Historie, które nosimy.

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami dwoma znaleziskami z kategorii „slow”, które wydają mi się na tyle ważne i dobrze zrobione, że zasłużyły na osobny post. Ale po kolei, najpierw małe wprowadzenie.

Za każdym razem, kiedy widzę linie „pro-ekologiczne” wypuszczane przez sieciowe marki, mam mocno mieszanie uczucia. Z jednej strony mam wrażenie, że to wyjątkowo przewrotny lep na nowych klientów i próba skłonienia obecnych do kolejnych zakupów. Z jakiegoś powodu dajemy się tak omotać, że nie zdajemy sobie sprawy z prostego faktu, że dużo bardziej przysłużymy się środowisku po prostu rezygnując z kolejnego zakupu. Z drugiej pamiętam o efekcie skali – mały procent kolekcji wielkiej sieci to i tak dużo więcej niż całość sprzedaży niszowej marki. Nie neguję więc małych kroków w dobrym kierunku, ale i tak się trochę krzywię, gdy ścianę na Facebooku zalewają mi zdjęcia toreb z zakupami „w szczytnym celu”.

Dlatego tak miłą odmianą wydał mi się pięknie zrobiony film Patagonii. To marka, która autentyczne działania w okół dbania o środowisko uczyniła podstawą swojej komunikacji i wychodzi im to naprawdę dobrze. Pisałam kiedyś o ich kampanii Don’t Buy This Jacket – paradoksalnie na tyle się na nią złapałam, że kiedy będę potrzebować zimowej kurtki, pewnie przeboleję cenę i zdecyduję się właśnie na Patagonię.

Wracając do filmu, dla takiej dawki inspiracji (i pięknych widoków!) bezdyskusyjnie warto poświęcić trzydzieści minut. Kilka osób opowiada o szczególnie dla nich ważnych ubraniach, które towarzyszą im w codziennych-niecodziennych zajęciach i robieniu rzeczy, które kochają.

 Wielokrotnie pojawia się tam też wątek dbania o ubrania i naprawiania ich w razie potrzeby. Kwestie ekologiczne i etyczne bez wątpienia są ważne, ale nie ma się co oszukiwać – dużo bardziej sexy i cool jest to specyficzne poczucie luksusu, które towarzyszy nam kiedy używamy rzeczy na tyle wartościowych i znaczących, że chce nam się je naprawiać. I to właśnie ono najbardziej do mnie przemawia, kiedy stoję w sklepie i zniecierpliwiona długim poszukiwaniem tej czy tamtej rzeczy zaczynam się łamać i zastanawiać nad jakimś tymczasowym substytutem. To na tyle skuteczna technika, że poświęcę jej kiedyś osobny post, a dzisiaj chciałabym zostawić Was z dawką rzemieślniczej inspiracji.

Poniżej znajdziecie „Manifest Naprawiacza”, którego autorem jest ekipa Sugru, produkująca bliżej niezidentyfikowaną gumowatą substancję do naprawiania i ulepszania wszystkiego. Do mnie najbardziej trafia punkt 6. – „every time we spend money, we vote for the kinds of products we want to see succeed”. Warto mieć to na uwadze przy kolejnych zakupach.

manif

Po obejrzeniu filmu i lekturze manifestu zaczęłam zastanawiać się nad tym, jakie ubrania są ze mną najdłużej i najwierniej mi służą. Mam sporo rzeczy, które są dla mnie wyjątkowo cenne, bo o czymś mi przypominają czy wiem, że trudno byłoby je zastąpić – odziedziczony po dziadku zegarek czy kapelusz, torba z dywanem z Maroka, peruwiańska chusta i cały szereg podobnych przedmiotów. Nie noszę ich jednak aż tak często – ostatecznie na czele rankingu stanęły koszula i bluzka z pierwszego zdjęcia.

Ta pierwsza, szwedzkiej  marki La Chemise, specjalizującej się właśnie w koszulach, była umiarkowanie udanym prezentem mojego taty dla mamy. Mama stwierdziła, że jest workowata i chyba nigdy jej nie włożyła, za to ja kilka lat temu ją przejęłam i od tamtej pory noszę naprawdę często, średnio pewnie z raz w tygodniu, niezależnie od pory roku. Pojawiła się nawet w drugim czy trzecim poście na moim blogu, zdjęcia niestety straciłam, ale w niemal równie starym wpisie możecie ją zobaczyć tu.

Bluzka, dla równowagi, jest zrobiona z ordynarnego poliestru, pamiętam że kupiłam ją w nieistniejącym już second handzie przy ul. Filipa w Krakowie, płacąc jakieś trzy złote. Jest niezniszczalna, nie ruszają jej żadne prania ani plamy i układa się idealnie – nigdy nie udało mi się znaleźć lepszej bazowej jasnej koszulki. Ją też noszę non stop, no i nie raz pojawiła się na blogu – choćby tu czy tu.

Zobaczcie film, bo naprawdę warto i dajcie znać, czy Wy macie jakichś ubraniowych bohaterów – jestem bardzo ciekawa ich historii.

41 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Mari

    Kiedy tak sobie myślę o moich bohaterach ubraniowych, przychodzi mi na myśl piękna, letnia, zwiewna spódnica, którą kupiłam na pchlim targu w Kijowie za jakieś hmm…12 groszy (!!). Byłam w niej na pierwszej randce z moim obecnym mężem. Niestety, w wynika radykalnych porządków musiałam się z nią pożegnać.
    Drugi bohater to zimowy sweter. Jedna z najstarszych rzeczy w mojej szafie. Wiązany szlafrokowo, bardzo ciepły, idealny na jesienne dni jako płaszczyk i na mrozy pod płaszczyk. Bardzo lubię się w niego wtulać.
    Mam jeszcze sandałki w stylu japonek. Te to dopiero są genialne! Zwiedziłam w nich Rzym, Pragę, Sofię, Belgrad i spędziłam w nich niejedne wakacje. Są bardzo funkcjonalne, pasują i do sukienek i do szortów, można też je używać jako klapki np. idąc pod prysznic.
    Trzy proste rzeczy, a tyle wspomnień!

  2. Anaberry

    Jedwabno-bawełniana bluzka koszulowa. Na tyle uniwersalna, że towarzyszyła mi i na rozmowach kwalifikacyjnych i na wakacjach. Płaszcz w kratę, szyty przez moją mamę. Ostatnio zakładam rzadko, ale służył mi wieeele lat. Na wieszaku wygląda niepozornie, na mnie podobno super :) I buty…. piękne kozaki, które trafiły do mnie rok temu, po długim okresie zapomnienia i leżakowania w piwnicy. Wcześniej chodziła w nich moja mama, gdy była w ciąży, 29 lat temu!

  3. vintage-mania-dressingupeasier.blogspot.com

    Ja oczywiście, jako maniaczka ciuchów vintage, bardzo,bardzo często zastanawiam się jaka jest historia danego ciucha, do kogo należał, jaką drogę przebył, zanim trafił w moje ręce, itp. .. Ostatnio myślałam nad tym, przy okazji sukienki od krawca królowej Elżbiety II,którą znalazłam jakiś czas temu w lumpeksie, a której poświęciłam niedawno osobny post – ech, gdyby ona mogła mówić :)) ciekawe, czy nosiła ją sama królowa? ;))

    Kiedyś kupiłam jakiś ciuch (taki dosyć charakterystyczny) w lumpeksie pod domem, potem sprzedałam komuś na allegro, a potem od niego kupiła go Ryfka z Szafy Sztywniary, w „międzyczasie” ja odkryłam bloga Sztywniary, no i jakże się zdziwiłam, kiedy pewnego dnia zobaczyłam tą „moją” kurteczkę u niej na blogu:)) Oczywiście, wypytałam jakim cudem znalazła się u niej:)

  4. niezasypiaj

    Zgadzam się z tobą w stu procentach, chociaż muszę ze wstydem przyznać, że wciąż ciężko jest mi zrezygnować z kuszących promocji, na rzecz jednej porządnej rzeczy. Ale walczę z tym. Szczególnie intensywnie myślę o tym, gdy nowa rzecz niszczy się po pierwszym praniu…
    Ale mam też kilka ponadczasowych skarbów. Co jakiś czas rozpoczynam buszowanie po szafie babci. Sweterki sprzed 30 lat są wciaż w dobrym stanie i nieustannie zbieram za nie komplementy. Vintage rządzi. Szkoda, że mam za dużą nogę bo sporo babcinych szpilek wciąż ma się nieźle (wciąż je nosi!)

  5. Dorota

    Ja mam swoją spódnicę – komandoskę! Kupiłam ją w zwykłym sklepie jakieś 10 lat temu, będąc w liceum. Spódnica (letnia) towarzyszy mi w każdej wiosenno – letniej podróży. Przeżyła absolutnie wszystko, była parę razy zszywana, zamek poszedł do wymiany, ale od 10 lat jestem jej wierna. Na jakieś „niedzielno – kościołowe” wyjścia to niestety się już nie nadaje, ale na co dzień jak najbardziej. Robi się ciepło to spódnica jest w użyciu przynajmniej raz w tygodniu, a przeważnie częściej. Pozdrawiam!

  6. E.

    Bluzki znanej polskiej marki – mam je około 10 lat. Leżały przez jakiś czas w głębi szafy, aż do sprzątania latem ubiegłego roku. Jedną z nich byłam zachwycona po dłuższym rozstaniu i na powrót zaczęłam nosić niemal od razu. A drugą chciałam wyrzucić, ale… pomyślałam: a, założę jeszcze raz zanim się rozstaniemy na dobre. Wzbudziła niemałe zachwyty, co wpłynęło na moją o niej opinię, w efekcie również noszę ją regularnie. Obie bluzki to nie starzejące się klasyki :) I chyba są niezniszczalne ;)

  7. Izabela

    Mam kilka takich rzeczy, które są ze mną od lat i pewnie jeszcze długo będą mi służyć. Bardzo się przywiązuję do ubrań i trudno mi się z nimi rozstać. Jednym z nich jest spódnica, którą mój tata przywiózł ponad 20 lat temu z Australii. Miała być dla mojej mamy, ale ona z jakichś powodów jej nie nosiła. Leżała więc w pudle z innymi rzeczami, aż kilka lat temu sięgnęłam po nią i dałam jej szansę. Noszę ją każdego lata. Jest śliczna, kolorowa, w stylu etno, przykuwa wzrok, często słyszę zachwyty na jej temat. Poza tym jest dla mnie pamiątką po nieżyjącym już tacie :-)

  8. Amodna

    Lubię takie „ubraniowe historie”, ale jeśli chodzi o tę kwestię, nie jestem ani sentymentalna, ani nazbyt niepraktyczna. Stąd w swojej szafie (z której i tak wszystko się wylewa, ale zwalam to na wielkość, a raczej „małość” mojej szafy ;)) znajdę ubrania, które rzeczywiście noszę. Przynajmniej było tak do czasu, kiedy mama-krawcowa uwierzyła w swój talent i zaczęła szyć. Teraz na przemian noszę jej dzianinowe bluzy, sukienki, wzorzyste legginsy i spódnice z koła. Wniosek? Bohater ubraniowy to taki, który jest WYGODNY. Nie mogę nie wspomnieć o tuzinie (dosłownie) płaszczy, które nawoziła mi z lumpeksów moja babcia. Wszystkie kosztowały tyle co jeden nowy, a zdecydowanie są moimi supermanami! :)

    1. Style Digger Autor wpisu

      Nie no, ja też swoich bohaterów noszę, nawet bardzo często:) Podobnie jak osoby występujące w filmie. Taka szyjąca mama do skarb i zgadzam się w 100% ze stwierdzeniem o wygodzie!

