DO IT (almost) YOURSELF.

Oto moja nowa spódnica. Piszę „nowa”, choć tak naprawdę ma już pewnie swoje lata. W poprzednim życiu była zasłoną- kiedy znalazłam ją w second handzie, została z niej już tylko dolna falbanka. Na szczęście starczyło na spódniczkę, żal by mi było nie wykorzystać takiego materiału. Jako że: a) nie mam maszyny do szycia b) jestem strasznym leniuchem, zaniosłam go po prostu do mojej krawcowej. Tym prostym sposobem mam nową kieckę, pod którą noszę moją ballerinową jako coś w rodzaju petticoat. Chyba nie muszę dodawać, że Guziec uważa ją za okropnie brzydką?

Czytaj dalej

Call me Shirley.

Bally to ponoć najstarsza na świecie firma produkująca luksusowe buty i torebki. Została założona w 1851 r. przez Szwajcara Carla Franza Bally’ego. Jej produkty charakteryzuje wysoka jakość i brak widocznego loga, co praktycznie eliminuje problem podróbek. We wrześniu na warszawskim Nowym Świecie otwarty został pierwszy butik tej firmy w Polsce. Ceny ich butów oscylują wokół 1000-1500 zł. Brzmi nieźle, ale dla mnie całkowicie abstrakcyjnie, z tego prostego powodu, że nie stać mnie na tak drogie obuwie. Czytaj dalej

Black&white

Zazwyczaj preferuję stonowane rajstopy. Zazwyczaj wybieram te w ciemnych kolorach. Zazwyczaj noszę takie, które mają obie nogawki w jednakowym kolorze. Jednak kiedy zobaczyłam TE, wszelkie uprzedzenia poszły w kąt. Nie było łatwo zdobyć parę w moim rozmiarze (w Galerii Krakowskiej wykupili je w ciągu kilku dni), ale po odwiedzeniu kilku centrów handlowych w końcu stałam się posiadaczką upragnionych zwariowanych rajtek. Budzą skrajne emocje- od zaskoczenia (często), przez wybuchy śmiechu (bardzo często), po okrzyki zachwytu (rzadko; właściwie odnotowałam jeden przypadek). Czytaj dalej

Thriller.

Jeżeli miałabym wskazać swój ulubiony wzór, bez wahania wybrałabym panterkę. Większości społeczeństwa kojarzy się ona z dansingami z lat osiemdziesiątych albo i gorzej, ale ja ją uwielbiam. Mam mnóstwo panterkowych koszulek, chust i innych dodatków, mam nawet kurtko-bolerko, ale moim marzeniem zawsze była sukienka w cętki. W końcu udało mi się ją zdobyć na londyńskim Portobello Road Market, pchlim targu, na którym można kupić prawie wszystko, od starych kijów bejsbolowych po kowbojski kapelusz. Bardzo ją sobie chwalę i często noszę, zwłaszcza na grzyby.

Czytaj dalej