochanymi lumpeksami (gdzie przecież mogę dostać kaszmirowy szalik za mniej niż złotówkę) bylo już znacznie trudniej, miałam/mam wrażenie, że jeśli nie wejdę po drodze na uczelnie do ukochanego lumpeksu to n a p e w n o ominie mnie jakaś extra okazja, jakiś fantastyczny ciuch za bezcen. Staram się troszkę z tym walczyć ale chyba odczuwam największą radość z wyhaczania tych (jakościowo świetnych) ubrań za grosze *wzorowy konsument haha!*.
    Mam nadzieję, że z wiekiem zacznę być (jeszcze) bardziej rozsądna, a póki co moim najfajniejszym odkryciem jest strona thingo.pl gdzie zupełnie bez udziału gotówki można zamienić się na wspaniałe rzeczy i usługi! Chyba najbardziej cieszy gdy możesz się „wymienić z kimś na bluzkę której i tak nie nosisz na domowej roboty ciasto albo kandyzowane owoce ! :D znowu się rozpisałam, no nic – pozdrawiam ciepło z pomorza :))

    1. Style Digger Autor wpisu

      O, brzmi fajnie! Powiew świeżości po wymianach ‚ciuchy za ciuchy’, które pozwalają się pozbyć niechcianych rzeczy, ale i wpychają nam w ręce kolejne, co nie każdemu pasuje.

  21. Marlena

    Tak jest. Dokładnie tak!!! Tak jak było dawno temu… buty, pasek z dziada pradziada – bo tak solidnie wykonane a poza tym szanowane, dobra naterialne doceniane, wyczekiwane. Bardzo chciałabym żeby wróciły dobre czasy dla krawcow, szewcow. .. poza korzyściami dla każdej właścicielki szafy o których napisałaś, dla mnie kwestie ekologii oraz etyki są równie ważne. Ja mam te wszystkie zdjęcia krzywdy ludzi już zakodowane i bardzo przeżywam tą niesprawiedliwość panującą na świecie.. . śmię twierdzić, że im ktoś inteligentniejszy/ oczytany/ ambitny tym bardziej świadomy i starający się postępować tak by nie krzywdzić/szkodzić innym oraz sobie. Wystarczy tak niewiele – po prostu zmiana postrzegania… tak mnie wkurza ta fala wszystkich obojętnych/ nie zdających sobie sprawy ludzi wylewająca się z Primarka, Zary i innych sieciówek, których polityka z szacunkiem do pracowników nie ma nic wspólnego!!!!! Dziwny jest ten świat

  22. Pola

    Też mnie czeka przeprowadzka. Za mna juz ta wielka (z Polski do Francji) z wielkim wyrzucaniem, teraz będzie pewnie łatwiej.

    Na moje podejście do ubrań duży wpływ miało macierzyństwo;) Nie mam czasu na szwendanie się po sklepach. Szkoda mi kasy na hity sezonu (w których i tak nie miałabym gdzie wystąpić) Do mocnego zmniejszenia garderoby przyczyniły się też ciąże – po paru miesiącach przerwy od moich zwykłych ciuchów dały mi trochę dystansu do tego, co mam w szafie, co chciałabym w niej mieć, i w czym najchętniej chodzę, lub chciałabym chodzić.

    pozdrawiam!

  23. Jumi

    Jedno, co mnie zniechęca do takiego stylu życia (z całą resztą się zgadzam), to to, że na moich rzeczach ostatnio pojawia się tyle plam… Ciężko pogodzić się z utratą drogiej, dobrej jakości rzeczy, która teoretycznie miała przetrwać lata:-(

    1. wstęga möbiusa

      Mydło marsylskie jest ponoć zbawieniem na każdą plamę (moja mama tak uważa) Kupuje je co prawda we Włoszech i to w wersji w płynie, ale na pewno można kupić w internetach. Przetestowałam na jakiejś beznadziejnej plamie na ulubionych spodniach – psikasz, czekasz i zmywasz mokrą szmatka. Nawet jakiś stare tłuste plamy zeszły…

