|I like the way this is going|

Plisowaną sukienkę z genialnym wzorem kupiłam w Portobello Vintage chyba jeszcze jesienią. Od tego czasu wisiała w szafie i czekała aż znajdę idealny szary sweter o grubym splocie, dość krótki i wkładany przez głowę- taki wydawał mi się idealnym uzupełnieniem sukienki i uparłam się że muszę taki znaleźć, bo inaczej cała ta sukienka jest w ogóle bez sensu. Miałam wrażenie, że takie swetry są wszędzie, a jak zaczęłam szukać, okazało się że nie ma ani jednego- standard, więc w końcu, po wielu tygodniach, poddałam się i zaczęłam nosić ją z innymi rzeczami- na przykład z moją nową marynarką ze skórzanymi wykończeniami. Czytaj dalej

|The songs that we sing|

Mój wrodzony cynizm sprawił, że już od wczesnej podstawówki Walentynki były mi całkowicie obojętne, a cały przemysł tworzenia na przerwach walentynkowych karteczek, zwykle będących krzywo wyrwaną z zeszytu kartką z namazanym na środku czerwonym sercem, nie wywoływał we mnie większych emocji. Nie zmieniło się to do dzisiaj, jednak czy można sobie wyobrazić bardziej odpowiedni dzień na wrzucanie majtek na bloga niż 14 lutego? Wśród tych wszystkich serduszek, pluszaków i innych rękawiczek dla dwojga odnajdują się doskonale, w stu procentach naturalne środowisko. A moje bieliźniane zbiory powiększyły się ostatnio dzięki uprzejmości Beautiful&Healthy Club, który podesłał mi kartę zniżkową i bony do wykorzystania w ich sklepach partnerskich- merci!

Czytaj dalej

Spot Digging: Konfederacka 4

Konfederacka 4 (genialna, bezpretensjonalna nazwa!) słynie z niedzielnych śniadań, jednak my mogliśmy tam zajrzeć tylko w sobotni poranek. To winiarnia/kawiarnia, położona z daleka od wszystkich głównych traktów Krakowa, na niedocenianych Dębnikach, nasze śniadanie było więc poprzedzone solidnym spacerem na rześkim zimowym powietrzu. No dobra, na tak okropnym mrozie, że pięć minut przed otwarciem pukaliśmy w szybę, bo mieliśmy wrażenie, że jeszcze chwila i zamarzniemy. Czytaj dalej

Spot Digging: Matteo’s secret restaurant

To chyba pierwsze miejsce w moim cyklu Spot Digging, o którym nie znalazłam żadnej wzmianki w Internecie. Ani słowa, sami sprawdźcie, dawno nie byłam tak zaskoczona, tym bardziej że miejsce istnieje już ponad osiem miesięcy. Z drugiej strony trudno się dziwić, bo flagową cechą tej restauracji jest jej tajność. Tak, tajność. Nad wejściem nie znajdziemy żadnego szyldu czy oznaczenia, drzwiczki wyglądają jak do chatki hobbita. Gdy już pokonamy prowadzące w głąb ciemne schodki, okazuje się że wewnątrz są tylko cztery stoliki- bez wcześniejszej rezerwacji nie ma na co liczyć. Czytaj dalej