Wild thing

Mimo całego mojego wrodzonego optymizmu, chyba zacznę wierzyć w złośliwość rzeczy martwych. Wczoraj obudziłam się rano z postanowieniem zrobienia zdjęć na bloga. Mój zapał ostudził nieco deszcz spływający po szybach, ale szybko doszłam do wniosku że przecież w deszczu też jakoś chodzę ubrana. Nie prostowałam więc grzywki (co w taką pogodę mija się z celem), włożyłam wysokie botki, złapałam parkę z kapturem (marzyła mi się taka od dawna, tę dostałam w prezencie od Garderoby Sylwii, za co bardzo dziekuję) i ruszyłam moją Pomidorową Torpedą w stronę Błoni. Czytaj dalej

Black velvet.

Aż nie wiem od czego zacząć, tyle mam rzeczy do napisania. Po pierwsze, peleryna- vintage, zakupiona w komisie, wykonana z aksamitu (aksamit i welur to moje ulubione materiały- nic tylko się do nich przytulić!), na złotej podszewce. Po drugie, skórzane spodnie- odkupione z planu serialu, lekko skrócone, noszą się idealnie. Po trzecie- kopertówka i bluzka z Reserved, kupione z 50% zniżką, za co jeszcze raz dziękuję showroomowi LPP. Czytaj dalej

Red and the city

Do tej pory kolor czerwony gościł w mojej szafie głównie na podszewkach i piżamach, ostatnio jednak przeżywam moment fascynacji jego pomidorowym odcieniem. Podoba mi się zwłaszcza w połączeniu z cielistym beżem lub po prostu noszony na bladą, nieopaloną skórę. Postanowiłam nie bawić się we wprowadzanie go do swojej garderoby ostrożnie, stopniowo, przez dodatki czy topy, tylko uderzyć od razu z grubej rury i kupić czerwoną sukienkę. Zdjęcia odrobinę przekłamały jej barwę, w rzeczywistości czerwień jest nieco mniej intensywna. Czytaj dalej

Guess who’s back?!

Przepraszam za chwilę przerwy, powodem były ciągłe wyjazdy- mniej więcej od lipca ciągle żyję na walizkach. Ostatnio mieszkałam w Warszawie, gdzie pracowałam przy kostiumach internetowego serialu dla nastolatków- kiedy będzie się zbliżać premiera (czyli już niedługo) zdradzę więcej szczegółów. Teraz wróciłam na południe i powoli zaczynam przyzwyczajać się do niewakacyjnego tryby życia (powoli to jednak nie najlepsze słowo, wizytę w sekretariacie uczelni powinno się raczej nazwać terapią szokową). Czytaj dalej