  24. Ewa

    Zgadzam się całkowicie! Ale mam małe doświadczenie w robieniu zakupów, bo generalnie tego nie lubię. Nie orientuję się w jakich sklepach można kupić dobre ubrania. A mam teraz problem, bo potrzebuję kupić spodnie (nie jeansy). I tu mam prośbę o poradę do Ciebie Asiu. Wiesz może gdzie można kupić dobre spodnie do 200 zł :) ? Pozdrawiam :)

  25. Coruja

    Pamiętam, jak dzieckiem będąc chodziłam z mamą (samą-szyjącą-córką-krawca) na zakupy. To był koszmar dla dziecka, bo najczęściej słyszałam rzeczy w stylu: „Patrz tu, szew nierówny, dziurki paskudnie obrzucone, tu się marszczy, tam się nie marszczy, krata przy zapięciu na siebie nie zachodzi. Nie kupię ci tego”. I jestem teraz tak strasznie wdzięczna mamie. Nie mogę, co prawda, powiedzieć o sobie, że moja szafa jest minimalistyczna, ale nauczyłam się patrzeć na szwy i na metki (na zasadzie: „Co z tego, że jest ładne, skoro ktoś nie dość, że uszył to po pijaku, to jeszcze z poliestru”). ;)

  26. Zuza

    Och, uwielbiam takie posty! Twoje wpisy dotyczące slow fashion i w ogóle stylu życia slow są bardzo mądre i za każdym razem motywują mnie do zmiany swoich życiowych nawyków, nastawienia, podejścia do wielu rzeczy. Chcę żyć bardziej slow i według zasad slow fashion. Liczę, że przeczytam jeszcze wiele takich postów, w których znajdę konkretne rady, co robić i jak postępować :)

  27. smiriam

    Jak się cieszę, że w tym roku (mam nadzieję!:) ) przeprowadzka mnie nie czeka;) z racji zawodu, pasji i pracy naukowej trzymam stosy magazynów modowych, ale już całe tony papierów, paragonów i zapisków są moją zmorą. Jakiś czas temu pozbyłam się wielu niepotrzebnych kartek, zeszytów czy notatek i czułam sę wtedy jakby o 5 kg lżejsza;) Ale chomikowanie, bo może się przydać, jest dość dużą zmorą. W swojej szafie (właściwie na wieszakach) mam wiele ubrań, ale we wszystkich częściel lub rzadziej chodzę. Teraz na bok odłożę kurtki czy „futerka”, ale jesienią i zimą nadal będą dobre:)
    Mieszkam bardzo blisko Galerii Krakowskiej, chcąc iść na kleparz (stary<3) muszę nią przejść. Fetysz kupowania dziesiątek bylejakich szmatek dalej jest przeogromy. Z jednej strony "świat" wymaga bycia na bieżąco, ale z drugiej często widać na ubraniach noszonych przez mijające osoby, że do dobrej jakości im (ubraniom) daleko. Asiu, edukuj dalej:) i powodzenia z przeprowadzką!:)

  28. Foster Marine

    ostatnio sporo myślę o bylejakości codziennego życia niektórych ludzi i to takich, którzy nie żyją tak z powodów materialnych, ale z własnej bierności i lenistwa. mianowicie, od jakiegoś czasu (myślę, że już ok. roku) wynajmuję u siebie w domu pokój z łazienką znajomej mojego chłopaka. korzystamy z jednej kuchni i pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to fakt, że jest ona osobą zupełnie niepanującą nad przedmiotami, które posiada. zawala lodówkę i szafki górami jedzenia, które następnie wyrzuca, bo zaczynają gnić, pleśnieć itd. najlepsze, że zazwyczaj to dopiero moja sugestia uświadamia jej, że to zepsute jedzenie jest jej własnością (‚nno, coś Ty, to moje? zupełnie o tym zapomniałam!’). wszystko tanie, byle jakie, byle dużo, a następnie na śmietnik. ani do szafy, ani do łazienki jej nie zaglądam, ale z tego co wiem, wnioskuję, że jest podobnie. dziewczyna jest moim totalnym przeciwieństwem i totalnie jej nie ogarniam, ani tego, jak można prowadzić tak chaotyczne życie. cała ta nasza koegzystencja pod jednym dachem uświadomiła mi fakt, jak wspaniałe jest to, że panuję nad rzeczami martwymi, że wiem co i gdzie mam – taka władza to też pewien luksus;)

  29. Dorota

    Ja na szczęście nigdy nie posiadałam wielu ubrań. Wynikało to głownie z braku odpowiednich funduszy i niechęci do kupowania w lumpeksach. Nawet w newralgicznym okresie gimnazjum nie miałam kompleksów, że mam raczej mniej ubrań niż więcej. Nigdy nie musiałam podkreślać swojej osobowości modnymi ubraniami. Teraz jestem trzy lata po studiach, pracuję, ale ciągle normalne jest dla mnie, że jak kupuję jakieś buty, kurtkę, czy spodnie to pochodzę w tym min dwa lata.
    Mam kilka zasad zakupowych: buty kupuję w sklepie z butami ( żadne ekologiczne skóry, tylko prawdziwe, głównie wyprodukowane w Polsce -> nasz rodzimy przemysł obuwniczy ma się bardzo dobrze), spodnie w sklepie ze spodniami ( na przecenach można kupić spodnie Wranglera lub Lee za 150 – 200 zł, które bez problemu wytrzymują 3 lata ciągłego użytkowania, a co ciekawe na większości moich spodni tej firmy jest napis Made in Poland ;-) ) bieliznę w sklepie z bielizną (polska Wadima jest dużo lepsza niż te wszystkie intimissimi itp. razem wzięte). Staram się kupować ubrania polskich producentów, i nie mam tu na myśli ubrań od „młodych, zdolnych polskich projektantów” ale zwykłe rzeczy uszyte u nas, które nie krzyczą z wystaw w galeriach handlowych. Owszem, trzeba ich poszukać, co w dużym mieście jest trudne ( w mniejszym dużo łatwiejsze), ale na żadnej takiej rzeczy się jeszcze nie zawiodłam. Poza tym zaczęłam szyć część rzeczy. W Krakowie krawcowe są drogie, ale zadałam sobie trochę trudu i znalazłam super krawcową w Wieliczce, która jest 3 x tańsza ;-) Materiały znajduję w domu, kupuję w Ikei, bądź w hurtowni, gdzie wybór materiałów i wzorów jest prawie nieograniczony. W zamian mam bluzki, spódnice, sukienki idealnie skrojone na mnie i dobrze zszyte, a no i pewność, że na ulicy nie zobaczę pięciu dziewczyn w tej samej spódnicy. Poza tym taką uszytą bluzkę noszę, piorę, prasuję, noszę, piorę, prasuję, a szwy nie przesunęły się nawet o milimetr. Że nie wspomnę o zachwycie koleżanki „wow, masz bluzkę z Ikei, jak to zrobiłaś?”. Przykładowy koszt uszycia „zwykłej bluzki” razem z materiałem ok. 50 zł. Cóż do galerii handlowych wchodzę bardzo rzadko i jest mi z tym bardzo, bardzo dobrze!

    1. Kocimiętnik

      Swego czasu także chciałam inwestować w ubrania i obuwie polskich firm, jednak dla mnie problemem tu jest nieadekwatna cena bądź „babcine” fasony. Nie chcę kupować rzeczy, które po prostu mi się nie podobają i bardziej pasowałyby na moją mamę. Zwłaszcza buty – nie znalazłam ani jednej pl firmy, która oferowałaby ciekawe, ale nieprzesadzone fasony, większości chyba się wydaje, że jak buty są ze skóry to przez kolejne 20 lat można produkować to samo. Z bielizną podobnie – jeśli szukam stanika wśród polskich producentów, to na ogół wygląda on jak zbroja, a nie zmysłowa, koronkowa bielizna. Z drugiej strony część polskich firm odzieżowych, których ubrania w miarę mi się podobają, ceni się aż za bardzo, choć reprezentuje raczej prosty styl i szyje ze sztucznych materiałów. Mi jest trudno docenić bylejakość polskich producentów.

        1. Kocimiętnik

          Rilke czy Charlotte Rouge jak najbardziej tak, ale to raczej niszowe kolekcje tworzone przez projektantów, więc to trochę zagranie poniżej pasa. Ponadto i tak trochę im brakuje do La Perli czy Cosabelli. ;]
          Wojas – kompletnie nie, buty bardzo toporne w stylistyce. Kazar – tu już lepiej, są obecnie aż 2 pary płaskich sandałów w tegorocznej kolekcji, które mi wpadły w oko, ale nie na tyle, by nie czekać na przeceny. Za to kompletnie nie podoba mi się stylistyka ich szpilek, część z nich w ogóle nie wygląda jak buty, w których się da chodzić.
          Brakuje mi dużych odzieżowo-obuwniczych producentów, który by nadążali modowo swoimi kolekcjami, jesteśmy bardzo do tyłu pod tym względem. Jedyne przebłyski widzę w niszowych kolekcjach od projektantów, ale też nie do końca. Niektóre tego rodzaju kolekcje już na zdjęciach wyglądają dość niechlujnie, jakby samo zaprojektowanie czegoś bardziej innowacyjnego zwalniało z dbałości o wykończenie. Właściwie najlepszym rozwiązaniem byłoby znalezienie odpowiedniej krawcowej, jednak to również sprowadza się do znajomości materiałów, dodatkowych kosztów, dodatkowego czasu (kwestia sporna, szukanie odpowiedniego ubrania też generuje tu straty), również projektowania ubrań – jak dla mnie mocno zniechęcające. Ja się nie dziwię, że większość osób woli iść na łatwiznę, slow fashion wymaga sporej ilości czasu i cierpliwości.

          1. Joanna

            A patrzyłaś na ofertę Ewy Michalak? Ma trochę koronkowych modeli, może nie tak eterycznych jak Charlotte Rouge, ale dobrze się spisują w podtrzymywaniu biustu i ogólnym użytkowaniu :)

  30. Magda

    Świetny wpis, takie lubię! Od jesieni nadal wdrażam slow fashion w życie (zaczęło się od lektury Twojego bloga), 7 miesięcy to co prawda bardzo krótko, ale coś tam ruszyło.
    Popełniłam od tamtej pory chyba tylko 3 wpadki: dwa lakiery do paznokci, których za chiny ludowe nie użyję, nie wiem, co mnie podkusiło, by je kupić, bo na co dzień maluję paznokcie tylko dwoma kolorami, i buty. Butów szukałam od wczesnej wiosny, miały być wygodne i na płaskim obcasie, po wielu wędrówkach po galeriach byłam tak tak zdesperowana, ze poszłam na targ i kupiłam pierwsze lepsze lordsy za 40 zł, które strasznie mi zmasakrowały stopy. Po miesiącu postanowiłam jednak poszukać normalnych butów, nadających się do chodzenia i trafiłam do sklepu, gdzie są buty polskich marek. I kupiłam – czerwone śliczne balerinki, które leżą jak ulał, ale kosztowały dwie stówki, powiedziałam sobie przy kasie, raz się żyje i zapłaciłam :)
    Są wygodne i niesamowicie mi się podobają.
    Kupiłam w tym roku 4 pary butów – w tym jedne całkowicie nietrafione, pozbyłam się dla równowagi trzech par starych – i uważam, ze z moimi zakupami jest coraz lepiej.

    1. Magda

      Przepraszam, ze tak zaraz pod komentarzem kolejny, ale zapomniałam coś dodać. Asiu, pamiętam, jak pokazywałaś swoje ulubione perfumy – sprawdziłam w sklepie jak pachną, są śliczne, kupię je sobie na jesień :)

  31. czytaj z ust

    Mam wrażenie, że po raz trzeci albo czwarty czytam tu o tym samym :) Zapewne dlatego, że zależy Ci na edukowaniu innych, ale też pewnie mocno jesteś przywiązana do idei ‚slow życia’. Z mojej perspektywy wypada to jednak monotonnie. Pisałaś też kiedyś, że zastanawiasz się nad sensem pokazywania na blogu swoich własnych stylizacji. Podjęłaś w związku z tym jakieś konkretne decyzje? Bo mnie osobiście brakuje wpisów ze stylizacjami :) Myślę, że fajnie się ubierasz i szkoda tego nie pokazywać.
    Pozdrawiam

  32. Asia

    slow fashion jest kompletnie nie dla mnie. uwielbiam nosić na sobie mnóstwo różnych kolorów i krojów, mam pełno kolorowych i wzorzystych ciuchów z sieciówek i lumpeksów. twoje posty brzmią zachęcająco i mam po ich przeczytaniu mam ochotę zrobic to co ty, ale jednak zbyt kocham moje ciuszki, często wątpliwej jakości. nie mogłabym mieć 30 rzeczy i w kółko ich nosić, o nie!

  33. Mon Cherries

    Czemu ja tak nie potrafię? Zdaję sobie sprawę że wydaję na ciuchy sieci^wkowe xxx i czas zdarzy mi się kupić coś z naprawdę wysokiej półki. Zamiast tego mogłabym kupić kilka rzeczy klasycznych, bardzo dobrej jakości i szanowanych marek. Jednak tego nie robię. Z jakiejś, nieodgadnionej dla mnie przyczyny, lubię mieć dużo i jeszcze więcej. Kupowanie, nawet fast, sprawia mi przyjemność.
    Rozumiem Twoje podejście, podoba mi się, ale… ale mnie cieszy otaczanie się dużą ilością ładnych rzeczy, bo lepiej jak jest więcej :)

  34. Marta

    A wiesz, że snob to człowiek pozujący na znawcę w jakiejś dziedzinie lub bezkrytycznie coś naśladujący? Chyba, że coś przeoczyłam. Pozdrawiam ciepło

  35. Ola

    Ja zamiast informacji tanio w sieciówce/taniej na targu itd. wlałabym przeczytać rady, jak rozpoznać dobrej jakosci cuch. Jak interpretować składy , na co uważać (np. ostatnio kupiłam materiał na sukienkę, bawełnę, który „godna zaufania” pani w sklepie z materiałami mocno zachwalała, a krawcowa tylko rzuciła okiem i padł zarzut „Miała pani przyjrzeć się się tkaninie, pomacać…”
    Bawełna, pięknie wyglądająca w beli, w formie sukienki gniecie się jak diabli (własciwie gniecie się przy dotknięciu).
    Trening czyni mistrza, przy kolejnym zakupie będę bogatsza o tę wiedzę, ale chętnie poczytałabym pomocne teksty/zobaczyła filmy na ten temat. Jakieś wskazówki?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Cześć Ola!

      Haha, ale to zarzut do dyskusji w komentarzach?

      Mówisz o tkaninie? Tu nie ma innej rady jak tylko dotykać i gnieść ją w sklepie – tak samo jak dotyka się ubranie przed zakupem. Ja miałam przez ostatnie miesiące przyjemność kupić chyba z dziesięć różnych rodzajów tkaniny bawełnianej w dużych ilościach. Najlepsze co można zrobić, to poprosić o próbkę czy kupić najmniejszą możliwą ilość, zabrać do domu, wyprać, wyprasować, zobaczyć ja się zachowuje, pokazać krawcowej i wtedy zadecydować. No i stuprocentowa bawełna, bez żadnych domieszek, jeżeli nie przeszła jakichś szczególnych procesów uszlachetniania, zawsze będzie się gniotła.

  36. agagapmon

    Podoba mi sie twoj artykul. Ostatnio dyskutowalam że starsza pania z pralni chemicznej, która umiala ocenic wiek mojego zakietu (jakies 13-14 lat) i nie ze wzgledu na kroj tylko material. Musze dodac, ze nie zaplacilam wiele za ten zakiet w Anglii w sieciowce, lecz jedno da sie zauwazyc, od jakis 7-8-miu lat jakosc materialow, jak szycia spada. Aby kupic przyzwoitej jakosci plaszcz lub zakiet trzeba wydac 200 euro na wyprzedazy, za moj zakiet dalam maximum 40 funtow. Lubie COS za ciekawe formy, ale juz 2 t -shirty i sukienke basic wyrzucilam bo pod pachami zrobily sie dziury. Z Uniqlo mam taki sam t-shirt od 12 lat, troche zszarzaly ale w dobrej formie i bez dziur. Mam wrazenie, ze nawet z drogimi markami gra sie w ruletke.

  37. hela

    Bardzo ciekawy artykuł, ale chyba nie na nasze realia. Ja także jestem świadomym konsumentem. Kupuję rzeczy które długo będą mnie cieszyć, które pasują do różnych zestawów w mojej garderobie i noszę je nie tylko przez jeden sezon. Nigdy moje zakupowe zdobycze nie wiszą na wieszaku nie uzywane i z nieoderwaną metką. Zwykle ubrania w mojej szafie kończą żywot po totalnym przenoszeniu. Może nie zwracam zawsze na pierwszym miejscu uwagi na jakość produktu, ale staram się nie kupować byle czego. Dlaczego napisałam że post nie ma odniesienia do naszych realiów? Może jednak ma, ale tylko w przypadku kiedy go czytają te nieliczne szafiarki celebrytki które kompulsywnie kupują ubrania żeby zapewnić sobie miejsce na topie. Wydaje mi się że większość czytających podobnie jak i ja zwyczajnie myśli o tym co kupuje a nie tylko zaspokaja chwilową potrzebę łatwej przyjemności. Co nas motywuje –będę nudna i przyziemna–zawartość portfela. Naprawdę ogromną większość młodych osób nie stać na fanaberię zapychania szafy byle czym. Kiedy się studjuje i pracuje do tego jest się finansowo w pełni odpowiedzialnym za siebie trzeba uważać po co się sięga na półkę sklepową. Ja mam już rozsądek zakupowy wpisany od momentu stawiania pierwszych kroków w samodzielnym życiu. Nie mogę też do siebie zastosować rady o tym aby kupować lepsze droższe ubrania w mniejszej ilości ponieważ szafa moja zrobiła by ze mnie ascetę. Większość młodych ludzi (20-30 lat) w tym moi liczni znajomi żyje w ten sposób co ja..dlatego jest mi trudno znaleźć w tym artykule odniesienie do rzeczywistości.

  38. Iza

    Lubię czytać Twoje posty o slow fashion. Zresztą książka dała mi też wiele do myślenia i zmieniła moje podejście do kupowania ubrań o 180 stopni. Jednak nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, ze demonizujemy w tym wszystkim sieciówki i rzeczy w nich kupowane. Wiadomo, że są nastawione na zysk, wiadomo, że w 90% produkują rzeczy z materiałów niskiej jakości, co w efekcie sprawia, że rzeczy, które kupujemy po kilku praniach nadają się tylko do wyrzucenia. Ale z drugiej strony… zdarza mi się trafić na naprawdę cudowne egzemplarze, które noszę z wielką przyjemnością przez kilka sezonów i w których czuję się naprawdę dobrze. Liczy się dla mnie nie tyle luksus zakupów i związana z tym przyjemność płynąca z ładnych opakowań i miłej obsługi, co świadomość, ze moja szafa, to 100% mnie samej i niezależnie od nastroju, w którym wstaję rano, zawsze znajdę tam coś dla siebie. Nieważne skąd to wzięłam i jaki ma skład, ważne, że czuję się w tym dobrze.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *