Bubble gum

W gruncie rzeczy poniedziałki wcale mi nie przeszkadzają. Nie mam w ten dzień zajęć, więc właściwie niczym nie powinien różnić się od niedzieli. Ale z czasów szkolnych pozostała mi jakaś wewnętrzna niechęć, którą w tym tygodniu przełamuję zdjęciem gumowej różowej torby- piątkowego hitu zaplecza Mulholland Drive. Jest tak urocza, że mimo mojej głębokiej niechęci do żywych kolorów nie mogłam się powstrzymać od pisków zachwytu. Czytaj dalej

I left my heart in San Francisco

Ostatnio odkrywam uroki małych torebek, zwłaszcza kopertówek. Noszone z całkiem zwyczajnym, codziennym strojem działają na mnie podobnie jak obcasy- od razu czuję się bardziej „ubrana”. Do tego wymuszają ostrą selekcję przedmiotów, które mogę ze sobą zabrać, co jak najbardziej ma swoje dobre strony- nie chodzę już po Krakowie z dwoma obiektywami, indeksem, niedojedzonym Snickersem i gazetą sprzed tygodnia. No i ponieważ dotychczas nosiłam je bardzo rzadko, wciąż zdarza mi się znajdować w nich skarby/śmieci sprzed kilku lat- kawałek papieru z czyimś adresem mailowym, nigdy niewymienione patyczki po Big Milkach czy bilet z koncertu Rolling Stonesów. Czytaj dalej

Monday morning

Wczoraj późnym popołudniem korzystałam z pięknej pogody i siedziałam ze znajomymi na Rynku, jednak cały czas prześladowało mnie to okropne uczucie, że o czymś zapomniałam. Próbowałam przeanalizować wszystko, co miałam do zrobienia i nagle w końcu to do mnie dotarło- pokaz Plicha! Krakowski projektant (albo raczej jego ekipa, bo sam pan Plich wyglądał na nieco zaskoczonego że na jego pokazie pojawiają się w ogóle jakieś blogerki, co nie zmienia faktu że był niesamowicie miły i otwarty) zaprosił mnie na swój pokaz, ja ochoczo potwierdziłam przybycie, a teraz mam się nie pojawić? Nic z tych rzeczy. Czytaj dalej

Morocco is like Star Wars, just without the ewoks

Maroko w wielkim skrócie- świetny klimat (i nie mówię tu jedynie o warunkach atmosferycznych), tania skóra, piękna biżuteria i najlepsza na świecie, prosta i nieprzekombinowana kuchnia. Żadnych niejadalnych przypraw, które ciężko jest chociażby powąchać, żadnych robaków czy innych żab, po prostu świetnie zrobione mięso i ryby, do tego ogromna ilość warzyw i kuskus, albo pyszny marokański chleb. Czułam się odrobinę jak w Gwiezdnych Wojnach, nie tylko przez atmosferę na ulicach, ale i przez zakapturzonych Marokańczyków na osłach- bardzo w stylu Jedi Czytaj dalej