  9. BigHug

    Mnie w kupowaniu nowych ciuchów ogranicza skutecznie brak funduszy i czyste lenistwo- nie znoszę nosić nowych rzeczy więc na zakupy chodzę gdy jestem już podparta do muru a pół mojej szafy nadaje się tylko do kosza. Ma to swoje zalety bo moja szafa nie jest przepełniona i nie upycham po kontach jeszcze dobrych ciuchów.

  10. Olga Cecylia

    Mam pamięć słonia, więc doskonale wiem, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach kupiłam daną rzecz. Dlatego tak trudno pozbywać mi się ciuchów – każdy z nich niesie ze sobą historię…

  11. Aksala

    Moimi bohaterami są dwie pary kozaków, których strasznie nie chciałam ale rodzice mi je kupili pod przymusem (to było w pierwszej klasie liceum). Obie pary są ze skóry (brąz – lakierowana, czerń – zamsz) i kosztowały po 60 zł. Od tego czasu minęło 7 lat i po brązowych nie widać śladów noszenia (mimo, że nosze bardzo często) a czarne naprawiałam już 3 razy ale nie mogę się z nimi rozstać (właśnie przed chwilą kochany tatuś o wielu zdolnościach zaszył mi w nich dziurę). Poza tym mam też 5 takich samych bluzek tylko w różnych kolorach z jakiegoś elastanu i też noszę je już kilka lat a one nadal mają się świetnie.

  12. Angua

    Ja dość często pozbywam się ciuchów: wymieniam, sprzedaję lub oddaję i raczej nie mam w szafie niczego, co by było tam od kilkunastu lat. Niemniej większość moich ciuchów pochodzi z lumpeksu, wiec na pewno ma jakaś historię. Z tych ciekawszych mam trapery skórzane w stylu bardzo vintage, które mam od 6 lat i chyba wytrzymają dziesieciolecia, sweter w indiańskie wzory i drugi sweter, który z 30 lat temu zrobiła na drutach moja mama.

  13. magrat

    W 1995 roku kupiłam na małym paryskim rynku trzy pary lnianych spodni za kolano zakończonych gumką. Kosztowały dosłownie parę franków. Jedne były brązowe, drugie szare a trzecie granatowe. Kupiłam bez mierzenia i wszystkie okazały się za luźne, a jako, że w tamtym okresie do przeróbek serca nie miałam, przeleżały parę lat w szafie i trafiły na strych. Później brązowymi i szarymi zaopiekowały się moje koleżanki, ale granatowe zostawiłam i wróciłam do nich po dekadzie. Przez ostatnie osiem lat nosiłam je niezmiennie każdego lata, przynajmniej dwa, trzy w ciągu tygodnia w towarzystwie równie nieśmiertelnego słomkowego kapelusza, i owszem, kolor wyblakł , gdzieniegdzie się poprzecierały ale nigdy mnie nie zawiodły i w sumie nigdy nie wymagały drastycznych napraw. Towarzyszyły mi na wielu wyprawach, odwiedziły ze mną kilka kontynentów, spały ze mną w górskich schroniskach, na nadmorskich plażach, leśnych szałasach a raz nawet w rowie! (długa historia). Straciłam je definitywnie tej jesieni i od tego momentu, choć to głupiutkie, niepokoję się ich brakiem kiedy pomyślę o następnej planowanej wyprawie. Obsesyjnie szukałam czegoś podobnego, ale niewielkie są szanse na znalezienie podobnych spodni w dzisiejszych „kolekcjach”, więc mam plan! Uszyję je.

  14. Kamila Anczarska

    Cześć! Po raz kolejny dziękuję opatrzności, że kiedyś tam dawno hoho wepchnęła mnie na Twojego bloga. Żaden inny twór internetowy nie działa na mnie tak refleksyjnie, jak ten właśnie. I ów refleksje nie pozostają sobie same na pastwę losu, dzięki nim zmieniam swoje życie! Czyś Ty świadom, Człowieku, swojej siły?! :)
    Ale nie o tym chciałam. Czytam właśnie Masłowską ( co za Baba!) dokładnie ,,Kochanie, zabiłam nasze koty”. Znalazłam fragment, po przeczytaniu którego od razu pomyślałam o Tobie, patrz:
    (…) Miały włóczyc się całe popołudnie po mallu, na sposób, na kóry kochały to robić; mogły tak bez końca. Oglądały maty w sieci Yogamart, a potem wymarzone kalosze Jo, na które kasę notorycznie przepuszczała, by koniec końców zamknąć się w przymierzalni dla niepełnosprawnych w H’n’Mie, do której można wejść w dwie osoby i całymi kwadransami piszczeć, szeptać i mierzyć te obłędne jednorazowe sweterki z błyszczącą nitką, które po jednym praniu zamieniają się w zestaw bardzo długich, nadal błyszczących rękawów, którymi świetnie można sie potem obwijać dookoła albo używać ich jako skakanki czy też holu do samochodu.” Z ukłonami dla slow i Ciebie, niezwykły Człowieku!

  15. Kinga

    A ja mam pytanie czysto techniczne, bo zaciekawił mnie fakt, że biała bluzka to 100% poliester :) Co kieruje Tobą kiedy kupujesz konkretny ciuch? Czy to, że jest z dobrego (patrz: niesyntetycznego) materiału? Jak w ogóle podejść do tego, że coś jest wykonane z poliestru, poliamidu, elastanu etc. Od razu wyeliminować? Bo wiadomo poliester poliestrowi nierówny i wszystko zależy od tego na jaka okazję, na jaką porę roku itp. to ubranie jest przeznaczone (sport, zima, impreza). Prawdę mówiąc sama mam mieszane uczucie co do takich „sztucznych” ubrań ale z drugiej strony fakt, że konkretne ubranie powstało z lnu, bawełny czy nawet kaszmiru (sic!) wcale nie gwarantuje nam jego jakości a co za tym idzie długowieczności…No i jestem w kropce :D Przez pewien czas byłam na „odwyku poliestrowym” ale teraz patrząc na ta Twoją białą bluzkę zastanawiam się czy warto go tak jednoznacznie przekreślać….

    1. Basia

      Tez mnie ten poliester zaciekawil. Od jakiegos czasu skupiam sie na jakosci zamiast na ilosci ubran i bardzo unikam poliestru chociaz bywa to niezwykle kuszace. Co Ty o tym sadzisz, Asiu?

  16. sernik z pieprzem

    Asiu, znasz moze jakas sensowna appke na smartfona do robienia list- konkretnie to listy ‚niezbednych’ ubran bo wyczyscilam szafe do cna i chce ja zapelniac powoli i racjonalnie ;))
    pozdrawiam, Sernik

  17. Pola

    Mam jedną spódnicę kupioną, gdy miałam 14 lat:D Ciągle wygląda nieźle:D
    Mam trochę ciuchów wieloletnich, chociaż raczej o niewielu można by opowiedzieć fascynującą historię;)

  18. ewa

    świetny film bardzo ciekawy i inspirujący:) kurcze chyba nie mam ani jednej takiej długowiecznej rzeczy, musze coś z tym robić

      1. pati

        a ja skorzane kamasze dzis szumnie zwane workerami albo bikerami kupione jeszcze w podstawowce czyli 17 lat temu :) chodze w nich kazdej zimy i nie widac ZADNEGO zniszczenia, baa nawet sladu uzytkowania. ale pastuję je :) tomoj zdecydowany hit. a tak poza tym to 90% moich ubran mimo, ze wiekszosc pochodzi z rynku lub sieciowek ma sie swietnie wiec troche sie dziwie jak wszyscy pisza,ze to sa ubrania na raz. a ubran nie mam duzo i chodze w nich czesto,rownie czesto piorac. dzinsy zazwyczaj sluza mi ok 8 lat.

  19. mala100gosia

    fajny post :) U mnie na pewno czymś takim jest wieczorowa torebka vintage należąca do mojej mamy. Na ilu ona była imprezach z moją mamą, a później ze mną, czy moją siostrą. Cud, ze jeszcze się trzyma! :) Z ubrań to pasiasty kolorowy sweter w którym uwielbiam wypoczywać w domu oraz zielona szydełkowa sukienka, którą przed paroma latami wydziergałam na szydełku i bardzo często nosze w lecie i pewnie gdy sie zniszczy to wydziergam ten sam model jeszcze raz :)

  20. K.

    Ja zastanawiam się, czy pozbyć się moich dwóch par butów Vivienne Westwood for Melissa. Kupiłam je, ponieważ nawiązują stylistyką do butów z lat 50. Kiedy pomyślę ile na nie wydałam nie mogę tego przeboleć – ja, uchodząca za bardzo oszczędną osobę. Z jednej strony źle się z tym czuję i mam ochotę je odsprzedać uważając, że mocno przesadziłam i działałam bez rozsądku, z drugiej uważam je za b. oryginalne, retro. Dałam się porwać modzie, ja – miłośniczka klasyki i ponadczasowości.
    Jak byście postąpiły?

    1. Style Digger Autor wpisu

      Jak Ci się podobają to noś przecież, na zdrowie:) I nie przejmuj się tym „że uchodzisz za oszczędną osobę” – jak jesteś zadowolona, to nikomu nic do tego, nie ma się co samobiczować z powodu butów:)

  21. asia

    Moją bohaterką jest spódnica, która ma 28 lat! Dziadek przywiózł ją z Libii, gdy byłam mała. Wprawdzie miała być prezentem dla mojej mamy, ale podobno od razu schowałam ją do swojej szafki i nie pozwoliłam nikomu zakładać. Dorosłam do niej dopiero, gdy skończyłam 19 lat i to był wtedy strzał w dziesiątkę. Spódnica za kolano w stylu lat 50-tych z zielonego jeansu – nikt takiej nie miał, a ja uwielbiałam się wtedy wyróżniać :) Do tej pory nigdzie nie widziałam podobnej.
    Moja spódnica znów czeka na mnie w szafie (tym razem muszę zrzucić do niej jakieś 5 kg :)) i przypomina mi o osobie, którą kocham najbardziej – moim dziadku.

  22. Monika Mo

    Ja mam taką jedną kurtkę. Początkowo była to ramoneska z jasnoszarego jeansu. Kupiła mi ją mama, gdy miałam 16 lat.Byłam zła, że właśnie tą, bo podobała mi się inna kurtka – bardziej odjechana, z wystającymi ramionami, kolorowymi naszywkami. Ale mama powiedziała, że ta biała jest przeceniona więc weźmiemy białą i tyle miałam do gadania. Po czasie jednak pokochałam ją, tylko kolor okazał się kłopotliwy, bo szybko się brudziła. Po 4 latach zdecydowałam się ją zafarbować. Miało być na czarno – wyszła granatowo-zielona marmurkowa i jest… idealna! Wszystkie koleżanki mówią zawsze, że to jest idealna kurtka, że takiej ze świeczką szukać. I służy mi już szósty rok. Poza zmianą koloru – celową – nic innego się w niej nie zmieniło więc mimo, że jest z sieciówki i to za 50 zł – to jeden z najlepszych ciuchów w mojej szafie.

  23. Sara

    Cześć. Mam pytanie niezupełnie dotyczące tego wpisu. Już niebawem wybieram się do Krakowa aby pomóc koledze w opracowaniu własnego stylu (aktualnie ubiera się okropnie). Czy mogłabyś mi podpowiedzieć w jakich sklepach szukać męskich ubrań, które są ładne i warte naprawiania?

    1. pati

      no to skoro ty podjelas sie pomocy koledze to badz konsekwentna a nie chcesz isc na łatwizne i liczysz na czyjas pomoc:/

  24. Karolina

    Też mam kilku bohaterów w swojej szafie m.in. najbardziej uniwersalna rzecz – czarny cienki sweter, który kupiłam jakieś 8 lat temu. Zaskakujące jest to, że mimo iż był kupiony w znanej sieciówce to nadal wygląda jak nowy, choć bardzo często go zakładam. Druga rzecz to lekka, zwiewna spódniczka w kolorze ecru, kupiona 9 lat temu w jakimś sklepie w małej miejscowości – jedyne co z nią zrobiłam rok temu to odprułam koronkę u dołu, żeby nie była już tak zbyt dziewczęca w charakterze.
    A trzecia rzecz… to skórzane, wiązane botki w brązowym kolorze na niewielkim obcasie i traperowej podeszwie. Historia(to było 3 lata temu) jest taka, że wracałam z uczelni pieszo(była ładna, choć zimowa pogoda) i obok Teatru Nowego w Poznaniu był(nadal chyba jest) sklep z butami. Jak szłam to dosłownie przyciągnęły mój wzrok – nie miałam innego wyjścia, musiałam je chociaż przymierzyć. Miałam fuksa, nie dość że to była ostatnia para, to jeszcze w moim rozmiarze, były przecenione! Do dziś fantastycznie mi służą i są jednym z moich ulubionych butów.

  25. Olga

    Dziękuję Ci, Asiu! Kiedy po wizytach na innych blogach/portalach modowych mam ochotę kupić całą masę w sumie zbędnych mi rzeczy- lista już jest praktycznie gotowa, tylko tak biję się z myślami, czy to faktycznie jest mi potrzebne?- odwiedzam Twojego bloga i jakoś utwierdzam się w przekonaniu, że chyba jednak nie, i lista „niezbędnych zakupów” nagle staje się pusta lub ogranicza do kupna rzeczy naprawdę niezbędnych. Twoje posty z kategorii slow, zresztą jak i te szafiarskie są bardzo inspirujące, jesteś jedyna w swoim rodzaju!

  26. pati

    moj ojczulek idealnie nadawalby sie do tego filmu :) nosi te same ciuchy odkad pamietam, wiec jakies 30 lat, spodnie materiałowe,swetry, koszule,koszulki itp ze 2 kurtki tez sie znajda, czapki i kapelusze. jedynie co kupowal nowe to buty i dokupił kilka ciuchow ale wiekszosc to wlasnie te sprzed 30 lat albo i wiecej. oczywiscie na zadnej z tych rzeczy nie widac uplywajacego czasu jesli chodzi o zniszczenie, ewentualnie widac mode w niektorych przypadkach, troche jak wyrwany z czasow prlu :) a ja nosze wełniany, goralski sweter ktory moja rodzicielka zakupiła w zakopanem gdy byla ze mna w ciazy, 31 lat temu:) poza tym moja mam trzyma wlasciwie wszystkie swoje ciuchy nawet w panienskich lat (zbieractwo) ale niestety wiekszosc jest w kiepskim stanie i nie nadaje sie do noszenia badz jest kompletnie obciachowe (i nie chodzi o mode), wszystko wylewa sie z szaf ale nie da niczego wyrzucic:(

  27. majaka

    Ja ciągle trzymam kurtkę dżinsową Levis zakupioną w Peweksie w Mińsku Maz. w ’88 lub ’89 roku za bony o równowartości 33 dolarów. Nie da się już jej nosić głównie dlatego, że jest męska i w niemałym rozmiarze i strasznie na widok zajeżdża od niej latami 80., ale jak miałam naście lat, to mi to zupełnie nie przeszkadzało… Kurtka jest w całości, tylko uzupełniona o parę stylowych przetarć ;)

  28. Little Miss Architect

    Mam jedwabne spodnie po mojej prababci (!!!), która była bardzo elegancką kobietą. Niestety, w spodnie się nie mieszczę choć jestem niska i szczupła, ona musiała być drobinką. Na szczęście pasuje na mnie jej szyfonowa bluzka, haftowana kolorowymi koralikami i ma świetny krój, wyglądający zupełnie współcześnie.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *