Spot Digging: Mood Scent Bar

Do całej ubraniowo-urodowej filozofii slow chyba najbardziej przyciągnęła mnie chyba kwestia idealnie wypracowanego uniformu. Takiego zestawu produktów, ubrań, dodatków, w których czujemy się w stu procentach dobrze, niezależnie od humoru, i które po pewnym czasie stają się dla nas charakterystyczne. Mam wrażenie, że z natury mam do tego predyspozycje, choćby dlatego że od lat noszę praktycznie takie same ubrania.

Tak samo jest w przypadku perfum. Odkąd tylko zaczęłam ich używać, czyli pewnie od jakichś dziesięciu lat, wybieram ten sam zapach – Burberry Brit, pisałam o tym w zeszłym roku, kiedy pytałam Was o stylowe nawyki. Nie pamiętam jak na niego trafiłam, pewnie powąchałam go przypadkiem w perfumerii i spodobało mi się, jak bardzo jest nieoczywisty. Wydał mi się ciepły, zaskakujący i z klasą. I po prostu mój – kupowanie perfum traktuję jak wybieranie różdżek na ulicy Pokątnej. Nie wystarczy, że zapach jest ładny, po prostu musi ze mną „kliknąć”. Dodatkowy plus ma za to, że nie pachnie nim połowa moich koleżanek – właściwie nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by go używał. Kiedy kończy mi się jedna butelka, kupuję następną, i zupełnie nie ciągnie mnie do eksperymentów z innymi zapachami. A przynajmniej było tak do kilku tygodni wstecz.

Czytaj dalej